„Beta vulgaris” Margie Sarsfield to debiut świadomie wymykający się prostym klasyfikacjom. Reklamowany jako ekohorror, okazuje się przede wszystkim studium psychicznego rozpadu młodej kobiety wrzuconej w świat pracy fizycznej, klasowego upokorzenia i wstydu związanego z ciałem.
Największy problem podczas lektury “Beta vulgaris” to rozbieżność między obietnicą a realizacją. Wydawca sugeruje ekohorror, folkową grozę czy weird, tymczasem rdzeniem tekstu okazuje się wewnętrzny monolog Elise: bohaterki rozchwianej, autodestrukcyjnej i momentami zwyczajnie irytującej. To był zapewne zabieg świadomy, ale niewątpliwie ryzykowny, bo czytelnik zachęcony zapowiedziami w stylu “ostry i duszny ekohorror” albo “surrealistyczny koszmar” dostaje nużacą pętlę lęków, obsesji i somatycznych nawrotów.
Największą siłą powieści jest atmosfera: Sarsfield buduje świat lepki, gnijący, duszny, przesycony zapachem ziemi, potu i lęku. Farma buraków staje się tu przestrzenią niemal infernalną, a tytułowa roślina – symbolem wszystkiego, co prymitywne, ciężkie, brudne i podporządkowane ekonomicznej użyteczności, żeby nie napisać: wyzyskowi i degradacji. Autorka umiejętnie splata cielesność z grozą: ciało bohaterki jest równie niestabilne, co otaczająca ją rzeczywistość. Byłby z tego świetny body horror, ale potencjał grozy pozostaje, niestety, niewykorzystany.
Problem zaczyna się tam, gdzie czytelnik oczekuje rozwoju wydarzeń. Powieść grzęźnie bowiem w powtarzalności stanów psychicznych bohaterki, która obsesyjnie krąży wokół tych samych lęków, kompleksów i impulsów autodestrukcyjnych. Owszem, można uznać te zabiegi za trafne oddanie depresji czy zaburzeń obsesyjnych Elise, ale zbyt często metoda zaczyna dominować nad energią narracji. To, co miało hipnotyzować, zwyczajnie męczy i nudzi. Zniknięcia pracowników farmy, surrealistyczne sygnały, niepokojące elementy świata przedstawionego zostają potraktowane dość pobieżnie, pojawiając się raczej jako dekoracja psychodramy niż pełnoprawny motor fabularny.
„Beta vulgaris” to debiut ambitny, lecz wyraźnie przeciążony własnymi aspiracjami. Autorka najwyraźniej chciała jednocześnie napisać horror, powieść psychologiczną i esej polityczno-społeczny, przez co historia ginie pod ciężarem idei. Ostatecznie czytelnik otrzymuje tekst zanadto skupiony na klasowości, krytyce uprzemysłowionego rolnictwa i konsumpcjonizmu, który momentami bardziej przypomina manifest niż powieść. Jest to jednak tekst, trzeba to jednak uczciwie przyznać, obok którego trudno przejść obojętnie.

