Czy fantastyka potrafi unieść ciężar historii? Recenzja „Procesu” Katarzyny Wierzbickiej

Fantastyka historyczna jest gatunkiem zyskującym coraz większą popularność na polskim rynku, ale wbrew pozorom niezwykle wymagającym, ponieważ autor musi przekonać czytelnika nie tylko do istnienia rzeczy niemożliwych, lecz również do wiarygodności świata, w którym takowe się wydarzyły. Nie wystarczy zaludnić dawnej Rzeczypospolitej demonami, upiorami i wiedźmami, ozdobić dialogów archaizmami i wprowadzić do fabuły kilka postaci znanych z podręczników historii – wypadałoby jeszcze rozumieć mechanizmy rządzące społeczeństwem epoki: jego hierarchię, religijność, stosunki własnościowe, obyczajowość, sposób pojmowania prawa, sprawiedliwości i jednostkowej wolności. Dopiero wówczas fantastyka przestaje być jedynie ozdobą historycznego kostiumu.

Katarzyna Wierzbicka w pierwszym tomie cyklu „Dni sądu” podejmuje właśnie taką próbę. „Proces” rozgrywa się w osiemnastowiecznej Rzeczypospolitej, gdzie istnienie magii dostarczyło zupełnie nowych narzędzi podziału, wyzysku i sprawowania kontroli. U progu rozbiorów, w kraju rozdzieranym przez polityczne konflikty, obce wpływy i walkę o zakres obywatelskich praw, obok szlachty, duchowieństwa i królewskich urzędników funkcjonuje społeczność Iskier, dysponująca własną hierarchią, instytucjami i interesami. Obdarzone nadprzyrodzonymi talentami Iskry nie są jednak wolne od pogardy wobec słabszych, nazywając ludzi pozbawionych magicznych zdolności Wybrakowanymi. W tym pęknięciu między doznawaną a zadawaną krzywdą znajduje się najciekawsza warstwa powieści: jej właściwym tematem jest nie tyle prześladowanie czarownic, ile współodpowiedzialność za przemoc, którą najwygodniej zrzucić na kogoś innego. Wierzbicka wpisuje magię w kryzys państwa, konflikty religijne i społeczne, konfederację barską oraz procesy o czary, dokonując tu istotnego przesunięcia: historyczny konflikt między wiarą w czary a racjonalnym osądem zostaje zastąpiony pytaniem o to, kto ma prawo kontrolować nadprzyrodzone siły i jakie konsekwencje ponoszą ci, którzy tej kontroli nie sprawują.

Autorka buduje powieść na dwóch zasadniczych osiach fabularnych. Pierwsza skupia się wokół Konstancji Sawickiej, młodej czarownicy uwikłanej w konflikty rodzinne, zależności wewnątrz społeczności magicznej oraz coraz bardziej niepokojące działania jej przedstawicieli. Druga obejmuje doświadczenia Franciszka Brodzkiego, jezuity, człowieka wykształconego, związanego z konfederacją barską, którego stosunek do magii i jej użytkowników kształtują zarówno przekonania religijne, jak i osobiste doświadczenia. Bohaterowie reprezentują odmienne środowiska, systemy wartości i sposoby rozumienia świata, a jednocześnie oboje stopniowo odkrywają, że instytucje, którym powinni ufać, niekoniecznie działają w interesie tych, których rzekomo chronią. Konstancja doświadcza przemocy wynikającej z hierarchii i dyscypliny własnej społeczności, Franciszek natomiast musi skonfrontować swoje przekonania z rzeczywistością, która nie poddaje się prostemu podziałowi na chrześcijański porządek i demoniczne zagrożenie. Ich historie są więc dwoma wariantami konfliktu między lojalnością wobec instytucji a odpowiedzialnością wynikającą z indywidualnego sumienia. Problemem pozostaje nierównomierne rozłożenie ciężaru fabularnego. Początek poświęcono rodzinnej historii bohaterów, ich edukacji czy regułom magii i choć ta ekspozycja jest potrzebna w pierwszym tomie cyklu, niekiedy nadmiernie osłabia napięcie. W drugiej części powieści tempo wyraźnie wzrasta. Odkrywanie prawdy, narastające zagrożenie i kolejne odkrycia dotyczące działań Rady Iskier nadają wydarzeniom większą dynamikę. Nie wszystkie zwroty akcji mają jednak taką samą siłę: czasem przypadkowe spotkania, odkrycia lub interwencje postaci dysponujących szczególnymi możliwościami ułatwiają bohaterom pokonywanie przeszkód.

Spośród wszystkich bohaterów „Procesu” najciekawiej psychologicznie skonstruowany jest moim zdaniem Franciszek Brodzki. Religijny i wykształcony, obciążony uprzedzeniami wobec Iskier, nie jest przy tym prostym uosobieniem fanatyzmu. Doświadczenie konfederacji barskiej komplikuje jego stosunek do wolności i władzy, a przemiana nie polega na odrzuceniu wiary, lecz na uznaniu, że autorytet instytucji nie gwarantuje moralnej słuszności. Jako człowiek naznaczony rodzinną tragedią patrzy na Iskry przez filtr religijnej nieufności, odziedziczonych przekonań i osobistej tragedii. Początkowo jego uprzedzenia bywają eksponowane tak uporczywie, że grożą sprowadzeniem postaci do funkcji reprezentanta fanatyzmu, ale z czasem coraz wyraźniej widać, ile w jego bezwzględnych opiniach potrzeby odzyskania pewności, której nie daje mu ani własne ciało, ani pozycja społeczna. Epilepsja skazuje Franciszka na doświadczenie zależności, upokorzenia i utraty kontroli. Zanim zostanie zmuszony do uznania człowieczeństwa prześladowanych kobiet, sam zna już sytuację kogoś, na kogo inni patrzą z litością, zakłopotaniem lub odrazą. Co istotne, nie czyni go to automatycznie bardziej empatycznym i, koniec końców, przemiana Franciszka jest przekonująca właśnie przez to, że pozostaje niepełna. Widok tortur podważa jego wcześniejsze przekonania, lecz ich nie obala; potrafi on podjąć próbę ratowania niewinnych, a jednocześnie zachować dawne uprzedzenia. Jego los nie układa się w wygodny moralitet o kimś, który zrozumiał błąd i odtąd patrzy na świat tak, jak należy. Franciszek pozostaje człowiekiem poranionym, częściowo odmienionym, a częściowo jeszcze bardziej zatwardziałym.

Konstancja reprezentuje inny typ protagonistki: utalentowaną czarownicę buntującą się przeciwko hierarchii własnej społeczności. Jej konflikt z Radą Iskier ma wymiar polityczny i osobisty, lecz w warstwie psychologicznej najważniejsze okazują się relacje z Jerzym i Teresą. Początkowo jej sprzeciw wobec niesprawiedliwości może wydawać się przewidywalny, dopiero rodzinne decyzje odsłaniają granice tego buntu. Jako młoda czarownica, odbywająca praktykę pod nadzorem starszych magów, odkrywa, że obowiązek ochrony ludności przed demonami kończy się tam, gdzie zaczynają się nieopłacone rachunki i cudza jurysdykcja. Interwencja Konstancji wydaje się początkowo zapowiedzią dość znajomej kliszy o wrażliwej jednostce przeciwstawiającej się bezdusznemu systemowi, Wierzbicka szybko jednak komplikuje ten schemat. Bohaterka, która nie zgadza się na pozostawienie na śmierć chłopskiego dziecka nie potrafi z równą stanowczością uznać prawa własnej siostry do związku z parobkiem. Jej empatia jest prawdziwa, ale nie bezwarunkowa – zatrzymuje się na granicy naruszenia stanowego porządku, rodzinnego interesu i przekonania o tym, jakie życie należy uznać za godne. Ta sprzeczność nadaje Konstancji wiarygodność, jakiej nie miałaby jako nieskazitelna rzeczniczka uciśnionych: potrafi sprzeciwić się konkretnemu rozkazowi, ale znacznie trudniej przychodzi jej zakwestionować fundamenty własnego świata. Najlepsze sceny związane z tą postacią nie obejmują walki i rzucania czarów, lecz chwil, w których mogłaby podjąć ryzyko dla bliskiej osoby, ale zamiast tego wybiera obowiązek i utrzymanie status quo. Z perspektywy dalszych wydarzeń te pozornie mniej dramatyczne decyzje okazują się równie destrukcyjne, co jawna przemoc.

Teresa, młodsza siostry Konstancji, jest najtragiczniejszą bohaterką książki. Początkowo przedstawiana jako ta mniej uzdolniona, stopniowo odsłania cenę życia w rodzinie, w której miłość nie oznacza uznania podmiotowości. Brak magicznych talentów czyni ją kimś gorszym w oczach środowiska Iskier, ale zarazem nie daje jej możliwości wyboru innej drogi życiowej. Rodzeństwo rości sobie prawo do planowania jej przyszłości, a uczucie do Staśka traktuje jako kompromitację, co rozpoczyna ciąg zbrodni i tragedii. W późniejszej próbie uratowania Teresy przez Konstancję jest więc nie tylko siostrzana miłość, ale także rozpaczliwe pragnienie naprawienia własnego udziału w jej krzywdzie. Wierzbicka nie pozwala jednak, by poczucie winy automatycznie uszlachetniało, a Konstancja, chcąc odzyskać siostrę, sama zaczyna wykorzystywać innych. Jej relacja z Franciszkiem pozostaje interesująca właśnie dlatego, że trudno ocenić, na ile była szczera i powodowana własnymi potrzebami czy samotnością, a na ile płynęła z zimnej kalkulacji. Próżno tu również szukać ckliwej historii o tym, że intymność znosi uprzedzenia, a wspólnie przeżyte niebezpieczeństwo stanie się początkiem oczywistego porozumienia.

Wśród postaci drugoplanowych wyróżniają się także Ksawery Zaleski i tajemniczy chłopiec wysłany przez Radę Iskier, z którym szlachcic nawiązuje więź. Ksawery, który stracił żonę i syna, odnajduje możliwość ponownej troski o kogoś, choć podobieństwo chłopca do zmarłego dziecka rodzi podejrzenie manipulacji. Kiedy inni z pogardą odwracają głowy lub pytają, czy odmieniec zasługuje na ratunek, Ksawery dostrzega istotę zależną i krzywdzoną. Samo jej istnienie podważa zresztą podziały, na których opiera się powieściowy porządek. Odrzucany przez wszystkich i traktowany jak narzędzie wymagające tresury, łączy zdolność do przemocy z dziecięcą podatnością na zranienie. Szczególnie znacząca jest tu reakcja Konstancji, która wobec chłopca wyraźnie pokazuje granice solidarności. Bohaterka broniąca Iskier przed odczłowieczeniem bez większego wahania odmawia wartości istocie uznanej za nienaturalną. To świetny zabieg, ponieważ autorka nie pozwala przypisać uprzedzeń jednej stronie konfliktu.

Najpełniej mechanizm ten ucieleśnia Jerzy Sawicki. Jego ambicja wyrasta z rzeczywistej krzywdy, a projekt świata bez stosów ma źródło w osobistej stracie, ale nie unieważnia to okrucieństwa metod, po które sięga. Chce chronić bliskich oraz wspólnotę, ale zarazem rości sobie prawo do decydowania o cudzym życiu. Rytuał wymazania pamięci staje się tutaj jednym z najciekawszych pomysłów powieści: nie usuwa osobowości ani nawyków sprawowania władzy, za to wymazuje więzi, które mogłyby tę władzę ograniczać. Pozostawia cel, odbierając mu część osobistego sensu. Z tym motywem znakomicie współpracuje zielony amulet: jako pozostałość braterskiego uczucia przechodzi z rąk do rąk, zmienia funkcję i w końcu przewrotnie zmusza własnego twórcę do działania sprzecznego z jego interesem. To rozwiązanie dobrze przygotowuje także finałową ironię: człowiek, który usiłował chronić siostrę sam staje się jej prześladowcą.

Największą ambicją „Procesu” pozostaje osadzenie świata magicznego w konkretnym momencie historycznym – Rzeczpospolitej drugiej połowy XVIII wieku z jej instytucjami, konfliktami religijnymi, strukturą stanową i narastającą zależnością od obcych mocarstw. Autorka korzysta z rzeczywistych wydarzeń i postaci historycznych: wprowadza konfederację barską, odwołuje się do działalności Józefa Pułaskiego, polityki Stanisława Augusta Poniatowskiego, edukacji jezuickiej i problematyki procesów o czary. Próbuje przy tym pokazać, w jaki sposób istnienie społeczności magicznej mogłoby zmienić układ sił politycznych i stosunki społeczne. Szczególnie ciekawy jest pomysł włączenia Iskier w konflikt konfederacji barskiej, która historycznie broniła nie tylko niezależności politycznej, lecz również uprzywilejowania katolicyzmu i praw szlacheckich. Dlaczego więc magiczna mniejszość miałaby wspierać ludzi gotowych ograniczyć jej uprawnienia? To pytanie pozwala Wierzbickiej wyjść poza prosty podział na patriotów i zdrajców oraz ukazać sprzeczność między interesem państwa a prawami jego mieszkańców. Włączenie Iskier w rosyjską ingerencję i spór o prawa polityczne dodatkowo komplikuje tę sytuację: emancypacja prześladowanych może wiązać się z interesem obcego mocarstwa. Obecność magów w armii rosyjskiej, magiczne zabezpieczenia traktów czy instytucjonalna pozycja Rady Iskier zmieniają fundamentalne warunki funkcjonowania państwa. Pytanie brzmi, czy wszystkie te zmiany zostały dostatecznie przemyślane, bo mam wrażenie się, że magia o wymiernej wartości militarnej, gospodarczej i politycznej powinna jednak głębiej przeobrażać państwo. Telepatia, błyskawiczna komunikacja, ochrona miast i zaangażowanie Iskier w działania zbrojne musiałyby mieć bardzo znaczące konsekwencje. Wierzbicka dostrzega część tych konsekwencji, przedstawiając choćby odpłatną ochronę przed demonami i ambicje Rady Iskier, lecz magia częściej rozwiązuje problemy pojedynczych scen niż zmienia historyczną strukturę świata powieściowej Rzeczpospolitej. Podobne wątpliwości budzi rytuał wymazywania pamięci: emocjonalny potencjał jest ogromny, lecz mniej jasne pozostaje, jak działa w odniesieniu do dokumentów, korespondencji, dziedziczenia czy materialnych śladów wcześniejszego życia. Pierwszy tom cyklu ma prawo pozostawiać pewne kwestie w tajemnicy, dlatego liczę na to, że w kolejnych ta niejasność zasad światotwórstwa, a zwłaszcza reguł rządzących magią, zostanie doprecyzowana.

Zdecydowaną zaletą książki jest to, że autorka nie próbuje rekonstruować języka epoki, lecz buduje jego literacki ekwiwalent, podporządkowany potrzebom współczesnej narracji popularnej. Zaletą takiego rozwiązania jest zachowanie czytelności: dialogi nie wymagają od odbiorcy znajomości osiemnastowiecznej polszczyzny, a stylizacja zazwyczaj nie utrudnia śledzenia wydarzeń. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy archaizacja ogranicza się przede wszystkim do słownictwa i form grzecznościowych, podczas gdy bohaterowie nieraz myślą i argumentują językiem współczesnych praw, emancypacji i instytucji zawodowych. Nie chodzi o to, że XVIII wiek nie znał krytyki władzy, przecież oświecenie dostarcza na to licznych przykładów, lecz o odmienny aparat pojęciowy. Słownictwo stażu, licencji, negatywnej energii czy „struktury czasoprzestrzeni” nie do końca pasuje do opisywanej rzeczywistości i osłabia historyczną sugestywność. W opisie rytuału ognistych pająków „pamięć lasu” w mojej opinii przemawia do wyobraźni czytelnika o wiele mocniej niż objaśnienie odwołujące się do struktury czasoprzestrzeni. Znacznie lepiej wypada natomiast warstwa opisowa – autorka umiejętnie wykorzystuje szczegóły materialne, a opisy przygotowań do stypy, zawartości spiżarni i talerza czy codziennych obowiązków pozwalają odczuć fizyczność przedstawionego świata. Bohaterowie jedzą, podróżują, zarządzają służbą i przestrzegają społecznych konwenansów. Wierzbicka sprawnie buduje sceny, operuje konkretem materialnym i przeciwstawia zwyczajność temu, co potworne. Świetnie działa przewijający się przez książkę związek apetytu i odrazy: posiłek może oznaczać bezpieczeństwo, przywilej albo obojętność, a zapach palonego ciała uruchomić odruch głodu, którego bohater później się wstydzi.

Jednym z ważniejszych kryteriów oceny fantastyki historycznej jest wiarygodność relacji społecznych. Dawna Rzeczpospolita nie była społeczeństwem zorganizowanym według współczesnych zasad równości i indywidualnej autonomii. Pochodzenie, płeć, majątek, wyznanie i przynależność stanowa determinowały nie tylko możliwości działania, lecz również sposób, w jaki jednostka postrzegała własne miejsce w świecie. Wierzbicka dobrze pokazuje zależność mieszkańców wsi od dziedziców oraz ograniczenia nakładane na kobiety przez rodzinę i obyczaj. Konflikty w rodzinie Sawickich przypominają, że interes rodu może pozostawać w sprzeczności z dobrem poszczególnych jego członków. Znaczenie posagu, reputacji kobiety, rodowej ciągłości i protekcji nie jest wyłącznie tłem, lecz wyznacza zakres dostępnych wyborów i sprawia, że prywatne uczucie może zostać uznane za zagrożenie dla całej rodziny. Trafnie przedstawiona jest także pozycja Konstancji, która mimo kompetencji i wykształcenia zostaje obciążona opieką, organizacją pogrzebu i emocjonalną odpowiedzialnością za dom, podczas gdy brat przejmuje rolę jego reprezentacyjnego zwierzchnika. Warto jednak zauważyć, że bohaterowie obdarzeni szczególnymi zdolnościami zyskują niekiedy swobodę działania, której społecznych konsekwencji powieść nie analizuje równie dokładnie, zwłaszcza w odniesieniu do kobiet funkcjonujących poza tradycyjnymi strukturami zależności. Magia może oczywiście stanowić źródło ich niezależności, ale wówczas należałoby konsekwentniej pokazać, jak ta niezależność wpływa na ich status prawny, ekonomiczny i obyczajowy. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach cyklu autorka pogłębi tę warstwę.

Wątek procesu czarownic w Doruchowie zasługuje na osobną analizę, ponieważ stanowi nie tylko kulminację fabularną, lecz również najważniejszy punkt styku powieści z historiografią. Opowieść o procesie doruchowskim z 1775 roku i egzekucji czternastu kobiet opiera się między innymi na anonimowej „Relacyi naocznego świadka”, opublikowanej w „Przyjacielu Ludu” w 1835 roku. Historycy, w tym Janusz Tazbir, Jacek Wijaczka i Ewa Danowska, wskazywali na niepewność datowania, liczby oskarżonych i wiarygodności przekazu. Autorka otwarcie omawia te zastrzeżenia w posłowiu, zaznaczając również własne zmiany: nazwisko dziedzica, porę egzekucji i losy księdza Józefa Możdżanowskiego. Należy tu jednak odróżnić przebieg powieściowego procesu od wiarygodności społecznych mechanizmów oskarżania o czary. W tym drugim obszarze powieść ma większą wartość poznawczą: pokazuje lokalne konflikty, bezbronność kobiet pozbawionych protekcji i podatność sądownictwa na naciski. Wierzbicka stworzyła bardzo przekonujący obraz mechanizmu prześladowania: choroba dziedziczki uruchamia poszukiwanie winnej, dawne konflikty kierują oskarżenia ku konkretnym osobom, autorytet miejscowej „mądrej baby” zmienia podejrzenia w pozorną wiedzę, a przesłuchania i tortury nie weryfikują oskarżeń, lecz wymuszają przyznanie się do winy i kolejne nazwiska. Wierzbicka świetnie ukazuje splot interesów, zależności i potrzeby kontroli, fantastyczny świat zmienia jednak sens tego obrazu. W „Procesie” czary rzeczywiście działają, klątwy zabijają, a bohaterowie dopuszczają się czynów, których obawiają się przeciwnicy Iskier. Nie usprawiedliwia to, rzecz jasna, tortur ani prześladowania, ale przesuwa problem z oskarżeń o zbrodnie wyobrażone ku ustalaniu sprawstwa realnych nadnaturalnych przestępstw. Kluczowe stają się dowody, jurysdykcja i rozróżnienie między posiadaniem talentu a zawinionym działaniem. Tym bardziej nieoczywisty okazuje się postulat, by magów sądzili wyłącznie magowie: Rada ma kompetencje, lecz może cynicznie potrzebować męczennic.

Chcę tu zaznaczyć, że sposób, w jaki autorka łączy proces doruchowski z problematyką historycznych reform prawa jest niezwykle ciekawy. W zakończeniu powieści pojawia się projekt zakazu stosowania tortur w postępowaniach o czary oraz perspektywa przekazania części kompetencji sądowniczych Radzie Iskier. W rzeczywistości ustawa sejmowa z 1776 roku zniosła tortury sądowe i karę śmierci za czary: Wierzbicka zachowuje kierunek reformy, ale nadaje jej fantastyczną genezę polityczną, gdyż ograniczenie przemocy staje się zarazem sposobem zwiększenia władzy Rady Iskier. To jedno z ciekawszych rozwiązań powieści, bo pokazuje, że moralnie uzasadniona zmiana prawa nie gwarantuje sprawiedliwości, jeśli nowa instytucja również działa arbitralnie. Z drugiej strony skomplikowane przemiany prawne i społeczne zostają powiązane z działaniami konkretnych postaci i ich przeciwników, co zwiększa dramaturgię, ale ogranicza możliwość ukazania długotrwałych zmian w kulturze prawnej i sposobach rozumienia przestępstwa. Należy też pamiętać, że historyczne procesy o czary nie były jednolitym zjawiskiem – różniły się w zależności od regionu, sądu, lokalnych zwyczajów prawnych i okresu. Szczególnie istotna była rola sądów miejskich i lokalnych jurysdykcji, a także złożone relacje między prawem świeckim a religijnymi wyobrażeniami o czarach. W „Procesie” ta różnorodność zostaje podporządkowana potrzebom fabuły.

Wierzbicka umiejętnie wykorzystuje zagrożenie nadprzyrodzone, jednak najciekawsze konflikty nie wynikają z obecności demonów. Ich źródłem są ludzkie ambicje, zależności i próby sprawowania kontroli nad innymi. Rada Iskier pod pozorem troski o bezpieczeństwo realizuje interesy polityczne, usprawiedliwiając przemoc koniecznością zapobiegania większemu złu. Intryga jednak nie zawsze wykorzystuje tę niejednoznaczność: intencje manipulatorów bywają odsłaniane tak bezpośrednio, że konflikt przybiera klasyczny kształt walki z bezwzględnym, żądnym nieograniczonej władzy „czarnym charakterem”. Najbardziej wymowny jest pod tym względem epilog, który odsłania kolejne elementy planu przewodniczącego Rady Iskier, wskazuje znaczenie amuletu oraz zapowiada dalsze zagrożenie dla Konstancji. To skuteczny zabieg z punktu widzenia konstrukcji cyklu, ale jednocześnie rozwiązanie dość konwencjonalne. Jako czytelniczka wolałabym zostać z większą niepewnością co do dalszych wydarzeń, zamiast otrzymywać wyraźnie wyznaczony kierunek kolejnego konfliktu. Być może mylę się jednak i autorka w kolejnym tomie zaskoczy mnie, podążając w zupełnie inną stronę.

Jako otwarcie cyklu „Proces” Katarzyny Wierzbickiej zachowuje konieczną równowagę: tragedia w Doruchowie otrzymuje kulminację i nieodwracalne konsekwencje, podczas gdy los Konstancji, rosnąca władza Rady i niedomknięte wątki poboczne zapowiadają dalsze konflikty. Największa zaleta pierwszego tomu leży moim zdaniem w połączeniu wątków fantastycznych z historyczną refleksją nad władzą, religią i społecznymi mechanizmami przemocy. Osiemnastowieczna Rzeczpospolita nie jest jedynie dekoracją: na uznanie zasługują obyczajowy konkret oraz świadome, choć swobodne, korzystanie ze źródeł historycznych. Wierzbicka potrafi bardzo sprawnie budować emocjonalne konflikty i wykorzystywać historyczne inspiracje w sposób wykraczający poza powierzchowną dekoracyjność. Zastrzeżenia nie są liczne: stylizacja bywa powierzchowna, reguły magicznego świata nie zawsze uwzględniają konsekwencje własnych możliwości, ekspozycja spowalnia początek opowieści, a narracja chwilami zbyt często podpowiada emocje, którym mogłaby pozwolić wybrzmieć samodzielnie. Najważniejsze zastrzeżenie mam wobec relacji między historią a fantastyką: rzeczywiste mechanizmy prześladowań zmieniają znaczenie w świecie, gdzie magia istnieje naprawdę. Powstaje przez to mocna opowieść o nadużyciach władzy, choć nie zawsze równie przekonująca refleksja nad historycznym fenomenem polowań na czarownice. Mimo tych ograniczeń Wierzbicka tworzy powieść o zdolności do czynienia z własnej krzywdy usprawiedliwienia dla krzywdzenia innych. Najbardziej niepokojące okazuje się nie to, że potwór może wyglądać jak człowiek, ale że człowiek może zachować uczucia, dobre intencje i przekonanie o słuszności własnej sprawy, a mimo to traktować innych gorzej niż pozbawiony uczuć i sumienia potwór. I właśnie w tym moralnym pęknięciu, raczej niż w rozmachu świata przedstawionego czy obietnicy dalszych magicznych starć, kryje się największa siła otwarcia cyklu „Dni sądu”.

Za możliwość zrecenzowania książki serdecznie dziękuję Autorce

author-sign

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *