Epitafium dla scrollującego kciuka. “Czas pokaże” Marty Kozłowskiej

Kiedy Witold Gombrowicz pisał o walce z formą, nie podejrzewał, że niemal sto lat później owa forma nie tyle zostanie rozbita przez bunt ducha, ile rozpuszczona w cyfrowym niebycie. Marta Kozłowska w książce „Czas pokaże” dokonuje wiwisekcji tego procesu, serwując czytelnikowi dzieło skondensowane, gęste od znaczeń i bezczelnie wręcz odważne w swojej estetyce obrzydliwości. Autorka stawia nas w obliczu świata, przypominającego Steinbeckowskie „Grona gniewu” przefiltrowane przez estetykę body horroru, a klasyczny krajobraz amerykańskiej farmy staje się scenografią dla ogólnoludzkich procesów gnilnych i nekrologiem naszego gatunku.

Body horror jako parabola filozoficzna

Już pierwsze sceny powieści, w których Mary Lou z obojętną precyzją dokonuje czynności na pograniczu ogrodnictwa i sekcji zwłok, tworzą obraz, gdzie makabra przechodzi w groteskę:

„Mary Lou przeciera więc gałgankiem zdziczałą skórę, zdziera strupy brudu; ubytki, ugryzienia i gnilne zarzewia skrapia szkocką. Wyciska z nich larwy i kilka brzemiennych much”.

To świat, w którym ciało „upupia” ducha, a forma rozlewa się w niekontrolowany rozrost materii. Kozłowska opisuje ludzi w procesie torfowienia, istoty „z trupiością podszytą niemowlęctwem”, na wpół żywe, na wpół umarłe, których egzystencja przypomina raczej ferment niż życie. Ciało zostaje wypaczone, przemielone przez wyobraźnię, która – niczym u Schulza – nie odróżnia już biologii od metafizyki. Kozłowska kapitalnie rozpoznaje współczesny lęk przed cielesnością, oferując komentarz do nihilistycznego wymiaru współczesności: estetyka obrzydzenia pełni funkcję detoksu od cyfrowej sterylności. Jej powieść czerpie z tradycji body horroru, przy czym najbliżej jej chyba do egzystencjalnej obrzydliwości Cronenberga. Ciało w „Czas pokaże” nie jest źródłem przyjemności ani tożsamości, stając się ciężarem, naroślą, rozpadającą się materią, która trwa siłą biologicznego rozpędu.

Dystopia, dekontrukcja, antykatastrofa?

Kozłowska rezygnuje z epickiego rozmachu na rzecz dusznej, onirycznej miniatury. Zamiast tysiącstronicowej panoramy upadku, jaką mógłby nam zaserwować na przykład McCarthy, otrzymujemy tekst przypominający świeży preparat pod mikroskopem: krwisty i tętniący życiem, które dawno przestało być ludzkie. Co więcej, w przeciwieństwie do klasycznych wizji Orwella czy Huxleya, gdzie opresja przychodziła z zewnątrz – od państwa lub systemu – tu katastrofa jest efektem dobrowolnej abdykacji człowieka od człowieczeństwa.

Warto podkreślić subtelność, z jaką Kozłowska reinterpretuję kliszę technologicznej apokalipsy, proponując jeden z najciekawszych konceptów współczesnej polskiej fantastyki – oto człowiek nie zostaje pokonany przez sztuczną inteligencję, wirusy ani kosmiczną katastrofę. Po prostu „wylogowuje się” z rzeczywistości, porzuca ciało, wysiłek i sprawczość na rzecz nieustannego scrollowania fikcji:

„Człowiek zaczął składać się jedynie z mózgu i palca potrzebnego do scrollowania. Przestał radzić sobie z podstawowymi czynnościami, przestał zupełnie panować nad swoim ciałem”.

To ironiczne echo Vonnegutowskiej diagnozy z „Pianoli”: automatyzacja nie kończy się jednak buntem robotów, lecz utratą sensu przez ludzi, dla których cyfrowa fikcja staje się bardziej realna od fizjologii. Zanim jednak do tego doszło, ludzkość „nadużywająca abstrakcji” próbowała zakotwiczyć się w rzeczywistości poprzez monstrualne powiększanie swoich cech fizycznych – ust, piersi, rzęs. Fragment o ludziach, którym „przybywa pośladków, ud, bioder, piersi”, brzmi jak groteskowe rozwinięcie estetyki Instagrama i TikToka, gdzie ciało staje się jednocześnie produktem i ostatnim dowodem istnienia. „Nowe kotwice rzeczywistości” – tak o nich pisze autorka – to rozpaczliwa próba odzyskania ciężaru właściwego, która kończy się powstaniem biologicznych karykatur. Ostatecznie człowiek stał się „zwichniętym zawiasem” w wielkiej maszynie nieistnienia albo surowcem, przy czym jeśli na przykład w „Drodze” McCarthy’ego kanibalizm był ostatecznym dowodem upadku człowieka, u Kozłowskiej degradacja idzie dalej. Tu ludzka pacha staje się składnikiem bulionu, półżywe istoty pełnią funkcję strachów na wróble, a zdrowe kończyny są amputowane dla czystej, estetycznej niemal satysfakcji lokalnego konowała. Oto horror jako świadectwo zużycia – ostatni etap cywilizacji, która przewartościowała technologię i utraciła z nią kontrakt. W tym sensie autorka odnawia w duchu posthorroru pytanie McLuhana: co staje się z człowiekiem, gdy medium pochłania nie tylko percepcję, lecz i jego fizyczność?

Choć ludzie „wylogowali się” z istnienia, zostawiając po sobie gnijące ciała, które w procesie „torfowienia” stają się częścią krajobrazu, to pozostały po nich świat nie jest u Kozłowskiej pustynią. To tętniący życiem, surrealistyczny karnawał, w którym mityczne stwory przejmują schedę po homo sapiens. Strzyga gospodarzy na farmie, a wampir nie jest już arystokratą nocy, lecz kronikarzem upadku, czytelnikiem Freuda i fanem popkultury lat 90. Mary Lou i Diuk rozpoznają w zachowaniach swoich parobków echa westernowych klisz; bohaterowie, pozbawieni własnej tożsamości, „porozumiewają się strzępkami kodu, który lata temu przestał być adekwatny”. Kozłowska piętnuje tym samym nie tyle kulturę masową, ile jej niezdolność do zapominania: w jej świecie fikcje i symulakra nadal krążą, trwają. Tu ujawnia się największe pokrewieństwo Kozłowskiej z Gombrowiczem: przekonanie, że język, który stracił kontakt z doświadczeniem, staje się farsą. Jednak w przeciwieństwie do Gombrowicza, autorka nie szuka ratunku w ironii. Jej styl jest poważny, organiczny, autorka celowo zderza wysoki rejestr z groteskowymi obrazami, a metafory przypominają mutacje: rodzą się z połączeń pozornie niemożliwych, zderzają porządki estetyczne i kulturowe, mieszają popkulturę z mitologią, groteskę z elegią. To proza świadomie nadmiarowa, operująca estetyką przesytu.

Prosektorium cywilizacji

Autorka konstruuje świat po katastrofie, w którym tradycyjne opozycje – życie i śmierć, natura i technologia, realizm i magia – ulegają zatarciu. „Czas pokaże” jest już literaturą po katastrofie sensu, prosektorium cywilizacji. Wprowadzenie postaci „prawdziwego człenia”, Karola Pytanko, jest genialnym ruchem dekonstrukcyjnym. Czytelnik przyzwyczajony do konwencji spodziewa się bohatera, który odwróci bieg historii, tymczasem Kozłowska każe mu zniszczyć instrukcję ratowania świata w ostatecznym geście negacji. Ludzkość nie zasługuje na ratunek, bo sama z siebie zrezygnowała. „Czas pokaże” wpisuje się w ten sposób w nurt antykatastroficzny – w świecie przesyconym epopejami o końcu, proponuje koniec nieefektowny, cielesny i zwyczajny. „Jak będzie? Czas pokaże” – to zdanie nie jest wyrazem nadziei, lecz wzruszeniem ramion nad zgliszczami ludzkości.

W tym sensie „Czas pokaże” przypomina raczej filozoficzną satyrę Vonneguta niż klasyczne science fiction, zwłaszcza że autorka konsekwentnie podważa wszelką wzniosłość katastrofy. Obok rozkładu, amputacji i półżywych ciał pojawia się absurdalny humor, niemal karnawałowa groteska – logiczna konsekwencja świata pozbawionego ontologicznego centrum. Zwłaszcza McCarthy wydaje się tutaj istotnym duchowym patronem, ale nie przez stylistyczne podobieństwo, lecz przez sposób myślenia o postludzkości. Jeśli w „Drodze” świat konał jeszcze w popiołach metafizyki, u Kozłowskiej metafizyka została już dawno zutylizowana razem z człowiekiem. Pozostało jedynie gnijące mięso, automatyczne odruchy i resztki kulturowych cytatów unoszących się nad krajobrazem niczym popiół po wymarłej cywilizacji.

Czytając „Czas pokaże”, trudno oprzeć się wrażeniu, że autorka nie opisuje przyszłości, lecz teraźniejszość i stawia diagnozę kultury, która już utraciła zdolność rozróżniania między realnością i symulakrami, a ciało – ostatni bastion realności – zostało upokorzone przez własną nadmiarowość. Jak u McCarthy’ego, świat Kozłowskiej jest pozbawiony Boga, ale nie sensu; jak u Vonneguta, katastrofa rodzi śmiech, lecz śmiech zaciśniętego gardła; jak u Gombrowicza, forma rozpada się, lecz w tym rozpadzie rodzi się świadomość. Autorka zbiera odłamki minionych narracji: Steinbeckowską etykę pracy, popkulturowe klisze czy Nolanowską obsesję czasu, budując z nich mit utraty początku. Świat po katastrofie trwa nadal pozbawiony ludzkości, sensu czy metafizycznej nadziei.

„Czas pokaże” to lektura wymagająca i intelektualnie stymulująca. Książka ma ledwie 136 stron, co czyni ją idealną dla osób ceniących intensywność przekazu nad epicki rozmach. To literatura przekraczająca granice gatunku – eksperymentalna w duchu, klasyczna w ambicji, bezwstydnie cielesna i zarazem głęboko filozoficzna, będąca tak naprawdę metaliterackim traktatem o utracie realności. W literackim ekosystemie Kozłowska zajmuje niszę, w której spotykają się brawura językowa z bezlitosną diagnozą społeczną.Dla wielbicieli literatury eksperymentalnej, szukających w prozie czegoś więcej niż tylko rozrywki, „Czas pokaże” będzie wspaniałym doświadczeniem. Dla mnie zdecydowanie takim była!

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *