Kiedy przedmiot staje się pamięcią? O “Szaleństwie upamiętniania” Michała Mencfela

Co właściwie trzeba zrobić z kawałkiem drewna, kością, puklem włosów albo fragmentem tkaniny, żeby przestały być zwyczajnymi przedmiotami, a zmieniły się w szczeliny prowadzące w przeszłość? Kiedy szczątki stają się relikwią, rupieć – zabytkiem, a rzecz, której pochodzenia nie sposób nawet bezspornie potwierdzić – nośnikiem zbiorowej pamięci? I wreszcie: czy historyczna wartość przedmiotu rzeczywiście tkwi w nim samym, czy raczej zostaje mu nadana przez opowieść, gest przechowania, sposób ekspozycji, emocję właściciela i gotowość kolejnych odbiorców, by uwierzyć w jego szczególny status?

Niepozorne, nieraz banalne przedmioty potrafią mieć zdumiewającą zdolność do obrastania znaczeniem. I choć nie są w sensie materialnym czymś szczególnie wartościowym, w określonym kontekście kulturowym potrafią stać się nośnikami pamięci, emocji, tożsamości i politycznej wyobraźni. Prof. Michał Mencfel, historyk z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu znany z interdyscyplinarnych badań nad kulturą materialną i biografistyką (m.in. cenionej biografii Atanazego Raczyńskiego), bierze na warsztat kolekcję, którą polska historiografia od dawna uważa za gruntownie zbadaną: zbiory Izabeli Czartoryskiej w Puławach. Nie pisze jednak kolejnej biografii „pierwszego polskiego muzeum”, nie rekonstruuje katalogu zbiorów ani nie ogranicza się do opowieści o patriotycznym przedsięwzięciu arystokratki próbującej po rozbiorach ocalić materialne świadectwa narodowej przeszłości. Jego ambicja jest ciekawsza. Pyta nie tyle o to, co Czartoryska zgromadziła, ile co właściwie robiła z rzeczami – i dlaczego zaczynały dzięki tym praktykom znaczyć więcej niż wynikałoby z ich materialnej postaci. To przesunięcie okazuje się zasadnicze; w jego wyniku Szaleństwo upamiętniania. Praktyki antykwaryczne i kultura pamiątki na ziemiach polskich w epoce sentymentalizmu staje się książką o historycznej przemianie sposobu obcowania z przeszłością.

Materiały z książki

Najważniejszą i chyba najbardziej wartościową propozycją Mencfela jest umieszczenie kolekcjonerskiej działalności Czartoryskiej w tradycji antykwaryzmu. Autor poświęca temu zagadnieniu znaczną część pierwszego rozdziału, rehabilitując przy tym figurę antykwariusza. W potocznym wyobrażeniu antykwariusz łatwo zamienia się w nieco groteskowego zbieracza staroci, niezdolnego oddzielić rzeczy istotnych od kuriozów. Mencfel pokazuje natomiast, że europejska tradycja antykwaryczna stworzyła jeden z fundamentów nowoczesnego poznawania przeszłości. Tam, gdzie tradycyjna historiografia budowała narracje przede wszystkim na tekstach i autorytecie poprzedników, praktyka antykwaryczna uczyła patrzenia na rzecz jako świadectwo. Autor wpisuje polskie zbiory w rozległą debatę nad miejscem antykwaryzmu w genealogii nowoczesnej archeologii, historii sztuki i historiografii. Jednocześnie nie powiela prostej opowieści o „nienaukowym” zbieractwie, które miało zostać wyparte przez profesjonalną naukę XIX wieku. Bardziej interesuje go ciągłość praktyk: oglądanie, mierzenie, kopiowanie, porównywanie, katalogowanie, wydobywanie przedmiotów z ziemi i grobów, ustalanie proweniencji – wszystko to, co późniejsze dyscypliny akademickie przejmą i podporządkują bardziej rygorystycznym procedurom. To jeden z najbardziej akademickich fragmentów książki, ale niewątpliwie konieczny, gdyż bez niego Czartoryska pozostałaby ekscentryczną arystokratką kolekcjonującą fragmenty trumien i kamienie z historycznych miejsc. Po lekturze tego rozdziału jej praktyki oglądamy w zupełnie innym świetle i przestajemy je postrzegać jako aberrację, a zaczynami w nich widzieć lokalny wariant paneuropejskiego sposobu myślenia o materialnych pozostałościach przeszłości. Mencfel dobrze pokazuje przy tym specyfikę polskiej recepcji antykwaryzmu około lat 1780-1850: w warunkach utraty państwowości materialny ślad przeszłości zyskiwał znaczenie wykraczające poza poznawczą ciekawość, a przedmiot stawał się również narzędziem potwierdzania ciągłości wspólnoty. I tu zaczyna się właściwa, fascynująca historia Puław.

Materiały z książki

Jednym z największych osiągnięć książki jest odebranie Świątyni Sybilli i Domowi Gotyckiemu pozornej oczywistości. Przyzwyczailiśmy się mówić o Puławach jako o kolebce polskiego muzealnictwa, tymczasem Mencfel proponuje inną kategorię: „teatr afektowanych serc”. To trafna metafora, ponieważ puławskie muzeum nie było neutralnym magazynem zabytków ani instytucją służącą wyłącznie przekazywaniu wiedzy, lecz starannie wyreżyserowanym doświadczeniem emocjonalnym. Architektura, ogród, droga prowadząca do budynków, rozmieszczenie przedmiotów, ich oprawy, inskrypcje i towarzyszące im historie – wszystko to miało wprawić zwiedzającego w określony stan. Mencfel rekonstruuje Puławy jako miejsce, w którym sentymentalizm spotykał się z patriotyzmem, a pamięć narodowa nie była przekazywana w postaci abstrakcyjnego wykładu, lecz przeżywana niemal rytualnie. Świątynia Sybilli i Dom Gotycki tworzyły odmienne, ale uzupełniające się porządki pamięci. Pierwszy koncentrował się mocniej na narodowej genealogii, drugi otwierał kolekcję na historię europejską, literaturę, biografie i kulturę osobistej fascynacji. Puławskie praktyki pamięci nie ograniczały się do wspominania utraconej Rzeczypospolitej, lecz miały potwierdzać jej symboliczne trwanie oraz oferować emocjonalną odpowiedź na doświadczenie katastrofy politycznej. W tym miejscu autor wykonuje ważny ruch interpretacyjny: uczucie nie jest u Czartoryskiej dodatkiem do historii, lecz sposobem jej poznawania. To bardzo mocna teza, bo pozwala zobaczyć w kolekcji puławskiej nie tyle niedojrzałą poprzedniczkę nowoczesnego muzeum, ile instytucję działającą według innej logiki. W oczach współczesnego muzealnika podejrzane pochodzenie przedmiotu może odebrać wartość ekspozycyjną, tymczasem dla kultury sentymentalizmu autentyczność funkcjonowała bardziej wielowarstwowo: liczyła się proweniencja, ale również ciąg transmisji, opowieść, kontakt z osobą lub miejscem, emocjonalna inwestycja właściciela i materialna bliskość minionego świata. W tym miejscu zaczyna się trzeci rozdział, „Rzeczy puławskie. Tryptyk”, będący sercem Szaleństwa upamiętniania. Autor wybiera trzy przedmioty: czaszkę Kochanowskiego, krzesło Szekspira oraz osobliwy relikwiarz zawierający drzazgę z szafki Petrarki i kostkę z ręki Laury, a każdy z nich służy jako osobny eksperyment badawczy.

Najciekawszym przesunięciem, jakie proponuje Mencfel, jest odejście od pytania o autentyczność przedmiotu na rzecz pytania o autentyczność kulturowego doświadczenia, które wokół niego powstaje. Dobrym przykładem jest czaszka Kochanowskiego, wydobyta pod koniec XVIII wieku ze zwoleńskiej krypty przez Tadeusza Czackiego i przekazana Izabeli Czartoryskiej. Jej autentyczność jest co najmniej problematyczna, lecz dla Mencfela nie unieważnia to jej znaczenia, ponieważ przedmiot może być fałszywy w odniesieniu do konkretnej osoby, a jednocześnie całkowicie autentyczny jako świadectwo sposobu myślenia o przeszłości. To bardzo ważna różnica, pozwalająca autorowi uniknąć prostego demaskatorstwa. Nie interesuje go dowodzenie, że dawni kolekcjonerzy się mylili, lecz pyta o to, dlaczego chcieli wierzyć, że mają przed sobą materialny fragment wielkiej postaci i jakie potrzeby społeczne, emocjonalne czy polityczne ta wiara zaspokajała.

W tym miejscu recenzowana przeze mnie książka staje się czymś znacznie więcej niż historią muzealnictwa czy kolekcjonerstwa. Jest opowieścią o tworzeniu autentyczności i zarazem o tym, że rzecz sama z siebie nic nam nie mówi. Potrzebuje oprawy, podpisu, miejsca, historii i wspólnoty odbiorców, którzy zgodzą się uznać jej wyjątkowość. Czaszka nabiera znaczenia wtedy, gdy zostaje zamknięta w odpowiednim sarkofagu, wpisana w narrację Świątyni Sybilli i udostępniona zwiedzającym jako materialny ślad narodowej wielkości. Podobnie jest z krzesłem Szekspira czy przedmiotami związanymi z Petrarką i Laurą: ich siła nie wynika z wartości materiału, lecz z przypisanego im kontaktu z ciałem, biografią i pamięcią konkretnej osoby. Mencfel bardzo przekonująco pokazuje, że świecka kultura pamiątki przejmuje tu wiele mechanizmów znanych z kultu relikwii świętych, a zwłaszcza przekonanie, że fizyczna bliskość rzeczy może skracać dystans wobec nieobecnego człowieka i że kontakt materialny daje dostęp do czegoś, czego sama opowieść nie potrafi już zapewnić.

Materiały z książki

W rozdziale o czaszce Kochanowskiego autor śledzi jej proweniencję, kolejne otwarcia grobów, praktykę zabierania szczątków i fragmentów wyposażenia, zmieniający się stosunek do ekshumacji oraz stopniową profesjonalizację archeologii i badań historycznych. W efekcie przedmiot o wątpliwej autentyczności staje się świadectwem historii naszych sposobów obchodzenia się z przeszłością, gdy Mencfel pyta, dlaczego właściwie kolejne pokolenia tak bardzo chciały posiadać materialną część Kochanowskiego. Jeszcze wyraźniej widać ten mechanizm w przypadku krzesła Szekspira. Rzecz sama w sobie jest banalna; znaczenie powstaje dzięki przypisanej jej styczności z ciałem geniusza. Sentymentalna kultura pamiątki działa tu właśnie według logiki relikwii: fizyczny kontakt umożliwia symboliczną transmisję obecności. A najbardziej spektakularny jest przypadek Petrarki i Laury: drzazga z mebla poety oraz fragment kości rzekomej ukochanej brzmią dziś niemal jak parodia kolekcjonerskiego fetyszyzmu. Tymczasem autor konsekwentnie pokazuje na ich przykładzie proces tworzenia pamiątki: pozyskanie przedmiotów, ich połączenie, wykonanie odpowiedniej oprawy, umieszczenie w ekspozycji i skonstruowanie narracji, która nadaje całości sens.

Mencfelowi należy oddać sprawiedliwość także za sposób potraktowania samej Czartoryskiej. W historiografii łatwo obsadzić ją w jednej z dwóch ról: patriotycznej matrony ratującej narodowe pamiątki albo sentymentalnej arystokratki, której kolekcjonerskie wybory bywają dla współczesnego badacza co najmniej kłopotliwe. Autor odrzuca obie i jego Czartoryska jest przede wszystkim aktywną producentką znaczeń. Nie tylko zbiera, ale również selekcjonuje, opisuje, komponuje, oprawia, zestawia, zamawia pojemniki i relikwiarze, umieszcza rzeczy w określonych przestrzeniach i buduje wokół nich narracje. Jest zarazem kolekcjonerką, kuratorką, scenografką i autorką opowieści. Ta perspektywa pozwala również inaczej spojrzeć na słynne puławskie falsyfikaty, błędne atrybucje i przedmioty o niepewnej proweniencji. Mencfel nie próbuje ich oceniać według dzisiejszych standardów muzealnych. Pokazuje raczej, że pytanie o autentyczność jest historycznie zmienne. Dla sentymentalnej pamiątki materialna prawdziwość była istotna, ale nie wyczerpywała jej wartości.

Mencfel wiąże intensyfikację praktyk antykwarycznych końca XVIII i początku XIX wieku z doświadczeniem rozpadu Rzeczypospolitej i utraty państwowości, a jego interpretacja jest tu bardzo przekonująca. W świecie, w którym znika państwo, rzeczy mogą przejąć część jego funkcji symbolicznych. Broń, fragment stroju, kość, włos czy przedmiot codziennego użytku stają się czymś więcej niż pamiątką po zmarłym; zaczynają świadczyć o ciągłości wspólnoty, której polityczne istnienie zostało przerwane. W tym kontekście praktyki kolekcjonerskie nie były neutralnym hobby elit, lecz formą organizowania zbiorowej wyobraźni. Jednocześnie autor bardzo słusznie nie zamyka Puław w narodowej bańce – jednym z największych atutów książki jest wpisanie kolekcjonerstwa Czartoryskiej w szerszą, europejską kulturę sentymentalizmu, kultu wielkich ludzi, podróży do miejsc pamięci i fascynacji materialnymi śladami przeszłości. Dzięki temu polskie praktyki antykwaryczne nie jawią się jako egzotyczny wyjątek, lecz część rozległego zjawiska kulturowego, które na ziemiach polskich zyskało szczególnie mocny wymiar polityczny. Mencfel potrafi zachować obie perspektywy naraz: pokazuje zarówno europejski kod sentymentalny, jak i lokalne doświadczenie rozbiorów, które nadało temu kodowi szczególną intensywność. Najmocniejszym elementem jego metody jest umiejętność przechodzenia od pojedynczego przedmiotu do szerokiej diagnozy kultury. Czaszka, krzesło czy relikwiarz nie są u niego ciekawostkami, lecz punktami wejścia: opowiadają o sposobach przeżywania nieobecności, o potrzebie materialnego kontaktu z przeszłością, o muzeum jako przestrzeni emocjonalnej, a także o relacji między pamięcią, polityką i władzą. I w tym miejscu ośmielę się odrobinę z autorem podyskutować.

Mencfel tak skutecznie rekonstruuje wewnętrzną logikę kultury pamiątki, że czasami zbyt łatwo zawiesza pytanie o władzę stojącą za tworzeniem pamięci. Kultura pamiątki była przecież również kulturą przywileju: nie każdy mógł otwierać groby, podróżować po Europie, zdobywać obiekty, budować pawilony muzealne i przekonywać innych, że dana rzecz ma znaczenie narodowe. Kto miał prawo decydować o tym, że konkretny fragment ciała reprezentuje Kochanowskiego, naród, średniowiecznego monarchę albo europejskiego poetę? Kto miał możliwość otwierania grobów, wyjmowania z nich przedmiotów, kupowania, przewożenia, przepakowywania i nadawania im nowych znaczeń? Za materialnym śladem stoją więc nie tylko emocje, lecz również kapitał, pozycja społeczna, sieci kontaktów i instytucjonalna siła nadawania znaczeń. Ten wymiar nie unieważnia argumentacji Mencfela, wręcz przeciwnie – moim zdaniem jej rozwinięcie w tę stronę mogłoby ją jeszcze wzmocnić.

Materiały z książki

Podobne napięcie pojawia się w kwestii patriotyzmu. Mencfel przekonująco pokazuje, że po rozbiorach materialne pozostałości przeszłości mogły pełnić funkcję zastępczego terytorium narodowego: skoro państwo zniknęło z mapy, można było rekonstruować ciągłość wspólnoty poprzez przedmioty. Ja bym tu dopytała, jaka konkretnie wspólnota zostaje przez te przedmioty skonstruowana? Nie należy bowiem tracić z oczu faktu, że kolekcja Czartoryskiej była równocześnie narzędziem selekcji i hierarchizacji przeszłości. Ktoś decydował, czyja kość, broń, część garderoby lub przedmiot osobisty reprezentują wspólnotę i są godne zachowania, a czyja biografia pozostanie poza muzealnym kanonem. Z setek możliwych przeszłości tworzył określoną genealogię Polski: monarchiczną, szlachecką, militarną, literacką, chrześcijańską, opartą na wybitnych jednostkach i materialnych pozostałościach po nich. Nawet jeśli Dom Gotycki rozszerza perspektywę ku Europie, mechanizm pozostaje podobny: historia materializuje się przede wszystkim poprzez biografie wybitnych ludzi. Mencfel znakomicie analizuje, jak taki system pamięci działa, nieco mniej interesuje go natomiast, kogo pozostawia poza kadrem (a przynajmniej takie odebrałam wrażenie). Tymczasem antropologia pamięci ostatnich dekad nauczyła nas traktować kolekcje nie tylko jako reprezentacje przeszłości, lecz również jako systemy selekcji i wykluczenia. Chciałabym, by autor mocniej wydobył ten aspekt władzy kolekcjonera, bo kultura pamiątki jest nie tylko kulturą emocji, lecz także kulturą wyboru, wykluczenia i ustanawiania kanonu.

Ostatnia część książki początkowo może sprawiać wrażenie dodatku do zasadniczego wywodu. Mencfel przenosi uwagę z Czartoryskiej na Waltera Scotta, od „gracików” puławskiej kolekcjonerki do szkockich gabions, od Puław do Abbotsford. Okazuje się jednak, że to jeden z najważniejszych ruchów kompozycyjnych całej książki. Scott nie pojawia się tutaj przypadkiem. Był pisarzem, kolekcjonerem i antykwariuszem; jego wydana w 1816 roku powieść zatytułowana Antykwariusz (pierwsze polskie wydanie pojawiło się w 1828 roku) wręcz literacko problematyzuje figurę człowieka owładniętego materialnymi szczątkami przeszłości. Badania nad Scottem podkreślają zresztą ambiwalencję jego antykwaryzmu: może on równocześnie podtrzymywać narodowe narracje i ujawniać ich kruchość, ponieważ pracuje na fragmentach, resztkach i niepewnych świadectwach.  Ciekawym łącznikiem jest tutaj Karol Sienkiewicz, puławski bibliotekarz podróżujący po Szkocji śladami literatury i przywożący do Puław rzeczy, które dla człowieka spoza sentymentalnego kodu kulturowego byłyby niemal niczym: roślinę, muszlę, drobne materialne świadectwa miejsc naznaczonych literacką pamięcią. Zachowane źródła pokazują choćby, jak muszla użyta do zaczerpnięcia wody z Loch Katrine została następnie oprawiona i włączona do Domu Gotyckiego jako pamiątka jednocześnie Szkocji, Scotta, jego Pani Jeziora oraz jej polskiego tłumacza. I tu argument Mencfela domyka się bardzo efektownie. Puławy przestają być polską osobliwością, a okazują się częścią szerszej, europejskiej panoramy. Autor wyprowadza zbiory Czartoryskiej z prowincjonalizującej szufladki „pierwszego polskiego muzeum” i umieszcza je obok podobnych europejskich praktyk kolekcjonerskich.

I tutaj dochodzę do pewnego zastrzeżenia konstrukcyjnego, mianowicie tytułu: Szaleństwo upamiętniania. Praktyki antykwaryczne i kultura pamiątki na ziemiach polskich w epoce sentymentalizmu obiecuje bardzo szeroką panoramę. Tymczasem zasadnicza część książki jest studium jednego środowiska, jednej kolekcji i wybranych przedmiotów. Nie uważam tego za wadę metody, przeciwnie: mikrostudium rzeczy jest największą siłą tej książki. Problem pojawia się dopiero w relacji między metodą a skalą niektórych sformułowań. Puławy Czartoryskiej są przypadkiem niezwykle bogatym, lecz również wyjątkowym: arystokratycznym, kosmopolitycznym, dysponującym funduszami, kontaktami i możliwościami niedostępnymi ogromnej większości uczestników ówczesnej kultury. Czy każdą konkluzję dotyczącą puławskiej kultury pamiątki można bezpiecznie rozszerzyć na „ziemie polskie w epoce sentymentalizmu”? Chciałabym w niektórych miejscach dostać więcej materiału porównawczego: innych kolekcjonerów, być może wywodzących się z niższych warstw społecznych, prowincjonalnych praktyk gromadzenia, pamięci rodzinnej, religijnej czy lokalnej. Nie chodzi mi o to, by rozbudowywać już obszerną książkę do rozmiarów encyklopedii, lecz żeby mocniej zaznaczyć granice reprezentatywności przypadku Czartoryskiej. Podobnie jest z kategorią sentymentalizmu, której Mencfel używa zasadnie i przekonująco, przede wszystkim w odniesieniu do kultury afektu, materialnego śladu i emocjonalnej relacji z przeszłością. Momentami jednak pojęcie staje się bardzo pojemne. Przydałoby się jeszcze ostrzejsze rozgraniczenie: co w analizowanych praktykach jest specyficznie sentymentalne, co antykwaryczne, co romantyczne avant la lettre, co wynika z kultury typowej dla ówczesnych warstw wyższych, a co z polskiej sytuacji politycznej po rozbiorach. Te porządki znakomicie się w Puławach splatają, właśnie dlatego warto byłoby czasami mocniej je rozdzielić.

Na koniec chciałabym wspomnieć o niezwykle obszernym i bogatym aparacie źródłowym książki. Bibliografia potwierdza to, co widać już w przypisach: Mencfel porusza się swobodnie między historią sztuki, historią kolekcjonerstwa, archeologią, badaniami nad antykwaryzmem, muzeologią, historią literatury i studiami nad kulturą materialną. Korzysta zarówno ze źródeł puławskich, dawnych katalogów, inwentarzy i relacji, jak i z rozległej literatury anglojęzycznej, francuskiej, niemieckiej, włoskiej i polskiej. Szczególnie cenne jest to, że erudycja autora pracuje na rzecz przedmiotu badań, zamiast go przysłaniać. Nie znaczy to jednak, że książka jest lekka w odbiorze. Pierwszy rozdział, zwłaszcza historia antykwaryzmu, ma partiami charakter rozbudowanego wykładu historiograficznego i dla czytelnika spoza dyscypliny będzie zapewne najbardziej wymagający. Liczba nazwisk, stowarzyszeń, publikacji i sporów metodologicznych jest duża. Można było gdzieniegdzie mocniej zaufać głównej linii argumentacji i ograniczyć dokumentowanie kolejnych etapów rozwoju praktyk antykwarycznych. Paradoksalnie późniejsze rozdziały pokazują, jak wspaniałym narratorem potrafi być Mencfel, kiedy ma przed sobą konkretną rzecz i jej biografię. Czaszka Kochanowskiego, krzesło Szekspira czy relikwiarz Petrarki i Laury natychmiast organizują materiał i książka nabiera rytmu, co jest ważne również z punktu widzenia popularyzacji. Szaleństwo upamiętniania nie jest jednak książką popularnonaukową, lecz monografią akademicką napisaną w sposób przystępny dla ambitnego czytelnika spoza grona akademickiego.

W tle całej książki brzmi jeszcze jeden problem, który Mencfel sygnalizuje, choć moim zdaniem mógłby wyprowadzić go jeszcze mocniej na pierwszy plan: co historyk ma zrobić z przedmiotem, którego autentyczność jest wątpliwa, ale którego historyczne oddziaływanie było jak najbardziej realne? To pytanie ma kapitalne konsekwencje metodologiczne. Jeżeli czaszka nie należała do Kochanowskiego, nie staje się przez to historycznie bezwartościowa. Nadal jest autentycznym świadectwem ludzi, którzy wierzyli (albo chcieli wierzyć), że było inaczej. Jeżeli krzesło Szekspira nie miało z nim nic wspólnego, jego biografia wciąż opowiada prawdziwą historię o kulcie geniusza, turystyce literackiej i potrzebie materialnego kontaktu z wielkością. Mencfel przekonująco przesuwa więc pytanie ze sporu o prawdziwość przedmiotów na obszar tego, co z ową prawdziwością albo jej brakiem robiono i jakie znaczenia im nadawano.  

Materiały z książki

Największą zaletą książki pozostaje właśnie jej skala interpretacyjna, gdy autor przechodzi od fragmentu drewna do historii europejskiego sentymentalizmu, od szczątków do polityki pamięci, od muzealnej gabloty do pytania o to, czym w ogóle jest materialny ślad przeszłości. Dzięki temu Szaleństwo upamiętniania nie jest wyłącznie opowieścią o Puławach ani o końcu XVIII wieku. Dotyka znacznie bardziej trwałego mechanizmu, który istnieje również dzisiaj, kiedy obsesyjnie gromadzimy fotografie nawet banalnych miejsc, sytuacji i przedmiotów, archiwizujemy treści, gromadzimy autografy, przedmioty należące do artystów, bliskich, czy nas samych z innego okresu życia. Wciąż potrzebujemy rzeczy, by uprawdopodobnić pamięć i właśnie dlatego tytułowe „szaleństwo” jest sformułowaniem przewrotnym. Z dzisiejszej perspektywy wyjmowanie kości z grobów czy zamykanie pukli włosów w relikwiarzach może wyglądać osobliwie, ale Mencfel pokazuje, że praktyki te miały własną logikę, zakorzenioną w kulturze sentymentalizmu, religijnych wzorach obchodzenia się z relikwiami i doświadczeniu politycznej utraty. Zamiast więc pytać, jak można było traktować jakąś drzazgę z takim namaszczeniem, warto zapytać, jaki typ rzeczywistości sprawiał, że takie przedmioty były potrzebne. To właśnie w tej zmianie perspektywy książka okazuje się najciekawsza.

Można spierać się z zakresem interpretacji autora. Można żałować, że pytanie o władzę nad pamięcią, społeczne wykluczenia wpisane w konstruowanie narodowego kanonu czy klasowy charakter kolekcjonerstwa nie zostały postawione ostrzej. Można też uważać, że rozbudowana genealogia antykwaryzmu w pierwszej części książki obciąża kompozycję, zanim autor dociera do fascynującego materiału puławskiego. Są to jednak niewielkie i mało znaczące zastrzeżenia wobec tak wartościowej książki. Największą zasługą Mencfela jest bowiem nie odkrycie kolejnych osobliwości w zbiorach Czartoryskiej, lecz pokazanie, że osobliwościami stają się one dopiero z naszej perspektywy. Dla ludzi przełomu XVIII i XIX wieku kość, włos, drzazga, fragment trumny czy kamień z miejsca historycznego pozwalały usunąć dystans między teraźniejszością a nieosiągalnym światem przeszłości. Ostatecznie Szaleństwo upamiętniania jest więc przede wszystkim książką o tym, że pamięć nigdy nie mieszka w rzeczach sama z siebie. Zostaje w nie włożona przez ludzi, instytucje i opowieści, a następnie, jeśli cały mechanizm kulturowy zadziała dostatecznie skutecznie, zaczynamy traktować ją tak, jakby zawsze tam była. I być może najciekawsze pytanie pozostawione przez Mencfela brzmi, czy przechowujemy rzeczy dlatego, że pamiętają, czy może to my sami „uczymy” je pamiętać?

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu słowo/obraz terytoria

author-sign

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *