Jest taki sposób opowiadania o PRL, który narodził się długo po upadku komunizmu. Składają się na niego obrazy wywołujące pewnego rodzaju sentymentalną tęsknotę, jak zakupy w Pewexie, wyjazdy na wakacje maluchem, meblościanka w każdym domu, pomarańcze z Kuby na święta i kilka seriali odtwarzanych dziś z mieszaniną nostalgii i pobłażliwości. Im dalej od 1989 roku, tym łatwiej Polska Ludowa zamienia się w osobliwy park tematyczny: trochę szary, trochę śmieszny, trochę absurdalny, ale coraz mniej groźny.
Przeciwko takiemu mechanizmowi pamięci występuje Krzysztof Drozdowski w „Aferach, skandalach, morderstwach”. We wstępie pisze o romantyzowaniu PRL-u i przeciwstawia nostalgicznym wspomnieniom pytanie o to, czym właściwie żyli Polacy za Bieruta, Gomułki i Gierka. Sam pomysł jest bardzo nośny: czytelnik, który nie zna dziejów PRL albo zna je głównie z rodzinnych wspomnień, otrzymuje zestaw historii pozwalających zajrzeć za fasadę oficjalnego obrazu Polski Ludowej.
Autor słusznie zaznacza, że przestępczość i patologie nie znikały tylko dlatego, że system polityczny próbował kontrolować język, jakim o nich mówiono. Na niewiele ponad dwustu stronach Drozdowski umieszcza dwadzieścia osiem takich historii, dzieląc je zgodnie z tytułem na „afery”, „skandale” i „morderstwa”. Wśród omawianych tematów znajdują się między innymi: wybuch w bydgoskim Zachemie z 1952 roku, afery gospodarcze, sprawy szpiegowskie, skandale obyczajowe, morderstwa popełnione przez ówczesnych zwyrodnialców i sprawa księdza Jerzego Popiełuszki. Powstaje z tego imponujący gabinet osobliwości Polski Ludowej – i tu znajduje się zarówno największy potencjał, jak i podstawowa słabość książki.
Drozdowski intuicyjnie trafia na bardzo ciekawy przedmiot badań: społeczne życie informacji w państwie kontrolującym informację. To temat znacznie ciekawszy niż same afery. W PRL-u plotka pełniła przecież szczególną funkcję. W systemie cenzury i ograniczonego dostępu do informacji to, o czym oficjalne media milczały, nie przestawało istnieć. Przeciwnie: zaczynało krążyć innymi kanałami. Opowiadano sobie o romansach gwiazd, przestępstwach, przywilejach władzy, korupcji, katastrofach. Historia tego, czym żyła ówczesna Polska, mogłaby więc stać się historią alternatywnego obiegu informacji. W tym kontekście bardzo dobrze działa początek opowieści o katastrofie w bydgoskim Zachemie: sprawa łączy lokalność, katastrofę przemysłową, tajemnicę, państwową kontrolę informacji i pamięć społeczną. Wybuch z listopada 1952 roku zniszczył 132 budynki, pozostawił osiemdziesięciometrowy krater, zabił piętnaście osób i ranił osiemdziesiąt cztery. Znacznie ważniejsze dla obrazu epoki okazuje się jednak to, co następuje później: rannych rozmieszczano w szpitalu tak, aby utrudnić im rozmowy, pilnowali ich wartownicy, śledztwo utajniono, a trzy miesiące później przeprowadzono pokazowy proces przed odpowiednio dobraną publicznością.
Podobnie dzieje się w historii afery mięsnej. Drozdowski przypomina gigantyczną skalę śledztwa, ponad czterystu zatrzymanych i proces Stanisława Wawrzeckiego, prowadzony w trybie doraźnym, który uniemożliwiał normalną procedurę odwoławczą i pozwalał orzec karę śmierci. Szczególnie mocne są jednak nie liczby, lecz przywołane przez autora świadectwo współwięźnia Wawrzeckiego: opowieść o człowieku oczekującym na egzekucję, który prosi o papierosa i – według relacji – w jednej chwili siwieje. To jeden z momentów, w których Drozdowski pozwala źródłu pracować. Umiejętność wyboru konkretu jest zaletą tej książki i Drozdowski rozumie, że historia popularna potrzebuje szczegółu: nazwiska, miejsca, przedmiotu, daty, sytuacji, cytatu lub sceny. Dzięki temu tematy, które w podręczniku mogłyby pozostać abstrakcyjne, zyskują ludzki wymiar.
Problem pojawia się później. Książka przechodzi od katastrofy przemysłowej do afer gospodarczych, od działalności wywiadu do romansów gwiazd, a następnie do seryjnych morderców i politycznych zabójstw. Taki układ zapewnia różnorodność, ale osłabia kompozycję. Czytelnik nie otrzymuje odpowiedzi, czy ma czytać tę książkę raczej jako panoramę życia społecznego PRL-u, czy może zbiór reportaży kryminalnych, historię ukrywania przestępczości w systemie autorytarnym albo opowieść o mechanizmach władzy, mediów i propagandy. Autor deklaruje, że wyboru dokonał subiektywnie, kierując się własnym zainteresowaniem oraz potencjałem tematów do rozwinięcia w osobnych książkach. To uczciwe wyjaśnienie, ale zarazem ujawnia słabość metody: subiektywność nie została przełożona na wyraźną tezę.
Drozdowski pisze lekko i przystępnie, tak aby książka była dostępna zarówno dla czytelnika zaawansowanego, jak i osoby dopiero zaczynającej kontakt z historią. Ten cel jest zrozumiały i w dużej części osiągnięty. Autor nie buduje barier terminologicznych i nie wymaga od czytelnika specjalistycznej wiedzy. Przystępność nie powinna jednak oznaczać rezygnacji z analizy historycznej. W publikacji o aferach i zbrodniach szczególnie ważne są pytania o kontekst: jak działała cenzura, które informacje przedostawały się do prasy, czym różniła się propaganda od przemilczenia, jak organy ścigania prowadziły postępowania, w jaki sposób państwo wykorzystywało procesy pokazowe czy wreszcie jak zmieniała się pamięć o poszczególnych sprawach po 1989 roku. Tymczasem książka często zatrzymuje się na poziomie samego wydarzenia – to poziom użyteczny dla krótkiego artykułu czy podcastu, ale niewystarczający dla książki historycznej. Czytelnik dostaje fakty, nazwiska i sensacyjne szczegóły, lecz nie narzędzia, żeby zrozumieć, co te sprawy mówią o państwie i społeczeństwie. Szczególnie widoczne jest to w zestawieniu wydarzeń o zupełnie różnym ciężarze gatunkowym, gdzie język książki bywa podporządkowany logice sensacji. Blogi czy podcasty rządzą się nieco innymi prawami, ale w książce historycznej czy popularnonaukowej zawsze należy pamiętać o tym, by nie robić z ofiar i sprawców tabloidowego widowiska.
Dobór materiału jest zarazem mocną i słabą stroną książki. Znalazły się w niej sprawy, które rzeczywiście pozwalają zobaczyć różne oblicza PRL, a więc kontrolę przepływu informacji, korupcję, deficyt gospodarki centralnie planowanej, związki aparatu państwa ze światem przestępczym, działania wywiadu i kontrwywiadu, propagandowe wykorzystanie procesów, obyczajowość, przestępczość. Moim zdaniem pod katalogiem afer kryje się znacznie ciekawsza książka o patologii instytucjonalnej: o prawie używanym instrumentalnie, o cenzurze i propagandzie, o służbach i uprzywilejowanych elitach, o granicy między przestępczością pospolitą a państwową i wreszcie o systemie, który próbował decydować nie tylko o tym, co wolno robić, ale także o tym, co i komu wolno wiedzieć (oraz powiedzieć). Szkoda, że autor nie zdecydował się pójść właśnie w tę stronę, bo materiał byłby wystarczający. Powodem moim zdaniem była przede wszystkim konstrukcja.
Każdy kolejny podrozdział uruchamia niemal ten sam mechanizm: przedstawienie bohatera lub wydarzenia, krótki kontekst, chronologiczna relacja, kilka cytatów lub ciekawostek, finał i następna historia. To sprawia, że książka znakomicie nadaje się do czytania wyrywkowego, gorzej zaś funkcjonuje jako całość. Czytelnik dowiaduje się wielu rzeczy, lecz trudno będzie mu zrozumieć, co je ze sobą łączy. Jest to szczególnie widoczne przy przejściu od pierwszej części do drugiej. Obok historii służb specjalnych czy wielkich afer gospodarczych pojawiają się Kalina Jędrusik, romans Maryli Rodowicz i Daniela Olbrychskiego, wybory miss czy kulisy „Znachora”. Autor zauważa przy okazji Jędrusik, że mimo braku internetu i kontrolowanego przekazu radiowo-telewizyjnego cała Polska huczała od plotek. I to jest kapitalny punkt wyjścia do głębszych rozważań i zadania pytań. Jak działa plotka w państwie autorytarnym? Jaką władzę dawała popularność? Jak system reagował na seksualność wymykającą się oficjalnemu modelowi obyczajowemu? Czy gwiazdy tworzyły obszar częściowej autonomii? Drozdowski żadnego z tych pytań nie rozwija, toteż w rezultacie zamiast historii obyczajowości dostajemy niewiele więcej niż anegdotę biograficzną. Nie byłby to zarzut, gdyby autor otwarcie deklarował książkę jako zbiór anegdot i ciekawostek. Literatura popularnonaukowa nie musi przecież udawać monografii akademickiej. Problem leży jednak gdzie indziej.
„Afery, skandale, morderstwa” ustawiają się jednocześnie w dwóch porządkach. Z jednej strony korzystają z aparatu historyka: dokumentów, relacji, opracowań, archiwum autora. Z drugiej – bardzo swobodnie czerpią ze źródeł internetowych i medialnych o skrajnie różnej jakości. W przypisach obok Andrzeja Friszkego, materiałów IPN czy reportaży Barbary Seidler pojawiają się media plotkarskie i tabloidy. Samo wykorzystanie źródła popularnego nie jest, rzecz jasna, błędem. Jeśli przedmiotem analizy jest recepcja medialna, plotka czy wizerunek gwiazdy, tabloid może być wręcz źródłem pierwszorzędnym, tyle że wypada powiedzieć czytelnikowi, jakiego rodzaju świadectwem jest dane źródło. A tego rozróżnienia w książce brakuje. Materiały archiwalne, wspomnienia, opracowania historyczne, reportaż, artykuł prasowy i portal rozrywkowy są wprowadzane do narracji na równych prawach. Aparat źródłowy sprawia więc wrażenie bogatego, ale jego hierarchizacja i krytyka pozostają niewystarczające. To już nie jest problem stylistyczny, lecz metodologiczny.
Najwyraźniej ujawnia się on tam, gdzie autor wkracza na teren historii niewyjaśnionej. Dobrym przykładem jest rozdział o zabójstwie księdza Jerzego Popiełuszki, prowokacyjnie zatytułowany: „Męczeństwo za wiarę, śmierć za dolary?”. Drozdowski przywołuje alternatywną hipotezę Andrzeja Witkowskiego, według której Popiełuszko miał być przetrzymywany i torturowany dłużej niż wynika to z oficjalnej rekonstrukcji. Następnie wiąże tę teorię z pieniędzmi Solidarności przechowywanymi w bydgoskiej bazylice i pyta, czy tortury mogły służyć wydobyciu informacji o miejscu ich ukrycia. Dalej pojawiają się zgony osób związanych ze sprawą oraz informacja pochodząca od pewnej osoby, która nie chce ujawnić nazwiska. Rozdział kończy seria pytań: czy Popiełuszko był torturowany dla pieniędzy, czy wiedzieli o tym mocodawcy Piotrowskiego, czego boi się informator i komu nadal zależy na nieujawnianiu prawdy. To bardzo problematyczny sposób budowania narracji historycznej. Autor oczywiście nie twierdzi wprost, że hipoteza jest prawdziwa, ale samo zestawienie faktów, niezweryfikowanych relacji, przypadków i sugestywnych pytań tworzy określony ciąg przyczynowo-skutkowy w głowie czytelnika. Retorycznie działa niemal tak samo jak teza, pozwalając jednocześnie zachować formalne zastrzeżenie: „Przecież ja tylko pytam”. Przy sprawach niewyjaśnionych potrzebny jest dokładnie odwrotny ruch: im bardziej sensacyjna hipoteza, tym wyższy powinien być próg dowodowy. A Drozdowski chwilami ten próg obniża.
I tu dochodzimy do głównego problemu książki. Autor chce walczyć z nostalgicznym, wygładzonym obrazem PRL-u, ale wybiera do tego narzędzie, które również deformuje obraz epoki, mianowicie sensacyjność. Już tytuły podrozdziałów mówią wiele: „Baletnice do burdeli”, „Aktor socjopata”, „Jak smakuje ludzkie mięso?”, „Szatan z Piotrkowa”, „Zamurowali dzieciaka”. Mocny tytuł może być znakomitym narzędziem popularyzacji. Problem zaczyna się wtedy, gdy sensacyjność przestaje być opakowaniem, a zaczyna organizować selekcję rzeczywistości.
Szczególnie wyraźnie widać to w części kryminalnej, przed której lekturą autor przestrzega osoby niepełnoletnie i wrażliwe (słusznie, również na to uczulam, materiały zdjęciowe także nie są przeznaczone dla dzieci i osób wrażliwych). Tyle że pojawia się zasadnicze pytanie: co właściwie czyni te zbrodnie opowieścią o Polsce Ludowej? Seryjni mordercy działali i działają w bardzo różnych systemach politycznych. Historycznie interesujące byłoby coś innego: gdyby czytelnik dowiadywał się, jak działała ówczesna kryminalistyka i kara śmierci, jakimi kategoriami psychiatrycznymi opisywano sprawców jak prasa przedstawiała sprawców, co cenzurowano i jak państwo zarządzało społecznym strachem? Ciekawe byłoby pokazanie, jak zmieniały się wyobrażenia o seksualności, patologii i odpowiedzialności. Wtedy true crime stałby się historią społeczną. Drozdowski pozostaje przy rekonstrukcji przestępstwa, w efekcie trzeci rozdział jest wprawdzie najmocniejszy emocjonalnie, ale najsłabiej związany z deklarowanym projektem opowieści o PRL-u. Znamienne, że znalazło się tu nawet zabójstwo Piotra Jaroszewicza i Alicji Solskiej z 1992 roku. Autor sam przyznaje, że doszło do niego już w III RP, ale uzasadnia obecność sprawy przypuszczeniem, że mogła mieć związek z wiedzą Jaroszewicza z okresu PRL. Granice książki okazują się więc podporządkowane atrakcyjności materiału bardziej niż jasno określonym kryteriom. A szkoda, ponieważ Drozdowski ma coś, czego wielu popularyzatorów historii nie posiada: wyczucie archiwalnego szczegółu. Potrafi dobrać detal, który uruchamia wyobraźnię, sceną czy cytatem rozbić suchą relację. Brakuje natomiast dalszego ciągu. Po pytaniu: „Co się wydarzyło?” zbyt rzadko następuje: „Co z tego wynika?” Zabrakło mi odautorskiej refleksji, choć zapewne autor widziałby tu raczej zaproszenie czytelnika do samodzielnej oceny. Moim zdaniem jest to jednak słabość konstrukcyjna.
Co ciekawe, Drozdowski wcale nie jest narratorem neutralnym. Przeciwnie – miejscami ocenia bardzo zdecydowanie. Pisząc o podpisaniu przez Wisławę Szymborską rezolucji Związku Literatów Polskich po procesie księży kurii krakowskiej, stwierdza, że poetka „nigdy nie poczuła potrzeby przeproszenia za ten haniebny czyn”, a następnie przywołuje w tej sprawie tekst Stanisława Krajskiego. Niezależnie od oceny samego epizodu, chciałabym zwrócić uwagę na coś innego: język historycznej rekonstrukcji nagle przechodzi w język oskarżenia moralnego. Podobnie w części kryminalnej narrator potrafi wyciągać wnioski wykraczające zarówno poza materiał, jak i poza kompetencje historyka, na przykład pisząc tak o Trynkiewiczu: „Jak widać jego popędy pedofilskie nie znikły, stąd słuszna jest obawa o to, że również jego mordercze zapędy byłyby kontynuowanie na wolności”. Narrator wchodzi w różne role i kompetencje: bywa archiwistą, reporterem, gawędziarzem, komentatorem, moralizatorem, a nawet śledczym przedstawiającym własne hipotezy. Każda z tych ról jest dopuszczalna, kłopot polega jednak na tym, że książka nie ustanawia między nimi wyraźnych granic.
Osobną kwestią pozostaje warstwa językowa i redakcyjna. Tutaj muszę powiedzieć szczerze: książka wymagała znacznie głębszej pracy. W tekście oraz notce okładkowej występują liczne błędy składniowe i interpunkcyjne, nieporadne konstrukcje i powtórzenia. Zdarzają się również lapsusy bibliograficzne – choćby przypis do materiału „Plejady” oznaczony datą dostępu „27.04.2027 r.” („Afery…” wydano w 2024 roku). W książce popularnonaukowej starannie opracowana warstwa językowa jest elementem wiarygodności i wartości merytorycznej. Jeśli autor prosi czytelnika, by zaufał mu w sprawach wymagających oceny dokumentów, zeznań i sprzecznych wersji wydarzeń, tekst w warstwie językowej powinien dawać poczucie podobnej staranności i rzetelności.
Nie chciałabym jednak sprowadzać „Afer, skandali, morderstw” do katalogu błędów, ponieważ jest w tej książce autentyczna ciekawość przeszłości i pasja, którą autor próbuje pokazać – oraz przekazać. Najlepsze fragmenty pokazują PRL nie jako abstrakcyjny system, ale mechanizm w działaniu: ubeków poszukujących sabotażystów po eksplozji fabryki, propagandę przejmującą incydent szpiegowski, wymiar sprawiedliwości urządzający pokazowy proces, obywateli próbujących poruszać się między oficjalnym przekazem a plotką. Jednak gdyby z autorem pracował dobry redaktor, mogłaby powstać znacznie lepsza książka. Wymagałoby to jednak selekcji materiału. Zamiast dwudziestu ośmiu historii – może dziesięć, zamiast kolejnej biograficznej ciekawostki – głębsza analiza mechanizmów, zamiast kilku stron o każdym seryjnym zabójcy – pytanie o to, jakim językiem Polska Ludowa mówiła o zbrodni, wreszcie zamiast sugestywnego pytajnika przy niezweryfikowanej hipotezie – dokładne opisanie, co wiemy, skąd to wiemy i czego udowodnić nie możemy. W obecnej postaci największą wadą „Afer, skandali, morderstw” jest to, że książka, która chce rozbić uproszczony obraz PRL-u, sama wprowadza inny uproszczony obraz na jego miejsce. Znika obraz sentymentalny, a pojawia się czarno-czerwony: szpiedzy, prostytucja, przekręty, romanse, seryjni mordercy i tajemnicze zgony. Prawda historyczna znajduje się gdzieś pomiędzy nimi – w mechanizmach, które sprawiały, że wszystkie te historie mogły wydarzyć się właśnie tak i właśnie wtedy. Drozdowski zebrał mnóstwo elementów potrzebnych do jej opowiedzenia. Największy niedosyt po lekturze pozostawiła mi decyzja o tym, by zbyt często zatrzymać się o krok przed tym, zanim z dobrej historii tabloidowej mogłaby zacząć powstawać dobra historia społeczna.
„Afery, skandale, morderstwa” to książka, której mocną stroną jest energia narracyjna, różnorodność tematów i zdolność do przyciągnięcia czytelnika. Słabością pozostaje fragmentaryczność: po lekturze pamiętamy pojedyncze sprawy, lecz trudniej powiedzieć, jaki zasadniczy obraz epoki wyłania się z ich zestawienia. Publikacja ma niewątpliwy potencjał popularyzatorski, ale jej największą słabością jest brak wyraźnego klucza interpretacyjnego: zamiast spójnej historii PRL otrzymujemy obszerny katalog spraw, które łączy przede wszystkim ich medialna atrakcyjność. „Afery, skandale, morderstwa” może być interesującym wprowadzeniem do mniej znanych lub zapomnianych wydarzeń. Zalecałabym PRL w gabinecie osobliwości
Jest taki sposób opowiadania o PRL, który narodził się znacznie później. Składają się na niego obrazy wywołujące pewnego rodzaju sentymentalną tęsknotę, jak zakupy w Pewexie, wyjazdy na wakacje maluchem, meblościanka w każdym domu, pomarańcze z Kuby na święta i kilka seriali odtwarzanych dziś z mieszaniną nostalgii i pobłażliwości. Im dalej od 1989 roku, tym łatwiej Polska Ludowa zamienia się w osobliwy park tematyczny: trochę szary, trochę śmieszny, trochę absurdalny, ale coraz mniej groźny.
Przeciwko takiemu mechanizmowi pamięci występuje Krzysztof Drozdowski w „Aferach, skandalach, morderstwach”. We wstępie pisze o romantyzowaniu PRL-u i przeciwstawia nostalgicznym wspomnieniom pytanie o to, czym właściwie żyli Polacy za Bieruta, Gomułki i Gierka. Sam pomysł jest bardzo nośny: czytelnik, który nie zna dziejów PRL albo zna je głównie z rodzinnych wspomnień, otrzymuje zestaw historii pozwalających zajrzeć za fasadę oficjalnego obrazu Polski Ludowej.
Autor słusznie zaznacza, że przestępczość i patologie nie znikały tylko dlatego, że system polityczny próbował kontrolować język, jakim o nich mówiono. Na niewiele ponad dwustu stronach Drozdowski umieszcza dwadzieścia osiem takich historii, dzieląc je zgodnie z tytułem na „afery”, „skandale” i „morderstwa”. Wśród omawianych tematów znajdują się między innymi: wybuch w bydgoskim Zachemie z 1952 roku, afery gospodarcze, sprawy szpiegowskie, skandale obyczajowe, morderstwa popełnione przez ówczesnych zwyrodnialców i sprawa księdza Jerzego Popiełuszki. Powstaje z tego imponujący gabinet osobliwości Polski Ludowej – i tu znajduje się zarówno największy potencjał, jak i podstawowa słabość książki.
Drozdowski intuicyjnie trafia na bardzo ciekawy przedmiot badań: społeczne życie informacji w państwie kontrolującym informację. To temat znacznie ciekawszy niż same afery. W PRL-u plotka pełniła przecież szczególną funkcję. W systemie cenzury i ograniczonego dostępu do informacji to, o czym oficjalne media milczały, nie przestawało istnieć. Przeciwnie: zaczynało krążyć innymi kanałami. Opowiadano sobie o romansach gwiazd, przestępstwach, przywilejach władzy, korupcji, katastrofach. Historia tego, czym żyła ówczesna Polska, mogłaby więc stać się historią alternatywnego obiegu informacji. W tym kontekście bardzo dobrze działa początek opowieści o katastrofie w bydgoskim Zachemie: sprawa łączy lokalność, katastrofę przemysłową, tajemnicę, państwową kontrolę informacji i pamięć społeczną. Wybuch z listopada 1952 roku zniszczył 132 budynki, pozostawił osiemdziesięciometrowy krater, zabił piętnaście osób i ranił osiemdziesiąt cztery. Znacznie ważniejsze dla obrazu epoki okazuje się jednak to, co następuje później: rannych rozmieszczano w szpitalu tak, aby utrudnić im rozmowy, pilnowali ich wartownicy, śledztwo utajniono, a trzy miesiące później przeprowadzono pokazowy proces przed odpowiednio dobraną publicznością.
Podobnie dzieje się w historii afery mięsnej. Drozdowski przypomina gigantyczną skalę śledztwa, ponad czterystu zatrzymanych i proces Stanisława Wawrzeckiego, prowadzony w trybie doraźnym, który uniemożliwiał normalną procedurę odwoławczą i pozwalał orzec karę śmierci. Szczególnie mocne są jednak nie liczby, lecz przywołane przez autora świadectwo współwięźnia Wawrzeckiego: opowieść o człowieku oczekującym na egzekucję, który prosi o papierosa i – według relacji – w jednej chwili siwieje. To jeden z momentów, w których Drozdowski pozwala źródłu pracować. Umiejętność wyboru konkretu jest zaletą tej książki i Drozdowski rozumie, że historia popularna potrzebuje szczegółu: nazwiska, miejsca, przedmiotu, daty, sytuacji, cytatu lub sceny. Dzięki temu tematy, które w podręczniku mogłyby pozostać abstrakcyjne, zyskują ludzki wymiar.
Problem pojawia się później. Książka przechodzi od katastrofy przemysłowej do afer gospodarczych, od działalności wywiadu do romansów gwiazd, a następnie do seryjnych morderców i politycznych zabójstw. Taki układ zapewnia różnorodność, ale osłabia kompozycję. Czytelnik nie otrzymuje odpowiedzi, czy ma czytać tę książkę raczej jako panoramę życia społecznego PRL-u, czy może zbiór reportaży kryminalnych, historię ukrywania przestępczości w systemie autorytarnym albo opowieść o mechanizmach władzy, mediów i propagandy. Autor deklaruje, że wyboru dokonał subiektywnie, kierując się własnym zainteresowaniem oraz potencjałem tematów do rozwinięcia w osobnych książkach. To uczciwe wyjaśnienie, ale zarazem ujawnia słabość metody: subiektywność nie została przełożona na wyraźną tezę.
Drozdowski pisze lekko i przystępnie, tak aby książka była dostępna zarówno dla czytelnika zaawansowanego, jak i osoby dopiero zaczynającej kontakt z historią. Ten cel jest zrozumiały i w dużej części osiągnięty. Autor nie buduje barier terminologicznych i nie wymaga od czytelnika specjalistycznej wiedzy. Przystępność nie powinna jednak oznaczać rezygnacji z analizy historycznej. W publikacji o aferach i zbrodniach szczególnie ważne są pytania o kontekst: jak działała cenzura, które informacje przedostawały się do prasy, czym różniła się propaganda od przemilczenia, jak organy ścigania prowadziły postępowania, w jaki sposób państwo wykorzystywało procesy pokazowe czy wreszcie jak zmieniała się pamięć o poszczególnych sprawach po 1989 roku. Tymczasem książka często zatrzymuje się na poziomie samego wydarzenia – to poziom użyteczny dla krótkiego artykułu czy podcastu, ale niewystarczający dla książki historycznej. Czytelnik dostaje fakty, nazwiska i sensacyjne szczegóły, lecz nie narzędzia, żeby zrozumieć, co te sprawy mówią o państwie i społeczeństwie. Szczególnie widoczne jest to w zestawieniu wydarzeń o zupełnie różnym ciężarze gatunkowym, gdzie język książki bywa podporządkowany logice sensacji. Blogi czy podcasty rządzą się nieco innymi prawami, ale w książce historycznej czy popularnonaukowej zawsze należy pamiętać o tym, by nie robić z ofiar i sprawców tabloidowego widowiska.
Dobór materiału jest zarazem mocną i słabą stroną książki. Znalazły się w niej sprawy, które rzeczywiście pozwalają zobaczyć różne oblicza PRL, a więc kontrolę przepływu informacji, korupcję, deficyt gospodarki centralnie planowanej, związki aparatu państwa ze światem przestępczym, działania wywiadu i kontrwywiadu, propagandowe wykorzystanie procesów, obyczajowość, przestępczość. Moim zdaniem pod katalogiem afer kryje się znacznie ciekawsza książka o patologii instytucjonalnej: o prawie używanym instrumentalnie, o cenzurze i propagandzie, o służbach i uprzywilejowanych elitach, o granicy między przestępczością pospolitą a państwową i wreszcie o systemie, który próbował decydować nie tylko o tym, co wolno robić, ale także o tym, co i komu wolno wiedzieć (oraz powiedzieć). Szkoda, że autor nie zdecydował się pójść właśnie w tę stronę, bo materiał byłby wystarczający. Powodem moim zdaniem była przede wszystkim konstrukcja.
Każdy kolejny podrozdział uruchamia niemal ten sam mechanizm: przedstawienie bohatera lub wydarzenia, krótki kontekst, chronologiczna relacja, kilka cytatów lub ciekawostek, finał i następna historia. To sprawia, że książka znakomicie nadaje się do czytania wyrywkowego, gorzej zaś funkcjonuje jako całość. Czytelnik dowiaduje się wielu rzeczy, lecz trudno będzie mu zrozumieć, co je ze sobą łączy. Jest to szczególnie widoczne przy przejściu od pierwszej części do drugiej. Obok historii służb specjalnych czy wielkich afer gospodarczych pojawiają się Kalina Jędrusik, romans Maryli Rodowicz i Daniela Olbrychskiego, wybory miss czy kulisy „Znachora”. Autor zauważa przy okazji Jędrusik, że mimo braku internetu i kontrolowanego przekazu radiowo-telewizyjnego cała Polska huczała od plotek. I to jest kapitalny punkt wyjścia do głębszych rozważań i zadania pytań. Jak działa plotka w państwie autorytarnym? Jaką władzę dawała popularność? Jak system reagował na seksualność wymykającą się oficjalnemu modelowi obyczajowemu? Czy gwiazdy tworzyły obszar częściowej autonomii? Drozdowski żadnego z tych pytań nie rozwija, toteż w rezultacie zamiast historii obyczajowości dostajemy niewiele więcej niż anegdotę biograficzną. Nie byłby to zarzut, gdyby autor otwarcie deklarował książkę jako zbiór anegdot i ciekawostek. Literatura popularnonaukowa nie musi przecież udawać monografii akademickiej. Problem leży jednak gdzie indziej.
„Afery, skandale, morderstwa” ustawiają się jednocześnie w dwóch porządkach. Z jednej strony korzystają z aparatu historyka: dokumentów, relacji, opracowań, archiwum autora. Z drugiej – bardzo swobodnie czerpią ze źródeł internetowych i medialnych o skrajnie różnej jakości. W przypisach obok Andrzeja Friszkego, materiałów IPN czy reportaży Barbary Seidler pojawiają się media plotkarskie i tabloidy. Samo wykorzystanie źródła popularnego nie jest, rzecz jasna, błędem. Jeśli przedmiotem analizy jest recepcja medialna, plotka czy wizerunek gwiazdy, tabloid może być wręcz źródłem pierwszorzędnym, tyle że wypada powiedzieć czytelnikowi, jakiego rodzaju świadectwem jest dane źródło. A tego rozróżnienia w książce brakuje. Materiały archiwalne, wspomnienia, opracowania historyczne, reportaż, artykuł prasowy i portal rozrywkowy są wprowadzane do narracji na równych prawach. Aparat źródłowy sprawia więc wrażenie bogatego, ale jego hierarchizacja i krytyka pozostają niewystarczające. To już nie jest problem stylistyczny, lecz metodologiczny.
Najwyraźniej ujawnia się on tam, gdzie autor wkracza na teren historii niewyjaśnionej. Dobrym przykładem jest rozdział o zabójstwie księdza Jerzego Popiełuszki, prowokacyjnie zatytułowany: „Męczeństwo za wiarę, śmierć za dolary?”. Drozdowski przywołuje alternatywną hipotezę Andrzeja Witkowskiego, według której Popiełuszko miał być przetrzymywany i torturowany dłużej niż wynika to z oficjalnej rekonstrukcji. Następnie wiąże tę teorię z pieniędzmi Solidarności przechowywanymi w bydgoskiej bazylice i pyta, czy tortury mogły służyć wydobyciu informacji o miejscu ich ukrycia. Dalej pojawiają się zgony osób związanych ze sprawą oraz informacja pochodząca od pewnej osoby, która nie chce ujawnić nazwiska. Rozdział kończy seria pytań: czy Popiełuszko był torturowany dla pieniędzy, czy wiedzieli o tym mocodawcy Piotrowskiego, czego boi się informator i komu nadal zależy na nieujawnianiu prawdy. To bardzo problematyczny sposób budowania narracji historycznej. Autor oczywiście nie twierdzi wprost, że hipoteza jest prawdziwa, ale samo zestawienie faktów, niezweryfikowanych relacji, przypadków i sugestywnych pytań tworzy określony ciąg przyczynowo-skutkowy w głowie czytelnika. Retorycznie działa niemal tak samo jak teza, pozwalając jednocześnie zachować formalne zastrzeżenie: „Przecież ja tylko pytam”. Przy sprawach niewyjaśnionych potrzebny jest dokładnie odwrotny ruch: im bardziej sensacyjna hipoteza, tym wyższy powinien być próg dowodowy. A Drozdowski chwilami ten próg obniża.
I tu dochodzimy do głównego problemu książki. Autor chce walczyć z nostalgicznym, wygładzonym obrazem PRL-u, ale wybiera do tego narzędzie, które również deformuje obraz epoki, mianowicie sensacyjność. Już tytuły podrozdziałów mówią wiele: „Baletnice do burdeli”, „Aktor socjopata”, „Jak smakuje ludzkie mięso?”, „Szatan z Piotrkowa”, „Zamurowali dzieciaka”. Mocny tytuł może być znakomitym narzędziem popularyzacji. Problem zaczyna się wtedy, gdy sensacyjność przestaje być opakowaniem, a zaczyna organizować selekcję rzeczywistości.
Szczególnie wyraźnie widać to w części kryminalnej, przed której lekturą autor przestrzega osoby niepełnoletnie i wrażliwe (słusznie, również na to uczulam, materiały zdjęciowe także nie są przeznaczone dla dzieci i osób wrażliwych). Tyle że pojawia się zasadnicze pytanie: co właściwie czyni te zbrodnie opowieścią o Polsce Ludowej? Seryjni mordercy działali i działają w bardzo różnych systemach politycznych. Historycznie interesujące byłoby coś innego: gdyby czytelnik dowiadywał się, jak działała ówczesna kryminalistyka i kara śmierci, jakimi kategoriami psychiatrycznymi opisywano sprawców jak prasa przedstawiała sprawców, co cenzurowano i jak państwo zarządzało społecznym strachem? Ciekawe byłoby pokazanie, jak zmieniały się wyobrażenia o seksualności, patologii i odpowiedzialności. Wtedy true crime stałby się historią społeczną. Drozdowski pozostaje przy rekonstrukcji przestępstwa, w efekcie trzeci rozdział jest wprawdzie najmocniejszy emocjonalnie, ale najsłabiej związany z deklarowanym projektem opowieści o PRL-u. Znamienne, że znalazło się tu nawet zabójstwo Piotra Jaroszewicza i Alicji Solskiej z 1992 roku. Autor sam przyznaje, że doszło do niego już w III RP, ale uzasadnia obecność sprawy przypuszczeniem, że mogła mieć związek z wiedzą Jaroszewicza z okresu PRL. Granice książki okazują się więc podporządkowane atrakcyjności materiału bardziej niż jasno określonym kryteriom. A szkoda, ponieważ Drozdowski ma coś, czego wielu popularyzatorów historii nie posiada: wyczucie archiwalnego szczegółu. Potrafi dobrać detal, który uruchamia wyobraźnię, sceną czy cytatem rozbić suchą relację. Brakuje natomiast dalszego ciągu. Po pytaniu: „Co się wydarzyło?” zbyt rzadko następuje: „Co z tego wynika?” Zabrakło mi odautorskiej refleksji, choć zapewne autor widziałby tu raczej zaproszenie czytelnika do samodzielnej oceny. Moim zdaniem jest to jednak słabość konstrukcyjna.
Co ciekawe, Drozdowski wcale nie jest narratorem neutralnym. Przeciwnie – miejscami ocenia bardzo zdecydowanie. Pisząc o podpisaniu przez Wisławę Szymborską rezolucji Związku Literatów Polskich po procesie księży kurii krakowskiej, stwierdza, że poetka „nigdy nie poczuła potrzeby przeproszenia za ten haniebny czyn”, a następnie przywołuje w tej sprawie tekst Stanisława Krajskiego. Niezależnie od oceny samego epizodu, chciałabym zwrócić uwagę na coś innego: język historycznej rekonstrukcji nagle przechodzi w język oskarżenia moralnego. Podobnie w części kryminalnej narrator potrafi wyciągać wnioski wykraczające zarówno poza materiał, jak i poza kompetencje historyka, na przykład pisząc tak o Trynkiewiczu: „Jak widać jego popędy pedofilskie nie znikły, stąd słuszna jest obawa o to, że również jego mordercze zapędy byłyby kontynuowanie na wolności”. Narrator wchodzi w różne role i kompetencje: bywa archiwistą, reporterem, gawędziarzem, komentatorem, moralizatorem, a nawet śledczym przedstawiającym własne hipotezy. Każda z tych ról jest dopuszczalna, kłopot polega jednak na tym, że książka nie ustanawia między nimi wyraźnych granic.
Osobną kwestią pozostaje warstwa językowa i redakcyjna. Tutaj muszę powiedzieć szczerze: książka wymagała znacznie głębszej pracy. W tekście oraz notce okładkowej występują liczne błędy składniowe i interpunkcyjne, nieporadne konstrukcje i powtórzenia. Zdarzają się również lapsusy bibliograficzne – choćby przypis do materiału „Plejady” oznaczony datą dostępu „27.04.2027 r.” („Afery…” wydano w 2024 roku). W książce popularnonaukowej starannie opracowana warstwa językowa jest elementem wiarygodności i wartości merytorycznej. Jeśli autor prosi czytelnika, by zaufał mu w sprawach wymagających oceny dokumentów, zeznań i sprzecznych wersji wydarzeń, tekst w warstwie językowej powinien dawać poczucie podobnej staranności i rzetelności.
Nie chciałabym jednak sprowadzać „Afer, skandali, morderstw” do katalogu błędów, ponieważ jest w tej książce autentyczna ciekawość przeszłości i pasja, którą autor próbuje pokazać – oraz przekazać. Najlepsze fragmenty pokazują PRL nie jako abstrakcyjny system, ale mechanizm w działaniu: ubeków poszukujących sabotażystów po eksplozji fabryki, propagandę przejmującą incydent szpiegowski, wymiar sprawiedliwości urządzający pokazowy proces, obywateli próbujących poruszać się między oficjalnym przekazem a plotką. Jednak gdyby z autorem pracował dobry redaktor, mogłaby powstać znacznie lepsza książka. Wymagałoby to jednak selekcji materiału. Zamiast dwudziestu ośmiu historii – może dziesięć, zamiast kolejnej biograficznej ciekawostki – głębsza analiza mechanizmów, zamiast kilku stron o każdym seryjnym zabójcy – pytanie o to, jakim językiem Polska Ludowa mówiła o zbrodni, wreszcie zamiast sugestywnego pytajnika przy niezweryfikowanej hipotezie – dokładne opisanie, co wiemy, skąd to wiemy i czego udowodnić nie możemy. W obecnej postaci największą wadą „Afer, skandali, morderstw” jest to, że książka, która chce rozbić uproszczony obraz PRL-u, sama wprowadza inny uproszczony obraz na jego miejsce. Znika obraz sentymentalny, a pojawia się czarno-czerwony: szpiedzy, prostytucja, przekręty, romanse, seryjni mordercy i tajemnicze zgony. Prawda historyczna znajduje się gdzieś pomiędzy nimi – w mechanizmach, które sprawiały, że wszystkie te historie mogły wydarzyć się właśnie tak i właśnie wtedy. Drozdowski zebrał mnóstwo elementów potrzebnych do jej opowiedzenia. Największy niedosyt po lekturze pozostawiła mi decyzja o tym, by zbyt często zatrzymać się o krok przed tym, zanim z dobrej historii tabloidowej mogłaby zacząć powstawać dobra historia społeczna.
„Afery, skandale, morderstwa” to książka, której mocną stroną jest energia narracyjna, różnorodność tematów i zdolność do przyciągnięcia czytelnika. Słabością pozostaje fragmentaryczność: po lekturze pamiętamy pojedyncze sprawy, lecz trudniej powiedzieć, jaki zasadniczy obraz epoki wyłania się z ich zestawienia. Publikacja ma niewątpliwy potencjał popularyzatorski, ale jej największą słabością jest brak wyraźnego klucza interpretacyjnego: zamiast spójnej historii PRL otrzymujemy obszerny katalog spraw, które łączy przede wszystkim ich medialna atrakcyjność. „Afery, skandale, morderstwa” może być interesującym wprowadzeniem do mniej znanych lub zapomnianych wydarzeń. Zalecałabym jednak czytać ją równolegle z monografiami dotyczącymi aparatu bezpieczeństwa, cenzury, przestępczości i kultury popularnej doby PRL. W obecnej formie jest to przede wszystkim atrakcyjny katalog ciemnych kart epoki.czytać ją równolegle z monografiami dotyczącymi aparatu bezpieczeństwa, cenzury, przestępczości i kultury popularnej doby PRL. W obecnej formie jest to przede wszystkim atrakcyjny katalog ciemnych kart epoki.
Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję Wydawnictwu Brda
