W polskiej pamięci Monte Cassino ma niezwykle mocną siłę oddziaływania. Nazwa niemal automatycznie uruchamia kilka obrazów: klasztor na szczycie wzgórza, biało-czerwoną flagę, żołnierzy Andersa, maki na zboczach i pieśń Feliksa Konarskiego. W tym narodowym skrócie bitwa zaczyna się właściwie wtedy, kiedy do walki wchodzi 2. Korpus Polski, a kończy 18 maja 1944 roku, kiedy patrol 12. Pułku Ułanów Podolskich dociera do ruin opuszczonego przez niemieckich spadochroniarzy opactwa. James Holland w książce „Monte Cassino 1944. Pięć miesięcy piekła we Włoszech” robi rzecz tyleż oczywistą z punktu widzenia historii wojskowości, co potrzebną z perspektywy polskiego czytelnika: odbiera Monte Cassino Polakom, żeby następnie oddać im je w znacznie obszerniejszej opowieści. Nie jest to absolutnie książka o jednej bitwie, lecz rozbudowana historia operacyjna pięciu miesięcy kampanii włoskiej, rozciągająca się od początku 1944 roku po zajęcie Rzymu w czerwcu, w której Cassino, masyw górski, przyczółek pod Anzio, dolina Liri, linia Gustawa i ostateczna operacja „Diadem” pozostają elementami tego samego problemu strategicznego.
Już konstrukcja tomu pokazuje założenia Hollanda: cztery obszerne części prowadzą od „tyranii Overlordu”, poprzez zmarnowane okazje i zmianę układu sił, aż po bitwę o Rzym, a w centrum znajdują się nie tylko cztery fazy walk pod Cassino, lecz także desant pod Anzio, działania francuskiego korpusu ekspedycyjnego, operacje lotnicze, walki partyzanckie i doświadczenie włoskiej ludności cywilnej. Polskie wydanie nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazało się 19 sierpnia 2026 roku, dwa lata po brytyjskim, i liczy 744 strony, w tym rozliczne dodatki. Wydawca reklamuje je jako „najbardziej wszechstronne i kompleksowe opracowanie, które nie tylko odtwarza przebieg walk, lecz także pozwala spojrzeć na jedno z najważniejszych starć II wojny światowej z zupełnie nowej perspektywy” – formuła marketingowa akurat w tym przypadku nie rozmija się z charakterem projektu Hollanda. Najważniejsze pytanie brzmi jednak nie: „Ile autor zdołał opisać i czy na pewno napisał o wszystkim?”, lecz: „Czy z tego ogromu materiału powstaje nowa interpretacja kampanii włoskiej, czy tylko wyjątkowo sprawnie opowiedziana synteza?”
Holland należy do tych historyków wojskowości, którzy uznali, że klasyczna historia kampanii, prowadzona z poziomu sztabowych map, korpusów, dywizji i decyzji generałów, przestała wystarczać. W jego książce nadal znajdziemy szczegółowe rozważania o rozlokowaniu jednostek, zaopatrzeniu, sile artylerii, przeprawach rzecznych, lotnictwie, możliwościach manewru i logistyce; autor nawet we wstępnej nocie tłumaczy czytelnikowi strukturę dywizji, pułków, batalionów, kompanii i plutonów, świadomy tego, że wielonarodowa kampania łatwo może zamienić się w gąszcz niezrozumiałych skrótów. Jednak całą tę strukturę nieustannie przecina poziom jednostkowego doświadczenia. Narracja rozpoczyna się od konkretnego miejsca: kwatery 5. Armii w Casercie. Obok generała Marka Clarka pojawia się sierżant William Chaney, odpowiedzialny za jego zaplecze, a następnie Włoszka Viviana Bauco, niemiecki lekarz Wilhelm Mauss, brytyjski podoficer Jack Ward, irlandzki oficer Lawrie Franklyn-Vaile i irlandzki szyfrant Harry Wilson. Lista „głównych postaci” rozciąga się na kilka stron i obejmuje Amerykanów, Brytyjczyków, Kanadyjczyków, Francuzów, Niemców, Włochów, Nowozelandczyków oraz Polaków – i to wcale nie jest nie dodatek do historii operacyjnej, lecz podstawowa metoda narracyjna. W ten sposób autor ustanawia zasadę całej książki: wielka strategia będzie stale konfrontowana z doświadczeniem jednostki, konsekwentnie przekładana na fizyczne doświadczenie: mróz, mokre ubrania, niewyspanie, ból, strach, choroby, smród zwłok i świadomość, że po zdobyciu jednego wzgórza przed żołnierzem znajduje się następne. Holland sam zresztą niemal programowo nazywa niebezpieczeństwo wpisane w tradycyjną historię operacyjną:
Mimo to było też coś strasznego w redukowaniu tych ofiar do uogólnienia i narysowanej z grubsza strzałki. 2. batalion Skins stracił jedną trzecią swojego stanu osobowego – tylu jego żołnierzy utonęło, zginęło od kul lub zostało rozerwanych na strzępy.
