Są książki rodzinne, które pozostają wyłącznie prywatnym archiwum wspomnień. Zdarzają się też takie, które wykorzystują historię rodziny jako soczewkę skupiającą doświadczenie całych pokoleń. Dziady i dybuki Jarosława Kurskiego należą zdecydowanie do tej drugiej kategorii. To jedna z najbardziej ambitnych polskich książek non-fiction ostatnich lat – monumentalna opowieść o pamięci, asymilacji, polsko-żydowskiej tożsamości, ziemiaństwie kresowym, wojnie i Holocauście oraz o tym, w jaki sposób przeszłość potrafi nawiedzać kolejne pokolenia niczym tytułowe dybuki.
Formalnie jest to książka trudna do jednoznacznego sklasyfikowania. Łączy cechy reportażu historycznego, eseju, autobiografii, sagi rodzinnej i śledztwa genealogicznego. Kurski rozpoczyna od historii matki i rodzinnych tajemnic, by stopniowo rozplątywać sieć powiązań prowadzących przez Gdańsk, Koszyłowce, Tarnopol, Lwów, Londyn i Nowy Jork. Punktem wyjścia jest osobiste pytanie o pochodzenie, lecz szybko okazuje się, że odpowiedź wymaga zanurzenia się w historię Europy Środkowo-Wschodniej ostatnich stu pięćdziesięciu lat. Już w pierwszych rozdziałach autor sygnalizuje, że będzie to opowieść nie tyle o przodkach, ile o mechanizmach pamięci i przemilczenia, które kształtowały jego rodzinę przez dziesięciolecia.
Największą siłą książki pozostaje umiejętność połączenia mikrohistorii z historią wielką. Kurski pokazuje, że dzieje jego rodziny nie są wyjątkowe dlatego, że wydarzyło się w nich coś niezwykłego, lecz skupiają w sobie niemal wszystkie najważniejsze doświadczenia XX wieku: asymilację żydowskiej inteligencji, ziemiaństwo kresowe, narodziny nowoczesnych nacjonalizmów, wojny światowe, emigrację i powojenne przesiedlenia. Rodzinne archiwum staje się archiwum epoki. W tym sensie Dziady i dybuki wpisują się w tradycję takich książek jak Rzeczy, których nie wyrzuciłem Marcina Wichy czy Fałszerze pieprzu Moniki Sznajderman, przy czym najbliżej im do tej drugiej pozycji. Podobnie jak Sznajderman, Kurski nie rekonstruuje wyłącznie rodzinnej historii, lecz przede wszystkim bada mechanizmy wymazywania, przemilczania i przekształcania pamięci. Interesuje go nie tylko to, co się wydarzyło, lecz dlaczego przez lata nie wolno było o tym mówić. Szczególnie interesujący jest motyw dziedziczonego wyparcia: tytułowe dybuki funkcjonują tu nie jako element folkloru żydowskiego, lecz metafora nieprzepracowanej przeszłości. Duchy przodków nawiedzają bohaterów dlatego, że nigdy naprawdę nie zostały wysłuchane.
Ogromne wrażenie zrobił na mnie warsztat autora. Kurski wykonuje pracę niemal detektywistyczną: przekopuje archiwa, analizuje listy, pamiętniki, wspomnienia, dokumenty urzędowe i publikacje naukowe. Ta dokumentacyjna skrupulatność sprawia, że książka posiada ogromną wartość poznawczą przy jednoczesnym unikaniu akademickiego dystansu. W centrum narracji pozostaje emocjonalna stawka całego przedsięwzięcia: próba zrozumienia własnych korzeni i rodziny. Pojawia się tu jednak pierwszy mankament książki, mianowicie nadmiar materiału. Autor zgromadził tak ogromną liczbę źródeł, że narracja miejscami traci rytm. Czytelnik, śledząc bardzo rozbudowane koligacje rodzinne, które nie zawsze mają jednakową wagę dla głównej opowieści, może poczuć się przytłoczony i znużony. To problem typowy dla książek opartych na wieloletnich badaniach: piszący nie zawsze potrafi selekcjonować materiał źródłowy i zrezygnować z mniej istotnych odkryć. Pracując nad tego typu książkami, wielokrotnie napotykałam na ten problem i moim zadaniem było pomóc autorom w tej selekcji.
Kolejny problem, choć związany z nadmiarem materiału, to – paradoksalnie – styl autora. Niektóre partie eseistyczne, choć interesujące, spowalniają narrację i przesuwają ciężar z doświadczenia bohaterów na historyczne komentarze, w efekcie książka momentami bardziej przypomina rozbudowaną rozprawę historyczną. Kurski pozostaje znakomitym badaczem własnej rodziny, ale nie zawsze równie przekonującym bohaterem własnej opowieści. Paradoksalnie ciekawsi bywają jego przodkowie, podczas gdy sam narrator schodzi na dalszy plan. Szczególnie w partiach genealogicznych czytelnik może chwilowo zgubić emocjonalną stawkę opowieści, ponieważ na pierwszy plan wysuwają się fakty historyczne i rozbudowane sieci pokrewieństwa.
Sporym mankamentem jest nierównowaga pomiędzy poszczególnymi wątkami. Jednym z najciekawszych bohaterów książki jest Lewis Namier (Ludwik Bernstein-Niemirowski) – wybitny historyk i intelektualista pierwszej połowy XX wieku, którego losy zajmują znaczną część narracji. Rozdziały poświęcone Namierowi należą do najbardziej fascynujących fragmentów książki, ponieważ pokazują historię Europy z perspektywy jednostki zawieszonej pomiędzy kulturami, narodami i językami. Ta historia posiada dramaturgię niemal powieściową, podczas gdy niektóre inne postacie pojawiają się na chwilę i znikają, pozostawiając niedosyt. Moim zdaniem część rodzinnych opowieści aż prosi się o szersze rozwinięcie, lecz zostaje podporządkowana nadrzędnej narracji.
Największą wartością tej książki jest świadomość, że genealogia nie służy tu budowaniu rodzinnej legendy, lecz rozbijaniu mitów, odkrywaniu przemilczeń i stawianiu niewygodnych pytań. Kurski stworzył nie tylko sagę rodzinną, ale również opowieść o Europie Środkowo-Wschodniej jako przestrzeni nieustannych migracji, zmian tożsamości i pamięci, która nigdy nie daje o sobie zapomnieć. To książka miejscami zbyt obszerna i nierówna, ale mimo to jej autor udowadnia, że historia rodzinna może stać się narzędziem opowiadania o losach całego regionu i całego stulecia. Warto odnotować, że książka zdobyła tytuł Książki Roku „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI”.
