Joanna Pypłacz, należąca do grona najciekawszych polskich twórców grozy, rozpoczyna Epitafium gestem nieomalże programowym. Otwiera książkę cytatem z Baudelaire’a, sceną z Opery Lwowskiej, motywem Orfeusza opłakującego Eurydykę i próbą naruszenia najbardziej nieprzekraczalnej znanej ludzkości granicy – tej między życiem a śmiercią. Konstantyn wykonujący arię z Orfeusza i Eurydyki Glucka staje się duchem książki, której bohaterowie będą bezustannie oglądać się za siebie: powracać myślami do ukochanych zmarłych, wchodzić do pozostawionych przez nich pokoi, nosić ich ubrania, oglądać portrety, dotykać rzeczy, szukać ich w lustrach, na cmentarzach, w muzyce i w pamięci. I prawie za każdym razem boleśnie odkryją to samo, co mityczny Orfeusz – że nie da się ich odzyskać bez konsekwencji, a próba zatrzymania przy sobie kogoś, kto już nie należy do naszego świata może się wiązać z ogromnym niebezpieczeństwem.
Jeśli wysilić się na dosłowną interpretację tytułu, gotyk Pypłacz stanie się przede wszystkim gotykiem żałoby. Autorka wykorzystuje wprawdzie niemal cały zestaw gatunkowych rekwizytów (cmentarze i krypty, klasztorne lochy, zjawy, lustra, nekromancję, szaleństwo, trucizny, samobójstwo i zbrodnia, kobiety porywane i zamykane wbrew swojej woli, mroczne tajemnice rodzinne), ale spłaszczeniem ambicji powieści byłoby ograniczać się do tego, co straszy bez pytania, dlaczego. W Epitafium groza wyrasta bowiem wprost z samej straty. Zjawa jest ucieleśnieniem pamięci, grobowiec – materializacją więzi, a nawiedzenie często kryje niemożność pogodzenia się z odejściem bliskiej osoby. Śmierć staje się podstawowym „tworzywem” świata przedstawionego, a bohaterowie noszą w sobie utratę, pustkę lub ranę, z których wyrasta ich późniejsze działanie. Konstantyn nie godzi się na śmierć Niny, Ida po śmierci matki zostaje wyrwana z bezpiecznego świata, Nadir nosi w sobie nieprzepracowaną żałobę po Selin oraz tajemnicę własnego pochodzenia, Molly mierzy się z utratą Daisy, Rudolf żyje w cieniu nieobecnej matki i samobójczej śmierci siostry. Zmarli tymczasem nie zamierzają pozostać w przeszłości, a ci, którzy jeszcze trzymają się życia, zaczynają niebezpiecznie ciążyć ku nieobecnym. Niekiedy powodem jest miłość, czasem poczucie winy, obsesja albo uraz, za każdym razem jednak czyjeś odejście odbiera sens życia tym, którzy pozostali. Szczególnie mocno wybrzmiewa to w próbie wskrzeszenia Niny i muszę podkreślić, że to jedna z najlepszych scen w powieści. Mit Orfeusza nie zostaje sprowadzony przez autorkę do erudycyjnego ozdobnika, lecz staje się emocjonalnym wzorcem, który otrzymuje natychmiastową, brutalną rewizję. Pypłacz czerpie z klasycznego motywu powrotu zza grobu, ale interesuje ją nie tyle potwór sam w sobie, ile pytanie o to, jak ogromna może być rozpacz, że człowiek jest w stanie dopuścić się czegoś strasznego, byle tylko zaprzeczyć ostateczności straty. Na tym tle niezwykle gorzko i znamiennie wybrzmiewa pytanie Nadira: „A czy Orfeusz odzyskał Eurydykę?”.
Na uwagę zasługuje fakt, że autorka nie odwołuje się do makabry i obrzydliwości, ale poprzez pełne gotyckiej wrażliwości obrazy potrafi naruszyć komfort czytelnika, każąc mu patrzeć na ciało jako materię podatną na rozpad. Widać to w przejmujących refleksjach Idy, która ogląda zwłoki matki i uświadamia sobie, że oto ukochana osoba stała się czymś należącym do innego porządku. Granica między „kimś” a „czymś” zostaje pokazana bez sentymentalizmu, a zarazem z dużą uważnością na stan psychiczny córki. Autorka pokazuje, jak piękne potrafią być grobowce, lecz przypomina, że pod marmurem wciąż mieści się zgnilizna; ciało może być „szkatułką na duszę”, ale ta rozpada się niezależnie od społecznego statusu właściciela. W finałowych partiach ten biologiczny konkret staje się wręcz narzędziem zakwestionowania hierarchii klasowej: pod monumentalnym mauzoleum arystokrata gnije dokładnie tak samo jak ci, których za życia uważał za robactwo.
Pypłacz świetnie wykreowała swoją protagonistkę, która jednocześnie spełnia i podważa tradycyjny model gothic heroine. Początek wygląda znajomo: młoda kobieta ucieka przed narzuconym małżeństwem, jest prześladowana przez mężczyznę roszczącego sobie do niej prawo, zostaje uprowadzona, zamknięta w klasztorze, uznana za histeryczkę i ostatecznie zagrożona dosłownym pogrzebaniem żywcem. Można tu usłyszeć echo Ann Radcliffe i całej tradycji kobiecego gotyku, w której architektura domu, klasztoru czy zamku przestaje być neutralną przestrzenią, a staje się materialną formą patriarchalnej kontroli. Idalia Ostrowicka nie jest jednak damą oczekującą na wybawiciela. To kobieta inteligentna, ironiczna, świadoma swojej sytuacji i prawa do samostanowienia. W świecie, który konsekwentnie usiłuje przedstawić jej opór jako histerię, fanaberię albo diabelskie opętanie, zdolność nazwania przemocy ma znaczenie fundamentalne. Wątek klasztoru nabiera dzięki temu wyjątkowej mocy – i absolutnie nie chodzi tu o gotyckie wnętrza nawiedzane przez zjawy. Ciemne korytarze, zamknięte cele i krypty uosabiają system przemocy wobec kobiet. Klasztor, będący z zewnątrz miejscem o wymiarze duchowym, niosącym w założeniu pocieszenie i bezpieczeństwo, stopniowo odsłania drugą, mroczną stronę: więzienia, a następnie grobowca. Fenomenalnie napisana jest scena, w której Ida i Jadwisia odkrywają, że mają zostać zamurowane żywcem „na chwałę niebios”. Gotyk zostaje tutaj wykorzystany zgodnie ze swoją najlepszą tradycją: irracjonalna groza służy obnażeniu przemocy bardzo racjonalnie zorganizowanego świata.
Chcę jeszcze wrócić do jednego najciekawszych, a zupełnie pomijanych w recenzjach motywów książki, mianowicie kobiecego szaleństwa. Kobieta zamknięta, histeryczna, nawiedzona albo obłąkana jest w klasycznej literaturze gotyckiej figurą niemal archetypiczną. Epitafium pyta jednak o prawo do diagnozy. Ida staje się histeryczką, kiedy reaguje na przemoc. Filomena zostaje wpisana w narrację choroby psychicznej. Molly radzi sobie z żałobą (i zapewne depresją, czy dawniej melancholią), przyjmując alkohol i laudanum. Tereska balansuje pomiędzy klasowym upokorzeniem, fascynacją i urojeniem. Matka Humilia tworzy zaś własną, potworną logikę ratowania kobiet, które w rzeczywistości morduje. Odkrycie kości i przekonanie przeoryszy, że jej ofiary są kwiatami kwitnącymi już w ogrodzie Boga, należy do najlepszych i najbardziej makabrycznych obrazów finału. To odwrócenie tradycyjnego schematu jest celne, ponieważ bohaterki kobiece nie są w Epitafium ani ofiarami patriarchalnego systemu ani ikonami emancypacji. Pypłacz przyznaje im różne role, w tym również zbrodniarek. Humilia jest szczególnie niepokojąca właśnie dlatego, że jej przemoc przybiera język troski. Rudolf chce posiadać i kontrolować, Humilia chce w swoim pojęciu ocalić; rezultat jest podobny, ponieważ cudza podmiotowość dla żadnego z nich nie ma znaczenia. Być może to nadinterpretacja, ale odebrałam wrażenie, że autorka delikatnie sugeruje nam, że prawdziwym przeciwieństwem wolności nie tyle jest uwięzienie, ile wiara w to, że wie się lepiej od drugiego człowieka, jak powinien żyć.
Rudolf Fessler jest ciekawą figurą gotyckiego antagonisty: zamożny, uprzywilejowany, chorobliwie zaborczy, działający z pozycji społecznej i ekonomicznej przewagi, a zarazem naznaczony własnym psychicznym rozpadem. Fascynacja śmiercią, oszpecona twarz, obsesja kontroli nad kobietami oraz dom pełen niepokojących artefaktów i pamiątek wpisują go w tradycję gotyckiego tyrana, ale nie jest przy tym bohaterem jednowymiarowym. Wyznaje przewrotnie logiczną narrację o świecie: obsesję klasy, własności, czystości i kontroli łączy z lękiem przed kobietami, których nie potrafi podporządkować. Kobieta niezależna natychmiast staje się w jego wyobraźni istotą demoniczną. Paradoksalnie sam ujawnia wówczas własne zniewolenie: to on okazuje się więźniem klasy, rodu i konwenansu, podczas gdy pogardzana chłopka może być prawdziwie wolna.
Najlepiej napisanym bohaterem męskim jest zdecydowanie Nadir – postać stojąca na pograniczu człowieczeństwa, mitu i demonologii. Przybywa z dalekiego, pustynnego kraju, pełnego opowieści o dżinach i ogniu, rozdarty między naturą ludzką a nadnaturalnym dziedzictwem, a jego obcość staje się źródłem osobnego systemu wyobrażeń. Nie zna w pełni własnego pochodzenia, zmaga się z odrzuceniem i dziedziczy historię, której nie rozumie. Moc związana z ogniem nie czyni z niego przy tym heroicznego wybrańca; jest raczej darem podejrzanym, bolesnym i grożącym zniszczeniem. Ogień należy zresztą do najlepiej poprowadzonych motywów powieści; jest energią życia, namiętnością, ochroną, narzędziem przemocy, znakiem kontaktu z niewidzialnym i materialnym odpowiednikiem traumy. Znakomicie działa opozycja temperatur: Ida marznie, Nadir płonie, grobowy chłód oznacza śmierć, ale ogień niekoniecznie jest ratunkiem, bo choć w jednej ze scen ratuje Idę przed Rudolfem, to jednocześnie rani Nadira. Żywioły nie podlegają prostemu wartościowaniu. Finał Nadira jest dzięki temu konsekwentny: człowiek, który bał się miłości właśnie dlatego, że widział w niej przyszłą żałobę, ostatecznie spala się, próbując ocalić kogoś, kto przestał być mu obojętny. Miłość i ogień, przed którymi usiłował się bronić, okazują się w jego historii jednym i tym samym żywiołem. Kiedy zaś Ida budzi się w przestrzeni stepowej, otoczona płomieniami, które jej nie ranią, ogień przestaje być wyłącznie zagrożeniem i staje się znakiem dotarcia do domu. Warto tu zaznaczyć, że relacja Nadira i Idy rozwija się tu przede wszystkim na poziomie intuicji, obrazów i wspólnoty w cierpieniu, co chroni powieść przed psychologiczną dosłownością. Pypłacz wyraźnie wybiera tutaj porządek gotycko-oniryczny, w którym ludzi mogą połączyć nie miesiące poznawania się, lecz wspólnota widzeń, snów, krzywd i powracających znaków.
Epitafium silnie czerpie z tradycji gotyckiej, romantycznej i modernistycznej, choć nie robi tego poprzez proste cytowanie kanonu. Równie interesujące są rodzime konteksty: od frenetycznej wyobraźni romantycznej po modernistyczne zainteresowanie śmiercią, dekadencją, erotyką i rozpadem psychiki. W tle pobrzmiewa właściwa Młodej Polsce fascynacja pięknem chorobliwym, sztuką jako przestrzenią graniczną i człowiekiem balansującym pomiędzy zachwytem a autodestrukcją. Lwów i Kraków początku XX wieku bardzo dobrze nadają się do takiej opowieści jako miasta w pewnym sensie graniczne: istniejące równocześnie w sferze nauki i spirytualizmu, opery i prosektorium, elektryczności i świec, policyjnego dochodzenia i rozmów z umarłymi. Szczególnie udane jest zestawienie dwóch porządków poznania. Z jednej strony mamy Nadira i zdarzenia nadprzyrodzone, z drugiej – Hassa i Wagnera, policyjne śledztwo, oględziny zwłok, ustalanie pochodzenia przedmiotów. Pypłacz nie próbuje wmówić czytelnikom Epitafium, że racjonalizm jest ślepy, a świat nadnaturalny zna wszystkie odpowiedzi. Oba systemy są niepełne. Nadir widzi to, czego nie widzą inni, lecz nie zawsze potrafi właściwie zinterpretować własne wizje. Policja z kolei dzięki materialnym śladom rekonstruuje część prawdy. Rękawiczka jest tutaj znakomitym przedmiotem granicznym: magicznym artefaktem, intymnym śladem kobiecego ciała i najzwyklejszym dowodem rzeczowym. To również jeden z przykładów sprawnego splatania licznych wątków za pomocą przedmiotów, miejsc i powracających obrazów. Podobną funkcję pełnią lustra, portrety, kwiaty czy cmentarze.
Najbardziej oryginalne wydało mi się w Epitafium połączenie gotyku z operą, przy czym muzyka nie jest jedynie ornamentem ani ukłonem w stronę rozległych zainteresowań autorki. Arie, występy i role powracają jako struktury emocjonalne organizujące doświadczenie bohaterów. Konstantyn jest śpiewakiem i zarazem Orfeuszem pozbawionym możliwości odzyskania Eurydyki. Jego głos jest piękny, ale piękno przemija, a sztuka może jedynie nadać cierpieniu formę. Wątek Molly i Hassa, którzy po identyfikacji zwłok Daisy idą do teatru, należy do subtelniejszych realizacji tej myśli. Sztuka pozwala choć na chwilę poczuć coś innego poza rozpaczą, odzyskać możliwość życia obok straty.
Na uwagę zasługuje również społeczna warstwa powieści. Pypłacz wprowadza na karty Epitafium różnice klasowe, zależność ekonomiczną, doświadczenia kobiet z marginesu i napięcia między salonem i służbą, sceną i kuluarami, bogactwem i walką o przetrwanie. Molly i Daisy nie są wyłącznie fabularnie użytecznymi figurami dekadenckich tancerek – ich marzenie o paryskim Montmartre zostaje skonfrontowane z kruchością życia artystek pozbawionych bezpieczeństwa. Molly, patrząc na siebie przez pryzmat męskiego pożądania, a potem w obliczu śmierci Daisy, zyskuje bolesną świadomość, że kobiece ciało w ich świecie jest towarem, widowiskiem i obiektem przemocy. Interesująca jest również Tereska, której początkowa naiwność i podporządkowanie odsłaniają mechanizmy klasowej pogardy.
Wielowątkowość Epitafium jest jednocześnie atutem konstrukcji książki i wyzwaniem dla jej czytelnika. Autorka wprowadza wiele postaci i potrafi splatać ich historie za pomocą przedmiotów, miejsc, przypadkowych spotkań oraz powracających obrazów. Polifoniczność pozwala pokazać, że nie istnieje jedna reakcja na śmierć, a każdy bohater pisze własne epitafium. W drugiej połowie książki narracja zaczyna jednak momentami przypominać rozbudowany witraż, w którym niemal każda barwna szybka domaga się osobnego spojrzenia. Wątki są tematycznie powiązane, ale nie mają jednakowego ciężaru fabularnego, przez co napięcie głównej historii Idy bywa nieco rozpraszane. Zwłaszcza w partiach, w których czytelnik wie już, że bohaterka znajduje się w niebezpieczeństwie, dłuższe zwroty jego spojrzenia ku innym postaciom częściej spowalniają akcję niż budują suspens. Nie uważam tego jednak za wady dyskwalifikującej strukturę książki – ani zaangażowanie w lekturę, która wymaga od czytelnika cierpliwości i zgody na określoną konwencję, jaką posługuje się autorka.
Język książki jest zarazem jej wielką siłą i głównym źródłem ryzyka. Pypłacz świadomie odwraca się od współczesnej narracji i pisze frazą nasyconą, obrazową, bogatą w środki stylistyczne. Czy to nadmiar ornamentyki? W żadnym wypadku; nie wyobrażam sobie, by taka historia została opowiedziana minimalistyczną, krótką frazą bez utraty połowy swojej wrażliwości. W najlepszych partiach Pypłacz pejzaż przestaje być tłem i zaczyna odpowiadać stanowi psychicznemu bohatera, a pewne zjawiska funkcjonują równocześnie fizycznie i symbolicznie. Styl autorki buduje sugestywną, niemal organiczną atmosferę: czuje się mróz, wilgoć, zapach gasnących świec, stęchliznę, woń rozkładu czy fakturę tkanin. Szczególnie udane są opisy miejsc, ponieważ przestrzeń nigdy nie pozostaje pusta, a także partie, w których wzniosłość zostaje przecięta czymś cielesnym, trywialnym albo makabrycznym. Gotyk potrzebuje takiego tarcia, inaczej łatwo zamienia się w dekorację, jakiej pełno we współczesnej prozie gatunkowej, gotyckiej jedynie z nazwy.
Największym wyzwaniem dla współczesnego czytelnika pozostaje jednak nadmiar, przez który obrazy i pomysły czasem walczą o pierwszeństwo. Metafory i epitety są zagęszczone, powracają te same rejestry. W estetyce gotyckiej jest to oczywiście narzędzie celowe – ma zamykać odbiorcę w obsesyjnym kręgu, ale może być trudne w odbiorze dla czytelnika, który nie zna konwencji i nie wykaże cierpliwości do tego typu lektury. Dialogi są sprawnie napisane, zwłaszcza w relacji Idy z Jadwisią czy Molly z Hassem, choć czasem zbyt wyraźnie dopowiadają sensy, które narracja wcześniej już zasugerowała. Nieznaczna redukcja części deklaracji psychologicznych mogłaby jeszcze mocniej wyeksponować to, co w powieści najwartościowsze: atmosferę niedopowiedzenia i niepewności. Wyzwaniem dla współczesnego, masowego czytelnika jest także intertekstualność, którą uważam za atut stylu Pypłacz. Epitafium jest powieścią niezwykle erudycyjną, z gęstą siecią odniesień do dzieł muzyki, literatury, sztuk plastycznych, mitologii, Biblii i do kultury przełomu wieków – i warto się na to przed lekturą przygotować.
Epitafium wyróżnia się na tle wielu współczesnych powieści wykorzystujących gotycką estetykę tym, że nie traktuje gatunku jako zestawu atrakcyjnych rekwizytów. Wszystkie elementy gatunku zostają podporządkowane pytaniu o to, co żywi robią ze swoimi zmarłymi, a także – a może przede wszystkim? – co zmarli robią z żywymi, nawet jeśli istnieją już wyłącznie w ich pamięci. Najbardziej wymowna okazuje się przy tym nie sama obecność śmierci, lecz potraktowanie jej jako mechanizmu wyrównującego hierarchie, a jednocześnie ujawniającego prawdziwą naturę więzi. W grobie gniją tak samo arystokrata i chłop, człowiek kochany i znienawidzony. Nazwisko zostaje wyryte na kamieniu, z czasem zarasta mchem, a w końcu także przestaje znaczyć cokolwiek. Tym bardziej istotne staje się pytanie o to, co naprawdę pozostaje: pamięć, trauma, miłość, a może życie obrócone w gruzy przez czyjeś odejście? Pod koniec książki Wagner patrzy na ludzi dotkniętych kolejnymi stratami i widzi w nich „żywe epitafium”, zmarłych za życia. Z kolei ostatnia scena z Idą może być odczytywana metafizycznie, symbolicznie albo psychologicznie, ale siła finału polega właśnie na tym, że Pypłacz nie wyjaśnia go do końca. Czy jest to śmierć, wizja, przekroczenie granicy, spotkanie z dziedzictwem Nadira czy nowe wcielenie Idy – pozostaje niepewne. W tym miejscu powieść osiąga tak znamienny dla literatury gotyckiej stan zawieszenia pomiędzy wiedzą a intuicją.
Epitafium jest trudną książką i przez masowego czytelnika przyzwyczajonego do zupełnie innej grozy może być uznana za przeciążoną własną wyobraźnią. Jest to jednak książka pisana przez autorkę, która rozumie, że istotą gatunku nie jest pytanie, czy w tym domu naprawdę straszy, lecz dlaczego żywi potrzebują te duchy zobaczyć. Pypłacz konsekwentnie prowadzi czytelnika właśnie ku temu pytaniu. Jej bohaterowie próbują wskrzesić zmarłych, usłyszeć ich i zobaczyć, ukarać się za ich śmierć albo umrzeć razem z nimi, tymczasem jedyna droga w przyszłość wiedzie przez zgodę na nieodwracalność utraty. Książka jest rozbudowanym memento mori, ale pod warstwą mroku, stęchlizny i rozkładu kryje się opowieść zaskakująco mocno trzymająca się życia. Pypłacz przypomina, że dopiero świadomość, że wszystko może stać się epitafium – człowiek, dom, miłość, klasa społeczna, ciało, nawet całe miasto – nadaje wagę temu, co jeszcze nim nie jest. I w tym sensie Epitafium, mimo całej swojej funeralnej wyobraźni, okazuje się nie tyle powieścią o śmierci, ile o straszliwie trudnej i bolesnej sztuce pozostawania przy życiu.