Już w prologu Holland formułuje coś w rodzaju klucza do całej kampanii: wojna aliantów opierała się dotąd na mechanizacji, technologii i potężnej przewadze ogniowej, które miały oszczędzać piechotę, tymczasem włoska zima, góry i pogoda odbierały im znaczną część tych przewag. Piechur musiał więc ponownie wykonywać pracę, którą na innych frontach przejmowały czołgi, lotnictwo i transport zmotoryzowany: wspinał się po zboczach, brnął w błocie i zdobywał teren metr po metrze. To jedna z najważniejszych tez Hollanda i zarazem sedno jego rewizji kampanii włoskiej. Alianci nie utknęli pod Cassino z powodu błędów dowództwa, lecz również dlatego, że próbowali prowadzić działania wojenne w terenie, który odbierał nowoczesnej armii znaczną część jej przewagi. Holland świetnie rozumie coś, co w popularnych opowieściach o Monte Cassino bywa spłaszczane przez ikoniczne zdjęcie opactwa górującego nad doliną. Klasztor staje się symbolem, ale problem militarny był znacznie większy.
By to zilustrować, autor dołącza do swojej publikacji pół setki stron zawierających mapy, panoramy masywu, plany Cassino i profile terenu, w tym szkice przygotowane przez polski 2. Korpus. Na owych zdjęciach i planach widać coś, co trudno sobie zobrazować podczas czytania samych nazw: system wzajemnie osłaniających się grzbietów, dróg, dolin i punktów obserwacyjnych, dzięki którym obrońca dysponował nieproporcjonalną przewagą. Holland wraca do tego może aż nazbyt często, ale według mnie słusznie, bo to musi wybrzmieć głośno. Niemcy widzieli ruchy aliantów z wysoko położonych posterunków, drogi znajdowały się pod obserwowanym ogniem artylerii, a ogromna przewaga w sprzęcie niewiele pomagała, jeśli czołg nie mógł wjechać na zbocze, samolot nie widział celu przez chmury, a ciężarówki tonęły w błocie na rozmiękłych drogach. Powtarzalność argumentacji może być dla niecierpliwych czytelników wadą narracji, gdy na ponad siedmiuset stronach wielokrotnie otrzymują ten sam zestaw elementów: fatalną pogodę, wyczerpaną piechotę, niedostępny teren, niewystarczające zasoby i kolejną niemiecką pozycję znajdującą się za właśnie zdobytą. Mam jednak wrażenie, że trudno byłoby opowiedzieć wyczerpującą kampanię bez wytworzenia podczas lektury pewnego doświadczenia wyczerpania. Książka chwilami nuży dokładnie w ten sposób, w jaki kampania nużyła swoich uczestników: kolejna rzeka, kolejne wzgórze, kolejny atak, kolejny batalion zredukowany do części stanu wyjściowego. Nie wiem, czy Holland zaplanował ten efekt, ale na mnie podziałał fenomenalnie.
Ciekawa jest też druga główna teza: włoska kampania była od początku prowadzona w cieniu przyszłego lądowania w Normandii. Holland nazywa to, za językiem epoki, „tyranią Overlordu”. To właśnie przygotowania do inwazji na północną Francję ograniczały dostępność jednostek, okrętów desantowych, sprzętu i wyspecjalizowanych formacji, a w konsekwencji zmuszały dowódców włoskiej kampanii do podejmowania działań z siłami nieproporcjonalnymi do stawianych przed nimi oczekiwań. Przykładowo 52. Dywizja, wyszkolona do walki górskiej, której tak bardzo potrzebowano we Włoszech, została przeznaczona do działań związanych z północno-zachodnią Europą. To prowadzi Hollanda do rewizji utrwalonego obrazu alianckiego dowodzenia. Generałów kampanii włoskiej łatwo jest przedstawiać jako nieudolnych, posyłających żołnierzy na śmierć (słynne, wywodzące się jeszcze z czasów I wojny światowej powiedzenie o “lwach prowadzonych przez osły”), ale to płytka i niesprawiedliwa interpretacja. Alianci dysponowali ogromną przewagą w lotnictwie, artylerii i logistyce, lecz nie mogli wykorzystać jej w pełni. Teren i pogoda neutralizowały mechanizację, a transport zaopatrzenia przez góry często wymagał użycia mułów i pracy piechoty. Holland podkreśla, że dowódcy otrzymali wyjątkowo trudne zadanie przy niedostatecznych środkach i ogromnych oczekiwaniach. Podejmowane decyzje były wypadkową globalnej rywalizacji o zasoby, konieczności przygotowania Overlordu, planów desantu w południowej Francji, nacisków politycznych Churchilla i strategicznych kalkulacji dotyczących przyszłego układu sił w Europie.
To jeden z punktów, w których „Monte Cassino” wyraźnie wpisuje się w większy projekt Hollanda. Jego wcześniejsza, skądinąd bardzo dobra praca, „The Savage Storm: The Battle for Italy 1943” z 2023 roku, która niestety nie doczekała się polskiego wydania, przedstawia pierwsze miesiące kampanii dokładnie z tej perspektywy: łatwa z pozoru operacja miała przynieść szybkie korzyści, a zamiast tego zmieniła się w długotrwałą, wykrwawiającą walkę. „Monte Cassino” jest właściwie drugim aktem tej argumentacji. Można się tutaj zastanawiać, czy Holland nie przesuwa jednak ciężaru argumentacji za daleko. Kontekst ograniczeń jest potrzebny dla unikania pokusy zbyt łatwego potępiania dowódców, lecz nie wszystkie błędy można wyjaśnić brakiem środków. Autor sam zresztą pokazuje całe sekwencje decyzji, których nie da się usprawiedliwić „tyranią Overlordu”: wadliwą koordynację, niewłaściwe rozpoznanie, niezdolność przełożenia przewagi ogniowej na sensowny plan taktyczny czy i upór podtrzymujący operację nawet wówczas, gdy jej założenia już się rozpadły. Najlepszy przykład stanowi bombardowanie klasztoru.

Holland poświęca decyzji o zbombardowaniu opactwa dużo miejsca, ale nie interesują go proste odpowiedzi na pytania, które historycy zadają sobie od lat. Znacznie bardziej interesuje go dociekanie, czy decyzja o bombardowaniu miała jakikolwiek sens militarny – i udziela na to pytanie miażdżącej odpowiedzi. Mark Clark zwracał uwagę na brak dowodów, że Niemcy zajmowali sam klasztor, a w jego wnętrzu schronili się cywile; Harold Alexander uznał jednak, że gdy trzeba wybierać między zabytkiem a życiem żołnierza, dowódca musi zawsze wybrać żołnierza. Holland nie kwestionuje logiki moralnej Alexandra tak łatwo, jak mogłoby się wydawać. Przypomina, że w tej samej wojnie alianci niszczyli miasta, wsie i kościoły wszędzie tam, gdzie uznali to za niezbędne, trudno więc argumentować, że akurat opactwo powinno zyskać w ich oczach status nietykalności. Problem polegał na czym innym: dowódcy zaczęli traktować zniszczenie klasztoru jako rozwiązanie problemu taktycznego, a klasztor nie był jego źródłem. Holland osadza tę decyzję w atmosferze narastającej frustracji, presji i przekonania, że ruiny klasztoru mogą służyć Niemcom za punkt obserwacyjny, jednocześnie pokazując konsekwencje: po zniszczeniu budowli Niemcy zyskali dogodne ruiny obronne, a alianci nie osiągnęli oczekiwanego przełomu. Piętnuję katastrofalną sekwencję błędów: termin bombardowania został podporządkowany pogodzie i dostępności lotnictwa, a nie gotowości piechoty; jednostki mające wykorzystać efekt nalotu nie były przygotowane do natychmiastowego uderzenia; plan uległ rozmyciu, zaś uwaga dowództwa skupiła się na monumentalnym celu zamiast na całym systemie niemieckich pozycji na masywie. W rezultacie na opactwo zrzucono 576 ton bomb, klasztor został obrócony w ruinę, zginęli ukrywający się tam cywile, a militarny problem pozostał. Jeszcze bardziej wymowne było marcowe bombardowanie samego Cassino. Plan zakładał niespotykaną koncentrację ognia: na każdego niemieckiego żołnierza znajdującego się w mieście miało przypadać trzy tysiące funtów bomb, po których ostrzał miało rozpocząć 890 dział. A jednak gigantyczna przewaga ogniowa nie przełożyła się na zdobycie miasta, bo ruiny stały się terenem sprzyjającym obrońcom. Z ogromną uwagą czytałam te partie książki: autor nie buduje z nich łatwego aktu oskarżenia dowództwa, lecz pokazuje przepaść między możliwościami technologicznymi a zdolnością ich operacyjnego wykorzystania.

Z perspektywy polskiego odbiorcy szczególnie ciekawe jest miejsce 2. Korpusu. Holland nie popełnia błędu polegającego na budowaniu całej historii Monte Cassino wokół polskiego finału, ale też nie marginalizuje Polaków. Wprowadza ich dopiero wtedy, kiedy rzeczywiście pojawiają się na pierwszym planie operacyjnym, i robi coś ważniejszego niż samo opisanie ataku: wyjaśnia, dlaczego dla żołnierzy Andersa ta bitwa była czymś więcej niż zadaniem taktycznym. Brytyjski dowódca 8. Armii Oliver Leese wybrał Polaków częściowo z powodów praktycznych – mogli działać względnie samodzielnie na masywie – lecz również dlatego, że dostrzegał w nich szczególną determinację. Anders rozumiał zarazem, że wykonanie zadania, którego nie zdołały zrealizować wcześniej bardzo doświadczone formacje alianckie, będzie miało wymiar polityczny i symboliczny. Holland wiąże tę motywację z doświadczeniem narodu podzielonego między Rzeszę i Związek Radziecki, a wprowadzenie postaci Władka Rubnikowicza pozwala mu przeprowadzić czytelnika przez okupację, więzienie sowieckie, gułag i powstanie armii Andersa, dzięki czemu atak na masyw nie jest wyłącznie kolejną strzałką na mapie, lecz finałem kilkuletniej tułaczki ludzi, których ojczyzna przestała istnieć w dotychczasowej postaci. Chciałabym tu również zaznaczyć, że w porównaniu z wydaną po raz pierwszy w 2009 roku i wznowioną w roku 2024 książką Matthew Parkera „Monte Cassino” Holland jest jednocześnie mniej „polonocentryczny” i bardziej syntetyczny, wpisując polską walkę w szerszy kontekst całej ofensywy „Diadem”, w której sukces jednego zgrupowania staje się możliwy dlatego, że równocześnie francuskie oddziały przełamują pozycje w górach Aurunci, Brytyjczycy i Hindusi naciskają w dolinie Liri, a niemiecki system obronny zaczyna pękać na wielu odcinkach naraz. W narodowym micie zwycięstwo niewątpliwie łatwiej przypisać temu, kto wszedł na szczyt i zatknął na nim narodową flagę, jednak Holland przypomina, że niezwykle rzadko odbywa się to właśnie w ten sposób.

Monte Cassino nazywano „bitwą narodów” i Holland rzeczywiście traktuje to określenie poważnie. Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi, Algierczycy, Tunezyjczycy, Marokańczycy, Hindusi, Gurkhowie, Nowozelandczycy, Maorysi, Kanadyjczycy i Polacy nie stanowią egzotycznego tła dla brytyjsko-amerykańskiej historii. Są osobnymi aktorami kampanii. Holland przeskakuje od sztabu Alexandra do włoskiej nastolatki, od niemieckiego dowódcy batalionu do amerykańskiego sapera, od mnichów z klasztoru do pilotów bombowca, od Anzio do masywu Cassino. W jednej chwili analizuje spór o kierunek uderzenia z Anzio, w następnej zagląda do bunkra niemieckiego majora Georga Zellnera, który po sześciu tygodniach walk stracił trzy czwarte ludzi, martwi się bombardowaniem rodzinnego Regensburga i losem bliskich, cierpi na dolegliwości wynikające z życia w wilgoci i błocie, a podczas krótkiej chwili spokoju zjada z żołnierzami mięso ze znalezionej krowy. Czytelnik obserwuje jego zmęczenie, problemy zdrowotne, wspomnienia o rodzinie, niepokój przed atakiem i nerwowe oczekiwanie w bunkrze. Opisy pogody, terenu i fizycznego doświadczenia walki to bardzo skuteczny zabieg literacki, bo czytelnik od razu widzi skutki decyzji podejmowanych w kwaterach. Czasem Holland pozwala zresztą swoim bohaterom opisać to doświadczenie językiem znacznie bardziej sugestywnym, niż mógłby zrobić to sam historyk. Cytowany na początku książki porucznik Farley Mowat wspominał:
Wokół mnie rozciągał się świat cieni; pierwotnego mroku, rodzącej się przemocy zawartej w groźbie. Patrzyłem w głąb przyprawiającego o zawrót głowy tunelu, gdzie wszystko było ciemne i krwawe, a potężny wiatr ostatecznego spustoszenia wył i pochłaniał. Byłem sam. Beznadziejnie sam w świecie, którego nie znałem.
Jednocześnie taka metoda niesie ryzyko rozproszenia uwagi: im więcej postaci i mikrohistorii, tym trudniej utrzymać w pamięci główne linie konfliktu. Holland używa pamiętników i listów jako równoległego materiału źródłowego, co zbliża historię wojskowości do reportażu wojennego, a dramaturgiczne przejścia przesuwają tekst w stronę beletrystyki. Dla mnie była to zaleta, choć zdaję sobie sprawę, że niektórzy czytelnicy oczekujący bardziej „tradycyjnej” formy narracji mogą mieć zastrzeżenia.
Czytelnik musi być na to gotowy, choć ci, którzy wcześniej czytali „The Savage Storm” mają już doświadczenie z ogromną liczbą perspektyw, z jakich autor każe patrzeć na opisywane wydarzenia. Weźmy takiego Audiego Murphy’ego. Autor nie przedstawia go po prostu jako przyszłego najbardziej odznaczonego amerykańskiego żołnierza wojny. Wprowadza go po pobycie w szpitalu z kolejnym atakiem malarii, po stracie przyjaciół, w chwili marszu ku niemieckim pozycjom, kiedy Murphy relacjonuje własny strach i mechanizm psychicznej przemiany zachodzącej tuż przed walką. Podobną funkcję pełnią listy Franka Pearce’a, który próbując opisać żonie własny stan psychiczny, ujmował doświadczenie frontu z niezwykłą prostotą:
Myślałem, że znam wojnę i jej skutki, ale nikt nie może jej poznać, dopóki nie zobaczy jej na własne oczy. […] Rany fizyczne się zagoją, ale umysł zachowa swoje okaleczenia.
Albo Vivianę Bauco, której rodzina kryje się w piwnicy w Ripi podczas przechodzenia frontu, a po wyzwoleniu dziewczyna wychodzi na ulicę i widzi domy zamienione w gruzowiska. Albo mnichów z Monte Cassino, którzy po bombardowaniu wydostają się ze schronu w ruinach miejsca będącego ich całym światem, z rozpaczą odkrywając umierające dzieci między gruzami. Holland podobnie konkretyzuje cierpienie cywilów wielu mniej spektakularnych epizodach:
Następnego dnia kobieta w mieście na dole zginęła od eksplozji pocisku, a kilka innych osób zostało rannych, w tym 12-miesięczna dziewczynka, którą pospiesznie zaniesiono do opactwa, aby się nią zaopiekować.
To właśnie takie sceny sprawiają, że ludność cywilna przestaje być w jego narracji anonimową kategorią strat i staje się kolejną grupą ludzi uwięzionych wewnątrz działań militarnych. Włączenie do narracji ludności cywilnej nie jest oczywiście cechą unikalną, dobrym przykładem może być (również niewydana w Polsce) książka Matthew Evangelisty – „Allied Air Attacks and Civilian Harm in Italy, 1943–1945. Bombing among Friends” z 2023 roku, która idzie znacznie dalej, czyniąc krzywdę wyrządzaną włoskim cywilom przez alianckie bombardowania centralnym problemem etycznym i politycznym. Warto tu zaznaczyć, że ostatnimi laty jest to ważny obszar włoskiej historiografii, omawiający długotrwałe społeczne i psychologiczne skutki bombardowań alianckich. Holland pozostaje historykiem wojskowości, więc doświadczenie ludności nigdy nie wypiera działań militarnych z centrum uwagi, jednak bardzo świadomie pokazuje, że określenie „wyzwalanie Włoch” opisuje perspektywę polityczną, a niekoniecznie doświadczenie ludzi.
Najbardziej dyskusyjnym elementem książki pozostaje ocena dowódców. Holland prowadzi z historiografią otwartą polemikę. Nie chce ani idealizować Kesselringa jako mistrza defensywy, ani bezrefleksyjnie potępiać Clarka czy Alexandra. Kesselring wychodzi z tej rewizji szczególnie źle. Autor przyznaje mu znakomite umiejętności operacyjne, lecz zarazem oskarża go o błędy strategiczne i bezsensowne zużywanie niemieckich formacji, argumentując, że uporczywa obrona południowej Italii pozbawiała Wehrmacht zasobów, na których utratę Niemcy mogli sobie pozwolić znacznie mniej niż alianci. Co więcej, bronienie terenu o ograniczonym znaczeniu strategicznym ostatecznie pomagało przygotowaniom do Overlordu, wiążąc niemieckie dywizje z dala od Francji. Równie mocno Holland rozprawia się z legendą niemieckich spadochroniarzy. Przyznaje im dyscyplinę i esprit de corps, ale uważa obraz 1. Dywizji Strzelców Spadochronowych jako nadzwyczajnie wyszkolonej elity za przesadzony, wskazując, jak mocno skuteczność obrońców wynikała z terenu i samej przewagi defensywy. To ciekawe i potrzebne stanowisko wobec wielu opracowań, w których niemiecka sprawność bojowa bywa traktowana jak niemal mistyczna cecha. Istnieje na to nawet osobne pojęcie – „Wehraboo”, szczęśliwie mało rozpowszechnione w polskiej historiografii, podobnie jak i samo zjawisko.
Jednym z centralnych bohaterów książki jest Mark Clark. Holland przedstawia go jako człowieka ambitnego, energicznego, zdolnego organizatora, ale także próżnego, drażliwego i przekonanego o własnej wyższości. Ta charakterystyka jest ciekawsza niż prosty portret generała jako geniusza albo winowajcy. Autor stara się zrehabilitować Clarka w kilku kwestiach, zwłaszcza w ocenie jego odpowiedzialności za katastrofalne operacje i trudności kampanii. Podkreśla, że dowódca 5. Armii otrzymywał zadania niewspółmierne do dostępnych zasobów i musiał działać pod presją przełożonych, którzy oczekiwali szybkiego marszu na Rzym. Nie oznacza to jednak bezkrytycznej obrony, choć akurat wobec Clarka Holland bywa znacznie bardziej wyrozumiały niż wielu autorów. Przytacza źródła, z których wynika, że Clark miał znacznie bardziej elastyczne podejście do wyjścia z Anzio niż sugeruje legenda generała obsesyjnie ścigającego sławę zdobywcy Rzymu. Ciekawie wypada tu kontrast między Clarkiem a Haroldem Alexandrem, przy czym ten duet pozwala autorowi analizować nie tylko decyzje operacyjne, ale także psychologię dowodzenia w koalicji. Alexander jest przedstawiony jako dowódca starszy, bardziej doświadczony, dyplomatyczny i mniej skoncentrowany na własnym wizerunku. Charakterystyczne dla metody Hollanda jest to, że nawet najwyższego rangą dowódcy nie pozostawia wyłącznie w sztabie. Alexander pojawia się również jako ojciec, który w listach do dzieci umieszczał żarty i zabawne rysunki, świadomy, jak wiele z ich dzieciństwa zabrała mu wojna. “Mógł dowodzić wielkimi armiami, ale był też kochającym ojcem dla swoich trojga dzieci” – pisze Holland. Świadomie występuje przy tym przeciw utrwalonej krytyce Alexandra, wprost uznając za niesprawiedliwe zarzuty, że dowódca nie był w stanie “trzymać wszystkiego w garści” i nadmiernie polegał na swoim szefie sztabu, Johnie Hardingu. Chciałabym tu zaznaczyć, że ciekawym uzupełnieniem dla czytelników zainteresowanych szerszą oceną dowódców może być wydana w 2023 roku praca Andrew Sangstera i Piera Paola Battistellego „Flawed Commanders and Strategy in the Battles for Italy, 1943-45”, która skupia się znacznie mocniej na ludzkich i instytucjonalnych słabościach dowodzenia. Zainteresowanych zachęcam do sięgnięcia po tę publikację.

Monte Cassino 1944 to niezwykle obszerna pozycja, w której autor chce jednocześnie napisać historię operacyjną, społeczną, polityczną, technologiczną i osobistą. W większości przypadków ogrom kwerendy w połączeniu ze sprawnością pisarską i kontrolą nad wielowątkową narracją pozwalają mu to osiągnąć. Po pięciuset stronach kolejne mikrohistorie zaczynają jednak ze sobą rywalizować. Bohater, którego poznaliśmy sto pięćdziesiąt stron wcześniej, wraca po długiej nieobecności, a nazwy jednostek, wzgórz, dróg i dowódców mnożą się pomimo świadomej redukcji wojskowej nomenklatury. To niewątpliwie specyfika warsztatu autora i osobiście doceniam niezwykłe połączenie szerokiej perspektywy wojskowej z doświadczeniami ludzi (pamiętam je z innej pracy Hollanda, „Normandia ’44. Historia opowiedziana na nowo”, wyd. Napoleon V, 2022), ale taka narracja może stanowić dla czytelnika wyzwanie.
W zakończeniu autor nie pozostawia nas z oceną strategii, bilansem strat ani nawet zdobyciem Rzymu. Wraca do ludzi, których pamiętniki i listy towarzyszyły mu podczas pisania, wspomina tych, którzy nie przeżyli, a także opisuje własną wizytę na cmentarzu wojennym w Cassino, gdzie słyszy śpiew słowika pod odbudowanym klasztorem. Czemu służy ten zabieg? Ambicją autora jest nie tylko wyjaśnić kampanię, lecz również – jak sam mówi – przywrócić do życia ludzi, których odnalazł w dokumentach. Holland przywołuje w zakończeniu słowa L.P. Hartleya: “Czy nigdy niczego się nie nauczymy? Wygląda na to, że nie, bo chociaż historia nigdy się nie powtarza, z całą pewnością nie da się tego powiedzieć o wzorach ludzkiego postępowania”. Mimo ewentualnych zarzutów o emocjonalne spłycenie perspektywy i zmianę wielowarstwowej historii w dość konwencjonalną refleksję o wiecznym okrucieństwie wojny, rozumiem, dlaczego autor wybrał właśnie takie zakończenie – cała jego metoda zmierza właśnie do tego, aby jedno, drugie, dziesiąte nazwisko z listy poległych odzyskało swoje miejsce w historii. Holland pisze taką opowieść o wojnie, w której strategia nie unieważnia doświadczenia jednostki i to uważam za ogromną zaletę książki. Drugą jest konsekwentne odczarowywanie mitu łatwego zwycięstwa. Alianci nie byli bezradni ani niekompetentni, lecz działali w warunkach wyjątkowo trudnych; Niemcy nie byli niezwyciężeni, po prostu umiejętnie wykorzystywali teren i moment.
Na koniec chcę podkreślić, że “Monte Cassino 1944. Pięć miesięcy piekła we Włoszech”, choć wymaga dobrej orientacji w geografii, cierpliwości wobec licznych nazw jednostek i zgody na długą, wielowątkową narrację, ma szczególną wartość dla polskiego czytelnika. Nie odbiera 2. Korpusowi jego osiągnięcia, lecz uwalnia od mitu, który paradoksalnie je pomniejsza. Zwycięstwo Polaków nie polegało na tym, że samotnie zdobyli twierdzę, której nikt wcześniej nie potrafił zdobyć, lecz na tym, że po doświadczeniu września 1939 roku, sowieckich więzień, gułagów, ewakuacji przez Azję i kilkuletniej tułaczki stali się częścią wielonarodowej armii, która w maju 1944 roku zdołała rozbić jeden z najtrudniejszych systemów obronnych II wojny światowej. Holland odbiera nam więc legendę prostą i romantyczną, a daje w zamian historię trudniejszą, w której nie ma jednego bohatera, jednego winnego ani jednej zwycięskiej szarży. Są za to fatalne decyzje i rozsądne decyzje przynoszące katastrofalne skutki, potężne bombardowania, które nie osiągają celu, dowódcy oskarżani niesprawiedliwie i inni bronieni być może zbyt gorliwie, żołnierze wyczerpani do granic oraz cywile walczący o przeżycie jeszcze jednego dnia. Najbardziej problematyczna cecha książki Hollanda – jej ogrom, nadmiar bohaterów, zdarzeń i szczegółów – okazuje się więc jednocześnie częścią centralnego argumentu: Monte Cassino nie było jedną bitwą, lecz – zgodnie z tytułem – pięcioma miesiącami nieudanych planów, chwilowych przełamań, politycznych ambicji, braków logistycznych, technologicznej potęgi, błędów rozpoznania i piekła pojedynczych żołnierzy. Dopiero w takim ujęciu 18 maja staje się tym, czym było naprawdę: końcowym momentem długiego procesu wyczerpywania systemu obronnego, którego żadna armia i żaden naród nie przełamały samotnie. I być może właśnie to jest najważniejszym powodem, dla którego tę książkę warto przeczytać.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu
