Między ambicją a niedosytem. Krytyczne spojrzenie na „Ziemianki” Marty Strzeleckiej

Po spektakularnym sukcesie Chłopek Joanny Kuciel-Frydryszak polski reportaż historyczny wszedł w nową fazę zainteresowania historią kobiet z niższych warstw społecznych. W ten trend wpisują się Ziemianki. Co panie z dworów łączyło z chłopkami Marty Strzeleckiej – książka, która miała pokazać drugą stronę społecznej układanki, dostrzec historię kobiet nie z perspektywy chaty, lecz dworu. To publikacja ważna, ambitna i oparta na obszernym materiale źródłowym, a jednocześnie pozostawia po sobie zaskakująco silne poczucie niedosytu. Im dłużej się nad nią zastanawiać, tym wyraźniej widać, że największym problemem Ziemianek nie jest warstwa merytoryczna, lecz narracyjna.

Pierwsze zastrzeżenie pojawia się już na poziomie konstrukcji projektu. Podtytuł: Co panie z dworów łączyło z chłopkami sugeruje szeroką analizę relacji między dwiema grupami społecznymi, które przez stulecia współtworzyły polską wieś. Czytelnik spodziewa się panoramy społecznej, opowieści o wzajemnych zależnościach, konfliktach, solidarności i napięciach, osobistych historii, anegdot. Tymczasem rzeczywistą “bohaterką” książki okazuje się przede wszystkim… Szkoła Ziemianek w Nałęczowie oraz środowisko kobiet związanych z tą instytucją. Sama autorka uczciwie informuje o tym już we wprowadzeniu, ale nie zmienia to faktu, że zakres narracji jest znacznie węższy niż sugeruje okładka. Trudno mi oceniać, czy wydawca celowo wybrał taką strategię marketingową, ale w rezultacie czytelnik otrzymuje raczej mikrohistorię konkretnego środowiska niż syntetyczną opowieść o relacjach ziemiańsko-chłopskich, której się spodziewa.

Najmocniejszą stroną książki jest ogrom wykonanej pracy badawczej. Strzelecka korzysta ze wspomnień, pamiętników, listów, fotografii, artykułów prasowych i dokumentów organizacyjnych. Materiał źródłowy jest imponujący, a sposób jego opracowania świadczy o rzetelności badawczej. Paradoksalnie na tym polega największy problem książki: autorka pozostaje przede wszystkim badaczką – archiwistką i historyczką kultury, a znacznie rzadziej staje się narratorką. Nawet gdy przywołuje mocne obrazy, zestawia je raczej opisowo niż interpretacyjnie, przez co emocjonalny ciężar materiału słabnie. Kolejne rozdziały przypominają starannie opracowane eseje tematyczne lub rozdziały monografii naukowej. Otrzymujemy informacje o modzie, edukacji, działalności społecznej, organizacjach kobiecych, patriotyzmie, religijności, zwyczajach i gospodarowaniu. Wszystko to jest interesujące – zwłaszcza dla mnie jako antropolożki i historyczki, lecz momentami ma się wręcz wrażenie obcowania z rozbudowanym referatem historycznym, którego celem jest uporządkowanie materiału, a nie stworzenie angażującej opowieści.

Najbardziej zaskakujące jest to, że książka poświęcona kobietom nie potrafi uczynić ich pełnoprawnymi bohaterkami. Przez niemal dwieście stron przewija się wiele postaci: nauczycielek, działaczek społecznych, uczennic, organizatorek kursów gospodarczych. Poznajemy ich biografie, działalność i poglądy, ale nie poznajemy ich naprawdę. Brakuje scen, które pozwoliłyby zobaczyć je jako kobiety z krwi i kości: emocje, konflikty wewnętrzne, ambicje czy rozczarowania pozostają najczęściej w tle. Po zakończeniu lektury czytelnik pamięta funkcjonowanie instytucji, lecz ma trudność z przypomnieniem sobie konkretnych bohaterek. To poważny problem w reportażu historycznym, który powinien przede wszystkim przywracać pamięć o ludziach.

Jedną z najczęściej podkreślanych zalet książki jest jej niejednoznaczność. Strzelecka pokazuje, że ziemianki były jednocześnie beneficjentkami systemu klasowego i ofiarami patriarchatu, pragnęły emancypacji, ale nie rewolucji, wspierały edukację kobiet, pozostając wierne konserwatywnemu modelowi rodziny. Będąc zależne od mężczyzn, jednocześnie próbowały wpływać na życie innych kobiet. W wielu miejscach autorka stawia znakomite pytania: czy szkoły ziemianek rzeczywiście pomagały chłopkom, czy były narzędziem emancypacji czy raczej kontroli społecznej, czy kobieca solidarność była silniejsza od podziałów klasowych? Problem polega na tym, że autorka bardzo często na zadawaniu pytań poprzestaje.

Porównania do książki Kuciel-Frydryszak są nieuniknione i napiszę to bez najmniejszej wątpliwości: pod wieloma względami Ziemianki są publikacją dojrzalszą intelektualnie. Strzelecka unika uproszczeń, nie tworzy jednoznacznego podziału na ofiary i sprawców, nie buduje historii wokół moralnego oskarżenia. Jednocześnie właśnie dlatego jej książka przegrywa pod względem literackim. Chłopki miały wyraźny konflikt, emocjonalne napięcie i narracyjną energię. Można zarzucać im uproszczenia, ale trudno odmówić siły oddziaływania. Ziemianki są bardziej wyważone, lecz mniej poruszające.

Kolejnym problemem jest ton narracji. Autorka nie ukrywa paternalizmu ziemianek. Pisze o ich przekonaniu, że chłopki należy wychowywać, prowadzić i “cywilizować”. Pokazuje ich przywiązanie do hierarchii społecznych oraz konserwatywnego modelu świata. Jednak sposób opowiadania o tych zjawiskach pozostaje zaskakująco łagodny. Momentami można odnieść wrażenie, że Strzelecka bardziej tłumaczy swoje bohaterki niż poddaje je krytycznej analizie. Najbardziej widoczne jest to wtedy, gdy opisuje działalność dobroczynną ziemianek. Autorka wielokrotnie wskazuje na paternalizm tych działań, ale rzadziej pyta o ich rzeczywistą skuteczność czy ukryte mechanizmy reprodukcji nierówności społecznych. W efekcie książka sprawia wrażenie nieco zbyt życzliwej wobec własnych bohaterek.

Największym rozczarowaniem pozostaje jednak finał. Po kilkuset stronach materiału czytelnik oczekuje podsumowania, syntezy, próby odpowiedzi na pytania zadane na początku książki. Epilog nie daje satysfakcjonującego domknięcia ani mocnego podsumowania wniosków, które wybrzmiałyby po całym tomie. Zamiast finału, który syntetyzowałby znaczenie szkoły, postaw i napięć klasowych, dostajemy raczej spokojne wygaszenie narracji, zgodne z całą książką, ale przez to mało wyraziste. Nie pojawia się mocna konkluzja, książka po prostu się kończy, pozostawiając pytanie, które autorka stawia już we wprowadzeniu: co właściwie łączyło panie z dworów z chłopkami? Odpowiedź istnieje, ale jest rozproszona po całej książce i nigdy nie zostaje wyraźnie sformułowana.

Ziemianki to książka książka ważna, rzetelna i potrzebna, lecz zbyt często przypominająca pracę popularnonaukową, a zbyt rzadko reportaż, który potrafi porwać czytelnika. Marta Strzelecka wykonała ogromną pracę badawczą i stworzyła ważne uzupełnienie współczesnej debaty o historii kobiet, nie udało jej się jednak zamienić zgromadzonego materiału w opowieść równie żywą i przejmującą, jak sugerowałby potencjał tematu. Autorka jest kompetentna, uważna i konsekwentna, ale jej styl pozostaje wyraźnie zdystansowany. To styl badaczki porządkującej materiał, nie zaś reporterki, która potrafi wydobyć napięcie z pojedynczej sceny, co szczególnie razi tam, gdzie książka dotyka doświadczeń potencjalnie bardzo nośnych: samotności, ambicji, frustracji, społecznych aspiracji czy klasowego upokorzenia. Z pewnością ten tytuł pozostanie cennym źródłem badawczym, ale nie miał szansy trafić w gusta szerokiego grona czytelników tak, jak zrobiły to Chłopki. Najuczciwiej byłoby powiedzieć, że Strzelecka napisała solidną książkę historyczno-regionalną o nałęczowskiej szkole ziemianek i o kobietach wpisanych w jej orbitę, a nie szeroką, emocjonalnie nośną opowieść o relacjach dworu i wsi.

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *