Między źródłem a wyobraźnią. O tym, czego nie wiemy o wierzeniach Słowian (Jerzy Strzelczyk – „Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian”)

Jerzy Strzelczyk w „Mitach, podaniach i wierzeniach dawnych Słowian” podejmuje temat tyleż fascynujący, ile metodologicznie zdradliwy: odtwarzanie świata wyobrażeń religijnych społeczności, które nie zostawiły po sobie własnego piśmiennictwa. O dawnych Słowianach wiemy dziś jednocześnie bardzo dużo i rozpaczliwie mało. Potrafimy rekonstruować ich osadnictwo, gospodarkę, obrządek pogrzebowy, kontakty handlowe czy przemiany struktur politycznych. Gdy jednak pytamy, w co właściwie wierzyli, grunt zaczyna się osuwać. Nie zachował się słowiański odpowiednik Eddy, nie mamy rodzimego Hezjoda ani tekstu, który porządkowałby panteon, opowiadał kosmogonię i ustalał genealogie bogów. Najważniejsze świadectwa pisane pozostawili obserwatorzy zewnętrzni, najczęściej chrześcijańscy, zwykle już w okresie konfrontacji pogaństwa z nową religią. Archeologia dostarcza przedmiotów i miejsc, lecz brak instrukcji ich interpretowania. Folklor zaś, choć niezwykle kuszący, dzieli od interesującej nas epoki wiele stuleci przemian. Tymczasem kultura popularna zrobiła ze słowiańskiej mitologii świat niemal równie kompletny jak mitologia grecka czy nordycka. Perun i Weles zajęli w nim swoje miejsca, obok nich ustawiły się kolejne bóstwa, demony i byty różnorodnej proweniencji, a wokół nich zarysowała się sieć rytuałów i wierzeń. Powstała opowieść spójna, atrakcyjna i… podejrzana.

Prof. Jerzy Strzelczyk czyni rzecz niemal przewrotną: zamiast zapełniać białe plamy, wskazuje je wyraźnie i odcina od naukowej wiedzy grubą kreską. Z tego powodu książka, która ukazała się po raz pierwszy w 1998 roku, zasługuje na uwagę również przy okazji trzeciego wydania z 2026 roku. Tegoroczna edycja została przez wydawcę opisana jako jedna z najważniejszych polskich książek dotyczących wierzeń słowiańskich, z czym zgadzam się w całej rozciągłości, podobnie jak z twierdzeniem, że prof. Strzelczyk ukazuje w niej „szeroki i barwny obraz słowiańskich bogów, bóstw, demonów czy zjaw z pisarskim zacięciem i historyczną znajomością tematu”. Muszę jednak zaznaczyć, że nie jest to wydanie ani poszerzone, ani zaktualizowane, również wstęp pochodzi z wydania pierwszego, choć w wersji okrojonej. Brak w nim otwierającego pierwsze wydanie krytycznego omówienia literackiej wizji Czesława Białczyńskiego, którego Stworze i zdusze… uznaje za dzieło pomysłowe i atrakcyjne, lecz zarazem fikcyjne, pozbawione rygoru naukowego oraz niewystarczająco związane z rzeczywistymi świadectwami historycznymi. Ten polemiczny gest ustawiał wcześniejsze wydanie, pokazując różnicę między rekonstrukcją naukową i beletrystyką.  

Najtrafniejsza definicja projektu prof. Strzelczyka pada we wstępie: przedmiotem książki ma być „prawdziwa historia Nierzeczywistego”, czyli historia wyobrażeń dawnych Słowian o bogach, demonach, początkach ludów, państw i nadprzyrodzonych istotach. Formuła jest bardzo dobra, ponieważ przenosi uwagę z pytania o to, czy dana postać istniała na zagadnienie jak, kiedy i po co zaczęto o niej opowiadać. To ważne na przykład w hasłach dotyczących legendarnych założycieli państw i miast: Lech, Czech, Krak, Piast, Wanda nie są dla autora prostymi kandydatami do historycznej weryfikacji. Ważniejsze okazują się ich funkcje w zbiorowej wyobraźni, kronikarskim modelu dziejów i późniejszej pamięci narodowej. Dobrym przykładem jest hasło o Kraku. Prof. Strzelczyk śledzi jego drogę od Wincentego Kadłubka, przez „Kronikę wielkopolską”, Jana Długosza i Marcina Bielskiego, pokazując kolejne przekształcenia tej postaci: od legendarnego prawodawcy, przez rzekomego potomka rzymskich Grakchów, po fundatora Krakowa i bohatera narracji o uporządkowaniu wspólnoty. W rezultacie Krak nie jest tu „pogańskim królem Słowian”, lecz figurą mitu politycznego, służącego objaśnieniu narodzin prawa, władzy i stołecznej rangi Krakowa.

Jedną z największych zalet książki jest epistemologiczna uczciwość autora. Nie obiecuje on rekonstrukcji ani żadnej syntezy słowiańskiej mitologii, wręcz przeciwnie: stwierdza, że mitologii w ścisłym znaczeniu być może u Słowian w ogóle nie było – albo przepadła ona bezpowrotnie w niepamięci. Nie potrafimy zrekonstruować słowiańskiej mitologii jako zwartego systemu kosmogonicznego i teogonicznego. Autor nie ukrywa, że w porównaniu z mitologiami Greków, Rzymian, Germanów, Celtów czy ludów starożytnego Wschodu materiał słowiański jest ubogi i fragmentaryczny, toteż nie buduje efektownego panteonu z domysłów, późnych podań i romantycznych fantazji, lecz pokazuje, jak łatwo pomylić badanie dawnej religii z późniejszym mitotwórstwem. Wokół przedchrześcijańskich wierzeń słowiańskich powstało wiele atrakcyjnych, lecz słabo udokumentowanych opowieści: o pełnym panteonie, o uporządkowanej kosmogonii, o księgach, świątyniach i obrzędach rzekomo zachowanych w nieprzerwanej tradycji. Strzelczyk nie odbiera czytelnikowi wyobraźni, ale wymaga od niego dyscypliny: piękna opowieść nie staje się prawdą historyczną tylko dlatego, że dobrze odpowiada współczesnemu pragnieniu „rodzimej mitologii”. Stając przed wyborem, czy czytelnikowi należy dać najbardziej prawdopodobną rekonstrukcję i oszczędzić mu metodologicznego zaplecza, czy przeciwnie – pokazać proces dochodzenia do wiedzy, nawet jeśli jego końcowym rezultatem jest wątpliwość, autor zawsze wybiera drugą opcję.

Jednym z najczęściej powracających – i najważniejszych – określeń w książce jest niepozorne słowo: „rzekomy”. Prof. Strzelczyk nie jest badaczem, który próbowałby zamaskować niepewności erudycją – dla niego niepewność staje się pełnoprawną informacją. Dobrym przykładem jest hasło dotyczące Flinsa – rzekomego bóstwa łużyckiego, którego efektowny wizerunek z lwem na ramieniu zaczął później żyć własnym życiem. Autor prowadzi czytelnika przez historię przekazu, wskazując późne pochodzenie informacji i jej zależności. Jedną z najciekawszych części tomu jest demaskowanie późniejszych mistyfikacji. Autor przypomina, że wiele rzekomych bóstw słowiańskich weszło do obiegu naukowego i popularnego dzięki późnym, niepewnym lub fałszywym przekazom. Niektóre z nich powstały w nowożytnych kronikach, inne były wynikiem erudycyjnych nieporozumień, a jeszcze inne miały charakter świadomej kreacji. Strzelczyk podkreśla, że fałszerstwo także może być historycznie ważne, ponieważ mówi o potrzebach epoki, o narodowych aspiracjach, o pragnieniu posiadania wielkiej przeszłości i o sposobach konstruowania wspólnotowej pamięci.

Ma to szczególne znaczenie w przypadku bogów. Jedną z największych pokus badania religii przedchrześcijańskich jest komparatystyka. Skoro mamy boga piorunów, nasuwa się Zeus, Jowisz, Thor; skoro istnieje bóstwo związane ze światem podziemnym, pojawia się pokusa znalezienia słowiańskiego Hadesa. Z kilku podobieństw bardzo łatwo zbudować cały system. Strzelczyk jest wobec takich rekonstrukcji wyraźnie nieufny – i słusznie. Nie oznacza to odrzucenia z góry metody porównawczej, gdyż religioznawstwo indoeuropejskie bez komparatystyki byłoby właściwie niemożliwe. Problem zaczyna się wtedy, gdy podobieństwo przestaje być przesłanką, a staje się dowodem. Autor konsekwentnie pokazuje ponadto, że coś takiego jak jednolita „religia Słowian” jest kategorią problematyczną. Źródła pochodzą z różnych obszarów i okresów: inaczej udokumentowane jest Połabie, inaczej Ruś, inaczej ziemie polskie. Bóstwo dobrze poświadczone w jednym miejscu nie musi należeć do jakiegoś ogólnosłowiańskiego panteonu. To szczególnie ważne dzisiaj, gdy w obiegu popularnym funkcjonuje wyobrażenie słowiańskiej religii jako uporządkowanego systemu bogów mających określone „kompetencje”.

Forma leksykonu jest więc dla tej książki jednocześnie idealna i problematyczna. Idealna, ponieważ odpowiada stanowi wiedzy. Alfabet rozbija złudzenie systemu i pozwala zestawić to, co zachowało się w postaci fragmentów, bez udawania, że fragmenty tworzą kompletną układankę. Problematyczna, ponieważ leksykon znakomicie nadaje się do sprawdzania, a znacznie gorzej – do czytania. Hasła są skrajnie nierówne – i nie jest to zarzut, lecz stwierdzenie faktu. Bywają rozbudowanymi esejami historycznymi, w których autor prowadzi czytelnika przez kolejne wersje przekazu, odmienne interpretacje i przekształcenia postaci w czasie. Czytelnik przechodzi od boga do kronikarza, od demona do średniowiecznego władcy, od stanowiska archeologicznego do postaci, która prawdopodobnie nigdy nie istniała. Taka forma dobrze odpowiada fragmentarycznemu stanowi materiału: zamiast pozorować ciągłą opowieść o jednolitej religii Słowian, autor przedstawia katalog problemów, figur, miejsc, tekstów i sporów. To zarazem siła i ograniczenie książki. Czytelnik otrzymuje imponujący zakres tematów: bogów, demonów, legendarnych władców, miejsca kultowe, święta, obrzędy, fałszerstwa oraz postacie znane z tradycji polskiej, czeskiej, ruskiej i południowosłowiańskiej. Brakuje jednak większej syntezy, która pozwoliłaby wyraźniej zobaczyć wspólne mechanizmy religijne, regionalne różnice i historyczną dynamikę chrystianizacji. Można oczywiście odpowiedzieć, że właśnie taka synteza byłaby nadużyciem wobec źródeł, stąd zapewne prof. Strzelczyk świadomie jej unika.

Prof. Strzelczyk pracuje przede wszystkim na źródłach zewnętrznych wobec dawnych Słowian: kronikach bizantyńskich, niemieckich, duńskich, ruskich i czeskich, żywotach świętych, tekstach kościelnych, późniejszych przekazach historiograficznych oraz materiałach etnograficznych. Autor wyraźnie wskazuje, że podstawowy materiał do rekonstrukcji pogaństwa słowiańskiego dotyczy głównie dwóch regionów: Rusi oraz Słowiańszczyzny połabskiej, a częściowo także Pomorza Zachodniego. To ważne zastrzeżenie. O religii dawnych Słowian z ziem polskich, czeskich czy południowosłowiańskich wiemy znacznie mniej niż chciałaby późniejsza tradycja narodowa. Strzelczyk podkreśla, że źródła dotyczące tych obszarów bywają późne, niepewne, skażone interpretacją chrześcijańską albo oparte na erudycyjnych domysłach ich autorów. Do swoich najważniejszych informatorów zalicza Adama z Bremy, Thietmara z Merseburga, Helmolda, Saxona Gramatyka, Kosmasa z Pragi, arabskich podróżników, kronikarzy polskich, Prokopa z Cezarei, żywotów św. Ottona z Bambergu oraz ruskiej „Powieści minionych lat”. Nie ukrywa przy tym problemów związanych z ich świadectwami, które przez wielu odczytywane były zupełnie bezrefleksyjnie. Autor cierpliwie tłumaczy, że nie wystarczy zapytać, co konkretnie Thietmar napisał, ale trzeba zapytać, kim był, kiedy pisał, skąd wziął tę czy inną informację i w jakim celu ją przywołał, a także przez jakie filtry przepuszczał opisywany świat. Dla historyka to absolutne podstawy, dla popularnego obrazu słowiańszczyzny – wciąż rewolucja myślenia. Źródło nie jest bowiem „oknem na przeszłość”, lecz tekstem o własnych ograniczeniach: językowych, religijnych, politycznych i kulturowych. Autor pyta więc nie tylko o to, co kronikarze zapisali, ale też o to, na ile ich relacje zostały przefiltrowane przez chrześcijańskie schematy opisu religii pogańskiej.

Z perspektywy etnologicznej szczególnie interesujący – i zarazem dyskusyjny – jest stosunek prof. Strzelczyka do późnego folkloru. Demony domowe, wodne, leśne, żeńskie, nocne i związane z płodnością mogły przetrwać chrystianizację znacznie dłużej niż oficjalny kult bóstw. Nie zostały łatwo wyparte, lecz ulegały stopniowemu przekształcaniu, przenikaniu z wyobrażeniami chrześcijańskimi i lokalnym różnicowaniem, stąd wiedza o nich pochodzi nie tylko z dawnych tekstów, lecz także z dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych zapisów etnograficznych. Tu pojawia się zarazem największa trudność metodologiczna: etnograficzny materiał z XIX i XX wieku nie może być automatycznie przenoszony w czasy przedchrześcijańskie. Strzelczyk ma tego pełną świadomość: podkreśla amorficzność materiału, zmienność regionalną oraz otwartość dyskusji nad genezą poszczególnych wierzeń. Przez ostatnie sto lat z okładem zmieniły się system religijny, struktura społeczna, język, gospodarka i cały świat symboliczny. Kultura nie przechowuje dawnych form jak muzealnych eksponatów, potrafi natomiast długo zachowywać struktury, opozycje, sposoby konceptualizowania przestrzeni, śmierci, granicy, obcości czy nieczystości, choć nadaje im nowe znaczenia. Tutaj historyczna ostrożność Strzelczyka czasami okazuje się bardziej przekonująca jako metoda negatywna – świetnie pokazuje, czego nie wolno wywnioskować – niż jako narzędzie antropologicznej rekonstrukcji. Inaczej mówiąc: autor znakomicie hamuje nadinterpretację, ale rzadziej pokazuje, co można zrobić po zaciągnięciu hamulca. To nie jest błąd, lecz granica dyscypliny badawczej, niemniej jednak czytelnikowi nienaukowemu pozostanie pewien niedosyt i brak ukierunkowania do dalszych poszukiwań.

Teraz kilka słów o wadach, czy może raczej problemach z „Mitami”.

Pierwszym problemem jest asymetria wpisana w sam projekt. Autor chce zarówno opisać to, co można wiązać z dawnymi wierzeniami, jak i oczyścić pole z późniejszych konfabulacji. W efekcie hasła dotyczące wierzeń dobrze poświadczonych sąsiadują z konstrukcjami, których historyczność autor sam odrzuca. To metodologicznie uzasadnione, ale ryzykowne, bo umieszczenie czegoś w słowniku, zwłaszcza napisanym przez tak uznanego badacza, zawsze trochę to kanonizuje. Czytelnik zapamięta nazwę („No tak, czytałem o tym bóstwie u Strzelczyka”), pisarz fantasy ją wykorzysta („Przecież Strzelczyk cytuje to bóstwo, znaczy się – istniało”). Paradoksalnie książka demaskująca fałszywy panteon może dostarczać materiału do jego dalszego życia.

Drugi problem jest poważniejszy i już go wzmiankowałam wcześniej: forma słownikowa ogranicza możliwość syntetycznego pokazania samego mechanizmu powstawania wiedzy o religii Słowian. Czytelnik otrzymuje wiele znakomitych mikroanaliz, ale musi sam złożyć z nich metodologiczną całość. Przydałby się osobny, rozbudowany esej (być może nowy wstęp lub posłowie) pokazujący hierarchię źródeł i tłumaczący współczesnemu, przyzwyczajonemu do korzystania z Wikipedii czy sztucznej inteligencji czytelnikowi, czym różni się wartość świadectwa współczesnego opisywanym praktykom od relacji spisanej trzy stulecia później, jakie możliwości i pułapki daje archeologia, kiedy można sięgać po analogię indoeuropejską, jak traktować folklor, co robić z chrześcijańską interpretacją i gdzie kończy się uprawniona rekonstrukcja, a zaczyna fantazja. Wstęp częściowo spełnia tę funkcję, ale przy złożoności problemu pozostawia niedosyt.

Naturalnym kontrapunktem dla książki prof. Strzelczyka pozostaje „Mitologia Słowian” prof. Aleksandra Gieysztora. Obaj badacze stają przed tym samym problemem: dramatycznym niedostatkiem bezpośrednich źródeł, ale mierzą się z nim inaczej. Gieysztor jest bardziej skłonny do rekonstrukcji: korzysta szeroko z religioznawstwa porównawczego, językoznawstwa, koncepcji indoeuropejskich i strukturalizmu Georges’a Dumézila. Absolutnie nie twierdzę, bo byłoby to krzywdzące i błędne twierdzenie, że tylko jeden z badaczy trzyma się faktów, wskazuję tylko na różnicę w „tolerancji na hipotezy”. Prof. Gieysztor jest rekonstruktorem, prof. Strzelczyk – krytykiem rekonstrukcji, dlatego jako antropolożka, historyczka i badaczka zalecam czytać ich razem. Autor „Mitologii Słowian” pokazuje, jak wiele można próbować wydobyć ze skąpego materiału, a autor „Mitów…” przypomina, ile założeń trzeba wcześniej przyjąć, aby było to w ogóle możliwe.

Najciekawsze w lekturze trzeciego wydania „Mitów…” jest jednak to, że książka zestarzała się i zarazem stała bardziej aktualna. Zestarzał się sposób podania, który pod koniec XX wieku był popularną i lubianą metodą. Gęsty leksykon, ogrom nazwisk, odsyłaczy, polemik filologicznych i kronikarskich szczegółów nie odpowiada dzisiejszym standardom popularyzacji nauki. Nie ma tu silnej narracji, reportażowego prowadzenia czytelnika ani atrakcyjnego storytellingu o procesie badawczym. Niektóre hasła przypominają raczej miniaturowe artykuły encyklopedyczne niż literaturę popularnonaukową. Wciąż trwały pozostaje jednak jej fundament metodologiczny: sceptycyzm wobec łatwych rekonstrukcji, konieczność rozdzielania źródeł średniowiecznych od późnej folkloryzacji oraz krytyczne podejście do narodowych i neopogańskich fantazmatów. Ten sposób myślenia nie tylko się nie zestarzał, ale wobec współczesnej popularności uproszczonych „mitologii słowiańskich” wydaje się szczególnie potrzebny. Żyjemy przecież w znacznie bardziej „słowiańskim” imaginarium niż czytelnik z 1998 roku. Ogromny sukces uniwersum Wiedźmina i popularność fantastyki z motywami słowiańskimi, grupy rekonstrukcyjne, media społecznościowe, ruchy rodzimowiercze i internetowy obieg stworzyły ogromny głód rodzimej mitologii. A jeśli źródła nie dostarczają kompletnej mitologii, wówczas kultura próbuje ją dopisywać. Prof. Strzelczyk stawia tu szlaban i pyta o dokumenty. To przejście od katalogu odpowiedzi do katalogu pytań paradoksalnie uważam za największy intelektualny atut recenzowanej publikacji, ponieważ w XXI wieku, gdy szeroko pojęta „słowiańskość” stała się atrakcyjnym produktem kulturowym, ta postawa jest dramatycznie potrzebna.

„Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian” są książką nie o gotowej mitologii, lecz o granicach naszej wiedzy o niej. Prof. Strzelczyk nie oferuje czytelnikowi panteonu równie kompletnego jak olimpijski czy nordycki, ponieważ źródła nie dają do tego prawa. Zamiast tego pokazuje, jak z fragmentów kronik, legend, obrzędów, etnograficznych zapisów i późniejszych konfabulacji buduje się obraz przeszłości. W tej książce najbardziej imponuje nie erudycja – choć jest ogromna – lecz dyscyplina niewiedzy. Z tego powodu „Mity…” nie będą idealną książka dla kogoś, kto chciałby po prostu dowiedzieć się, w co wierzyli nasi przodkowie, bo zbyt często przeczyta: „tego nie wiemy”, „źródło jest późne”, „interpretacja pozostaje sporna”, „postać jest prawdopodobnie fikcyjna” – i zapewne się rozczaruje. Moim zdaniem paradoksalnie dlatego jest to jedna z książek, które warto przeczytać przed wejściem głębiej w temat. To pozycja szczególnie wartościowa dla czytelników zainteresowanych historią religii, etnologią, mediewistyką, słowiańską pamięcią kulturową i mechanizmami narodotwórczymi. Największą jej siłą jest rzetelność: autor uczy, że w badaniu przeszłości nie należy zastępować niewiedzy tym, co chcielibyśmy zobaczyć. Prof. Strzelczyk nie daje czytelnikowi gotowej słowiańskiej mitologii, lecz coś bardziej wartościowego: narzędzia pozwalające rozpoznać moment, w którym historia słowiańskich wierzeń zaczyna przechodzić w historię naszych wyobrażeń na ich temat. I być może dlatego najlepszym tytułem tej książki rzeczywiście pozostaje wspomniane sformułowanie użyte przez samego autora: „prawdziwa historia Nierzeczywistego”. Nierzeczywistego nie dlatego, że dawni Słowianie nie mieli bogów, demonów, rytuałów i opowieści o świecie, bo zapewne je mieli, ale dlatego, że świat, który chcielibyśmy dziś z nich zbudować, będzie znacznie pełniejszy niż ten, który pozwalają nam zobaczyć źródła. A między jednym a drugim mieści się cała odpowiedzialność historyka.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Rebis

author-sign

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *