O pułapkach obalania mitów w „Historycznych bzdurach o średniowieczu” Anny Zielińskiej

Średniowiecze ma wyjątkowo złą prasę. Niewiele epok obrosło równie trwałym zestawem gotowych wyobrażeń: ludzie się nie myli, umierali w wieku trzydziestu lat, medycyna sprowadzała się do puszczania krwi i paskudnych terapii, Kościół zwalczał wszelką wiedzę, krzyżowiec zamykał żonę w pasie cnoty, feudał korzystał z prawa pierwszej nocy, a całą tę ponurą rzeczywistość rozświetlały właściwie tylko… stosy. Anna Zielińska, znana z facebookowego profilu „Historyczne bzdury”, w „Historycznych bzdurach o średniowieczu” bierze na warsztat właśnie ten fantazmat – średniowiecze istniejące nie tyle w źródłach, ile w szkolnej edukacji, dziewiętnastowiecznej historiografii, literaturze, filmie, internecie i popkulturze.

Zielińska stawia przed sobą cel bardzo ambitny: obalić mity o „mrocznych wiekach”: brudzie, prymitywnej medycynie, wszechwładzy Kościoła, wyjątkowej przemocy i zacofaniu cywilizacyjnym. Zaczyna od trafnej uwagi metodologicznej: średniowiecze trwało mniej więcej tysiąc lat, a traktowanie go jako jednorodnej epoki jest samo w sobie źródłem wielu stereotypów. Europa Karola Wielkiego, świat trzynastowiecznych uniwersytetów i miasta XV wieku różnią się od siebie tak zasadniczo, że zdanie rozpoczynające się od słów „w średniowieczu ludzie…” powinno automatycznie budzić podejrzliwość. Struktura książki jest luźna, rozdziałowa: początki państwa Piastów i chrzest Mieszka, choroby i medycyna, higiena, bitwa pod Grunwaldem, „niebyty” (postaci i wydarzenia, które nie istniały lub nie miały miejsca). Taka konstrukcja pozwala na lekturę wybiórczą, ale utrudnia spójną narrację. Autorka wybiera tematy subiektywnie, kierując się tym, co uznała za ciekawe lub szczególnie mocno zakorzenione w zbiorowej wyobraźni.

Dobrym przykładem jest chrzest Mieszka. Rok 966, jedna z najbardziej niewzruszonych dat polskiej szkolnej chronologii, sam okazuje się rezultatem rekonstrukcji. Jedno ze źródeł podaje rok 967; dzień 14 kwietnia jest prawdopodobny ze względu na przypadającą wówczas Wielkanoc, ale niepewny; miejsce chrztu pozostaje przedmiotem hipotez, a słynna poznańska „misa chrzcielna” mogła służyć do… mieszania zaprawy. Zielińska nie zastępuje tutaj szkolnej opowieści inną, równie niezachwianą w swej pewności. Pokazuje coś znacznie wartościowszego: jak historyk tworzy wiedzę z materiału, który praktycznie zawsze jest niepełny.

Podobnie napisany jest rozdział o Bolesławie Zapomnianym. Hipoteza o wymazanym z pamięci władcy brzmi znakomicie i właśnie dlatego tak łatwo się przyjmuje. Zielińska pokazuje jednak, jak gigantycznej operacji wymagałoby skuteczne damnatio memoriae: należałoby usunąć ślady nie tylko z jednej polskiej kroniki, ale z wielu niezależnych tradycji rękopiśmiennych, dokumentów kościelnych i przekazów państw sąsiednich. Przy okazji autorka tłumaczy, że historyk nie czyta kodeksu wyłącznie dla zawartych w nim treści: bada skreślenia, ubytki i związki pomiędzy kopiami. To jeden z najlepszych fragmentów całej książki – czytelnik dostaje nie tyle odpowiedź, ile lekcję krytyki źródła. Problem polega na tym, że książka nie zawsze pozostaje wierna tej zasadzie. Format demaskatorski ma wpisaną w siebie pokusę prostego schematu, tymczasem bardzo często nie mamy do wyboru „mitu” i „prawdy”, lecz kilka konkurencyjnych interpretacji o różnym stopniu prawdopodobieństwa. Paradoks „Historycznych bzdur o średniowieczu” polega więc na tym, że książka wymierzona w uproszczenia sama od czasu do czasu ulega tej pokusie.

Najlepiej widać to w problemach, wokół których również współczesna historiografia nie wypracowała tak jednoznacznego stanowiska, jak mogłaby sugerować popularnonaukowa narracja, np. ius primae noctis. Zielińska słusznie nie przyjmuje popularnego dziś przekonania, według którego prawo pierwszej nocy zostało w całości wymyślone w epoce nowożytnej. Przywołuje przekazy z różnych części Europy i dochodzi do wniosku, że zjawisko nie było zapewne powszechne, ale nie należy automatycznie odkładać go między bajki. Tyle że literatura specjalistyczna jest w tej kwestii wyjątkowo ostrożna. Jörg Wettlaufer wskazywał na istnienie późnośredniowiecznych przekazów o takim przywileju oraz związanych z nim opłat i rytuałów, ale czym innym jest przekonanie, że pan posiadał określone prawo, czym innym symboliczne lub finansowe zobowiązanie, a jeszcze czym innym dowód, że rzeczywiście egzekwowano prawo do stosunku seksualnego. Z kolei Alain Boureau interpretował droit de cuissage jeszcze bardziej sceptycznie, przede wszystkim jako niezwykle żywotny mit dotyczący feudalnej przemocy. Spór zatem istnieje i jego pokazanie byłoby ciekawsze od prostego werdyktu.

Ten sam problem wraca w rozdziale dotyczącym higieny. Zielińska bardzo zdecydowanie przeciwstawia się wyobrażeniu brudnego średniowiecza, wskazując, że kryzys europejskiej kultury kąpieli należy raczej wiązać z późniejszymi stuleciami. Przywołuje źródła opisujące kąpiele, relację Ibrahima ibn Jakuba, Galla Anonima oraz funkcjonowanie miejskich łaźni. I zasadnicza korekta stereotypu jest słuszna. Średniowieczny Europejczyk nie żył w kulturze religijnego zakazu mycia się. Łaźnie istniały, kąpiel była praktykowana, a czystość ciała nie została wymyślona przez nowoczesność. Jednak higiena osobista to nie to samo co warunki sanitarne. Dostęp do łaźni nie jest równoznaczny z dostępem do czystej wody. Inaczej wyglądały warunki w klasztorze, inaczej w dużym mieście, inaczej w chłopskiej zagrodzie; inne były w XII i XV wieku. Do tego dochodzą gospodarka odpadami, pasożyty, skażenie wody, zatłoczenie, higiena żywności czy kontakt ludzi ze zwierzętami. Dlatego bardziej precyzyjna odpowiedź brzmiałaby: średniowieczni ludzie przywiązywali do czystości znacznie większą wagę niż głosi stereotyp, ale ich praktyki higieniczne i warunki sanitarne były bardzo zróżnicowane i nie należy przykładać do nich jednej współczesnej miary. Różnica może wydawać się kwestią sformułowania, ale w rzeczywistości jest zasadnicza.

Podobnie jest z medycyną. Zielińska bardzo dobrze pokazuje, że nie była ona wypadkową zabobonów, puszczania krwi i modlitwy. Średniowieczni lekarze i chirurdzy obserwowali skutki terapii, eksperymentowali z substancjami, rozwijali farmakologię i techniki chirurgiczne, a niektóre procedury mogły być skuteczne mimo całkowicie błędnego wyjaśnienia mechanizmu ich działania. Sama autorka celnie wskazuje, że empiryczna obserwacja potrafiła prowadzić do właściwych praktyk mimo braku wiedzy mikrobiologicznej czy fizjologicznej. Słusznie zauważa, że chirurdzy nie byli uważani za lekarzy aż do XVIII wieku, a Kościół nie zakazywał sekcji zwłok – bulla De Sepulturis dotyczyła pochówków, nie autopsji. Jeszcze bardziej podoba mi się jej ostrożność wobec efektownego znaleziska dentystycznego z krypty rodu Guinigi. Most protetyczny brzmi jak idealny dowód na zaskakująco zaawansowaną średniowieczną stomatologię, ale Zielińska od razu zaznacza problemy z datowaniem i reprezentatywnością: nawet jeśli zabytek rzeczywiście jest średniowieczny, był rozwiązaniem elitarnym i wyjątkowym. I właśnie takiej ostrożności oczekiwałabym więcej. Średniowiecza nie trzeba rehabilitować poprzez dowodzenie, że jego lekarze byli w sumie całkiem nowocześni. Znacznie ciekawszy jest system wiedzy, w którym skuteczna obserwacja empiryczna mogła współistnieć z fizjologią humoralną, astrologią medyczną, religijnym rozumieniem choroby i terapiami, które z dzisiejszej perspektywy były nieskuteczne albo szkodliwe. Zabrakło mi również odniesień do obszernej literatury przedmiotu. Autorka nie pogłębia niektórych tematów, np. wzmianka o ziołach antykoncepcyjnych mogłaby być umieszczona w szerszym kontekście ziół wczesnoporonnych; postać Troty/Trotuli mogłaby być uzupełniona o Hersende.

Najlepiej książka wypada chyba w rozdziale poświęconym Grunwaldowi, bo tutaj demitologizacja nie sprowadza się do wykreślania kolejnych punktów na liście. Autorka interesuje się warstwami pamięci: wydarzeniem historycznym, jego opisem, późniejszą propagandą, Długoszem, Sienkiewiczem, narodową mitologią XIX wieku i filmem Aleksandra Forda. Sama zaznacza, że nie zamierza rekonstruować całej bitwy, lecz przygląda się wybranym elementom jej późniejszego obrazu. Świetnym przykładem są dwa nagie miecze. W polskiej pamięci scena jest niemal jednoznaczna: krzyżacka pycha kroczy przed zasłużonym upadkiem. Zielińska przypomina jednak kontekst bellum iustum i średniowieczną kulturę symbolu, a następnie proponuje inną możliwość odczytania gestu. Być może dwa miecze miały również komunikować, że Krzyżacy postrzegają siebie jako stronę prowadzącą wojnę sprawiedliwą, broniącą się przed agresją. Co ważne, autorka nie mówi: „tak było”, tylko świadomie używa formy hipotetycznej, otwierając przed czytelnikiem więcej możliwych znaczeń. Jeszcze lepsza jest historia wilczych dołów. Nie znajdziemy ich ani u Długosza, ani w źródłach krzyżackich. Pojawiają się natomiast w znacznie późniejszej i problematycznej Kronice Bychowca, skąd ostatecznie trafiają do współczesnej wyobraźni, utrwalonej przez film Forda. To cała biografia historycznej bzdury, którą śledzi się z zaciekawieniem, bo Zielińska odpowiada na pytanie o to, dlaczego przez tak długi czas uznawaliśmy to za prawdę.

Zielińska zebrała znakomity materiał do napisania czegoś więcej niż zbioru sprostowań. Jej przykłady pokazują zupełnie różne mechanizmy produkowania fałszywej wiedzy historycznej. Bolesław Zapomniany wyrasta z późnego źródła i historiograficznej hipotezy. Wilcze doły przechodzą z późnej kroniki do kultury popularnej. Obraz Grunwaldu współtworzą Długosz, romantyczna potrzeba narodowej mitologii, Sienkiewicz i Ford. Wielka Lechia korzysta z mechanizmów pseudohistorii i teorii spiskowej. Papieżyca Joanna jest legendą rozwijającą się w tradycji tekstowej. Pasy cnoty zostały w znacznej mierze „zmaterializowane” przez późniejsze wyobrażenia i muzealne obiekty. Stereotyp brudnego średniowiecza wyrasta natomiast z wielowiekowej oceny epoki przez tych, którzy chcieli przedstawiać własne czasy jako bardziej cywilizowane. To fascynujący materiał, ale aż prosi się o ostatni rozdział, w którym autorka powiedziałaby: “Zobaczmy teraz, czego wszystkie te przypadki nauczyły nas o tworzeniu mitu historycznego”. Dlaczego źródło późne potrafi zwyciężyć nad wcześniejszym? Dlaczego obraz filmowy wypiera przekaz kronikarski? Dlaczego łatwiej zapamiętujemy wyjątkowy przypadek niż statystyczną normę? Dlaczego wiedza historyczna tak łatwo przyjmuje formę moralnej opowieści o postępie? Dlaczego chcemy, żeby przeszłość była albo barbarzyńska, albo „zaskakująco nowoczesna”? Tej dyskusji książce brakuje i „Historyczne bzdury o średniowieczu” pozostają przede wszystkim bardzo sprawnym katalogiem mitów do obalenia, zamiast stać się pełniejszym esejem o tym, jak kultura z różnych puzzli buduje sobie średniowiecze.

Największy spór z Zielińską prowadziłabym jednak nie o pojedynczy fakt, lecz o sam gest rehabilitacyjny. Rozumiem go doskonale. Przez stulecia średniowiecze służyło jako wygodne „kiedyś”, na którego tle nowoczesność mogła przedstawiać samą siebie jako racjonalną, higieniczną, naukową i humanitarną. Już samo określenie „ciemne wieki” jest elementem tej opowieści. Problem z tym, że wahadło bardzo łatwo wychyla się w przeciwną stronę. Skoro ludzie średniowiecza nie byli brudasami, to zaczynamy opowiadać, jak bardzo dbali o higienę. Skoro ich medycyna nie była wyłącznie zabobonem, zachwycamy się jej skutecznością. Skoro kobiety nie były pozbawione wszelkiej sprawczości, zaczynamy wyszukiwać dowody na ich zaskakująco wysoką pozycję. Skoro rycerska zbroja nie unieruchamiała człowieka, pokazujemy akrobatów w pełnych płytach. Każde twierdzenie z osobna może być prawdziwe, ale razem – paradoksalnie – tworzą nowy mit: średniowiecza zadziwiająco rozsądnego, czystego, tolerancyjnego, pomysłowego i niemal nowoczesnego, które przez stulecia było po prostu oczerniane. A ono wcale takiej rehabilitacji nie potrzebuje. Można uczciwie powiedzieć, że średniowieczni mieszkańcy miast chodzili do łaźni, a zarazem żyli w warunkach sanitarnych, w których współczesny Europejczyk nie wytrzymałby przez dobę, że chirurdzy potrafili wykonywać imponujące zabiegi, a równocześnie medycyna opierała się na modelach fizjologii, które były fundamentalnie błędne, że kultura rycerska wytworzyła wysublimowane kodeksy etyczne i jednocześnie społeczeństwo było głęboko przemocowe czy że chrześcijaństwo stworzyło wielkie instytucje wiedzy i zarazem legitymizowało prześladowania. Średniowiecze było różnorodne, sprzeczne i znacznie bardziej nam obce niż chcieliby zarówno jego krytycy, jak i obrońcy. Najważniejszą lekcją tej książki nie powinno być więc argumentowanie, jakie średniowiecze nie było, lecz raczej zalecenie ostrożności wobec każdego (również autorów książek obalających mity), kto o przeszłości mówi zbyt łatwo: „właśnie tak było”.

Osobnym zagadnieniem jest język. Zielińska świadomie odrzuca akademicką powagę. Zwraca się bezpośrednio do czytelnika, żartuje, wykorzystuje współczesne analogie, ironizuje, pozwala sobie na kolokwializmy. Ten ton pojawia się już na początku książki i pozostaje jednym z jej najbardziej rozpoznawalnych elementów. Nie jest to wada, bo Zielińska ma cechy bardzo cenne dla popularyzatorki: własny rytm, poczucie humoru i umiejętność konstruowania anegdoty. To styl bliski blogom i postom w mediach społecznościowych. Zaletą jest przystępność, bo książkę czyta się szybko, bez konieczności posiadania wiedzy specjalistycznej. Wadą – nierówny ton: momentami tekst brzmi jak luźna wypowiedź internetowa, a nie książka popularnonaukowa. Największy problem pojawia się wtedy, gdy dowcip zaczyna pełnić funkcję argumentu. Sformułowanie kategoryczne, opatrzone dobrym żartem, brzmi bardziej przekonująco niż ostrożne „prawdopodobnie”, „możliwe” czy „badacze nie są zgodni”. A historia średniowiecza jest pełna takich określeń. Język Zielińskiej działa najlepiej tam, gdzie ułatwia wejście w skomplikowany problem, a gorzej tam, gdzie autorka usiłuje stworzyć wrażenie, że problem przestał być skomplikowany. Dobrym przykładem tej pułapki jest historia „klątwy Jagiellończyka”. Zielińska przywołuje obecność Aspergillus flavus w grobowcu i przedstawia ją jako racjonalne wyjaśnienie tajemniczych zgonów osób związanych z jego otwarciem. Rzeczywiste niebezpieczeństwo związane z mikroorganizmami rozwijającymi się w zamkniętych kryptach jest bezsporne. Znacznie mniej pewne jest jednak wykazanie związku przyczynowego między konkretnym grzybem a wszystkimi zgonami przypisywanymi później „klątwie”. Część nastąpiła po dłuższym czasie, a samo następstwo zdarzeń nie dowodzi przyczynowości. To bardzo ciekawy przykład, ponieważ autorka robi tutaj dokładnie to samo, przed czym w innych miejscach ostrzega.

„Historyczne bzdury o średniowieczu” to udana, choć nierówna książka popularnonaukowa, która skutecznie obala wiele mitów o średniowieczu, ale nie zawsze robi to w sposób wystarczająco pogłębiony. Jej największą siłą jest przystępny styl i zaangażowanie autorki, a największe słabości to nierówna struktura, mieszanie historii powszechnej z polską, zbyt potoczny język i brak pogłębienia niektórych tematów. Z tego powodu „Historyczne bzdury” należy traktować przede wszystkim jako literaturę popularnonaukową, a co za tym idzie nie powinno się mierzyć jej wartości kryteriami monografii akademickiej, lecz tym, czy potrafi rzetelnie przeprowadzić laika przez historyczne problemy. To potrzebne zastrzeżenie, bo nie ma sensu zarzucać Zielińskiej, że na dwustu kilkunastu stronach nie napisała syntezy tysiąca lat dziejów. Sensowne jest natomiast pytanie, co czytelnik wynosi z przyjętego wyboru tematów i sposobu ich przedstawienia. Tu dochodzimy do pewnego zarzutu konstrukcyjnego. Tematy są atrakcyjne, ale ich zestawienie nie tworzy właściwie obrazu średniowiecza. Taki model świetnie sprawdza się w blogu lub podcaście, ale w książce doskwiera mi brak syntezy wyjaśniającej, dlaczego właśnie o tej epoce produkujemy tak wiele mitów.

Mimo tych zastrzeżeń bilans „Historycznych bzdur o średniowieczu” pozostaje zdecydowanie dodatni. Zielińska zna źródła, sięga po solidną literaturę przedmiotu i potrafi przełożyć specjalistyczną wiedzę na język przystępny dla laików. Jej książka nie zastąpi syntezy epoki, monografii problemowych ani historiograficznego sporu – i nie powinna. Jej zadaniem jest sprawić, żeby po jej przeczytaniu trochę mniej ufać zdaniom zaczynającym się od „w średniowieczu wszyscy…”.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Helion

author-sign

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *