Wyobraźcie sobie, że Śmierć postanawia opowiedzieć o ludziach, których zabrała. O ich marzeniach, błędach, niespełnionych nadziejach i ostatnich chwilach. Zna zakończenie każdej historii, widziała niezliczone ludzkie tragedie i dysponuje perspektywą, do której żaden człowiek nie ma dostępu. Można byłoby oczekiwać, że taka narratorka powie nam o życiu coś naprawdę nieoczywistego. Tymczasem Śmierć wykreowana przez Konrada Szajnowskiego zaskakująco często poprzestaje na stwierdzeniach, które moglibyśmy znaleźć w dowolnym zbiorze sentencji o przemijaniu.
„Przygoda dusz” to zbiór dwudziestu krótkich opowiadań, w których personifikowana Śmierć przygląda się ludzkim losom, towarzyszy umierającym i snuje refleksje nad sensem istnienia. Nie jest bezwzględnym żniwiarzem ani przerażającą figurą z dawnych moralitetów. Współczuje, podziwia, potępia, a nawet przeprasza. Próbuje zrozumieć ludzi i nadać sens ich cierpieniu. Sam pomysł ma potencjał, ale problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba przełożyć go na literaturę. Choć Szajnowski sięga po zagadnienia fundamentalne: śmierć, cierpienie, wolną wolę, sprawiedliwość, dobro i zło, to jego opowieści zbyt często zatrzymują się na poziomie moralnych deklaracji. Autor chce skłaniać do refleksji, ale nie zawsze pozostawia czytelnikowi przestrzeń, by ten mógł dojść do niej samodzielnie.
Oddanie głosu Śmierci nie jest pomysłem nowym. Wystarczy przypomnieć „Rozmowę Mistrza Polikarpa ze Śmiercią” czy powieści Terry’ego Pratchetta. Te książki pokazują, że niezwykły narrator może stać się czymś więcej niż atrakcyjnym zabiegiem formalnym. Może podważać ludzkie przekonania, demaskować złudzenia, ujawniać paradoksy naszego istnienia. Może wiedzieć więcej od człowieka albo, co jeszcze ciekawsze, odkrywać granice własnej wiedzy. Szajnowski próbuje wykorzystać obie możliwości. Jego Śmierć jest obserwatorką, przewodniczką, a niekiedy również sędziną. Zdarza jej się kwestionować własną rolę i zastanawiać nad odpowiedzialnością za ludzkie tragedie. Niestety ta konstrukcja nie zawsze pozostaje spójna. Przykłady? W jednym opowiadaniu Śmierć deklaruje bezsilność wobec wydarzeń, w innym sugeruje możliwość wpływania na ich przebieg. Raz jest współczującą towarzyszką umierających, innym razem wymierza symboliczną karę. Nie wiadomo, jakie zasady rządzą jej działaniem, jaką posiada wiedzę i gdzie przebiegają granice jej sprawczości. I nie byłby to zarzut, gdyby autor świadomie budował wokół tych sprzeczności napięcie. Tymczasem w analizowanych opowiadaniach Śmierć zdaje się przyjmować taką funkcję, jakiej wymaga aktualne przesłanie.
Największy problem polega jednak na czymś innym. Mimo swojej niezwykłej natury Śmierć-narratorka patrzy na świat w sposób zaskakująco konwencjonalny. Współczuje dobrym, potępia złych, żałuje niewinnych i próbuje usprawiedliwiać cierpienie. Zamiast perspektywy radykalnie odmiennej od ludzkiej otrzymujemy znajomy zestaw ocen moralnych, tyle że wypowiedziany ustami Śmierci. Szczególnie wyraźnie widać to w historii Tymoteusza. Bohater jest człowiekiem niemal doskonale szlachetnym. Nie zazdrości, nie gniewa się, nie odpowiada agresją na agresję. Kiedy ktoś inny otrzymuje awans, Tymoteusz uznaje, że najwyraźniej tamtemu był on bardziej potrzebny. Gdy spotyka się z niechęcią przypadkowych ludzi, znajduje usprawiedliwienie dla ich zachowania. A kiedy przychodzi po niego Śmierć, proponuje jej kanapki z dżemem. I absolutnie nie chodzi o to, że tak dobry człowiek nie mógłby istnieć, lecz o sposób jego przedstawienia: Szajnowski nie pozwala nam samodzielnie odkrywać osobowości Tymoteusza. Od początku informuje, jaki jest bohater, a następnie konstruuje kolejne sytuacje potwierdzające tę charakterystykę. Nie ma tu właściwie miejsca na wewnętrzne sprzeczności, słabości czy trudne emocje. Tymoteusz nie tyle przypomina człowieka, ile ilustrację określonej postawy moralnej. Oczywiście literatura zna podobne konstrukcje, a przypowieści i moralitety od wieków posługują się postaciami reprezentującymi określone wartości. Problem polega na tym, że uproszczenie psychologiczne powinno wówczas służyć pogłębieniu znaczenia alegorycznego. Tutaj prowadzi przede wszystkim do przewidywalności. Czytelnik nie musi zastanawiać się nad bohaterem – autor już wcześniej powiedział mu, co powinien o nim myśleć.
Jeszcze poważniejsze zastrzeżenia budzi historia ośmioletniej Antosi. Dziewczynka jest odważna, ciekawa świata i pełna marzeń. Chciałaby zostać astronautką lub płetwonurkiem, odkrywać nieznane miejsca i poznawać rzeczywistość. Pewnego dnia zostaje porwana przez obcego mężczyznę, a następnie ginie w wypadku samochodowym. To temat, który niemal automatycznie wywołuje silne emocje, bo śmierć dziecka należy do najbardziej wstrząsających doświadczeń. Problem w tym, że poza dramatycznym wydarzeniem Szajnowski nie proponuje czytelnikowi wiele więcej. Buduje opowieść na prostym przeciwstawieniu niewinnej ofiary i bezwzględnego sprawcy. Antosia zostaje scharakteryzowana za pomocą zestawu pozytywnych cech, porywacz sprowadzony do roli uosobienia zła, a rozpacz rodziców opisana za pomocą ogólnych stwierdzeń o nieopisywalności żałoby. Innymi słowy, autor mówi nam, że tragedia jest straszna, zamiast stworzyć literacki obraz, który pozwoliłby samodzielnie odczuć jej ciężar. Najbardziej problematyczne okazuje się jednak zakończenie. Śmierć zastanawia się, kto odpowiada za tragedię. Przypadek? Los? Bóg? Diabeł? A może ona sama? To pytania, które mogłyby otworzyć przestrzeń dla rzeczywiście pogłębionej refleksji nad przypadkowością zła i granicami metafizycznej odpowiedzialności. Zamiast tego narrator sugeruje, że śmierć dziewczynki mogła uchronić ją przed życiem z trwałą niepełnosprawnością, ponieważ niekiedy to lepsze od cierpienia. Literatura nie powinna unikać trudnych pytań o jakość życia czy granice cierpienia; przeciwnie, właśnie ona może być przestrzenią, w której takie pytania zostają poddane szczególnie wnikliwej analizie. Problem polega na tym, że Szajnowski nie rozwija etycznych konsekwencji przedstawionej sugestii. Niepełnosprawność zostaje potraktowana jako potencjalny los, przed którym śmierć mogłaby stanowić wybawienie. Autor nie zastanawia się jednak, czy takie rozumowanie nie opiera się na krzywdzących wyobrażeniach dotyczących życia osób z niepełnosprawnościami. Nie pyta również, kto miałby prawo rozstrzygać, że cudze życie nie jest warte przeżycia. Zamiast namysłu i samodzielnej refleksji otrzymujemy próbę usprawiedliwienia tragedii. Końcowe przeprosiny Śmierci mają nadać opowieści emocjonalne domknięcie, ale nie rozwiązują problemów, które sama narracja wcześniej stworzyła. To szczególnie wyrazisty przykład słabości tej prozy: potrzeba pocieszenia okazuje się silniejsza niż gotowość do zmierzenia się z niejednoznacznością ludzkiego doświadczenia.
Nie wszystkie opowiadania Szajnowskiego opierają się jednak na prostych przeciwstawieniach dobra i zła. Ciekawsza pod tym względem okazuje się historia Władysława, czterdziestoletniego chirurga, który ratuje życie pacjentów, choć nie kieruje nim empatia. Bohater traktuje ludzki organizm jak biologiczny mechanizm, a człowieka porównuje do zwierzęcia walczącego o przetrwanie. Jednocześnie jest wybitnym specjalistą, który swoją pracą pomaga innym. To interesująca sprzeczność. Czy moralna wartość czynu zależy od intencji, czy od jego konsekwencji? Czy chirurg pozbawiony współczucia, ale skutecznie ratujący życie, jest moralnie gorszy od człowieka pełnego empatii, który nie potrafi nikomu pomóc? Szajnowski dotyka tutaj problemów obecnych w filozofii od stuleci. Niestety interesujący punkt wyjścia szybko ustępuje miejsca rozbudowanemu dialogowi ze Śmiercią. Bohaterowie dyskutują o modlitwie, wolnej woli, sprawiedliwości Boga, naturze dobra i zła oraz relacji między Bogiem a Szatanem. Kolejne wypowiedzi często przypominają serię prowokacyjnych twierdzeń i pytań retorycznych, które nie tworzą spójnego wywodu. Władysław sugeruje między innymi, że modlitwa może przybliżać człowieka do śmierci, ponieważ Bóg zabiera do siebie wierzących. Następnie próbuje zakwestionować tradycyjny podział na dobro i zło. To pomysły, które mogłyby prowadzić do interesujących rozważań nad religijnym lękiem i paradoksami wolnej woli, ale autor często poprzestaje na samym sformułowaniu prowokacyjnej tezy. Najciekawszy moment opowiadania pojawia się wtedy, gdy Śmierć przyznaje, że sama zaczyna obawiać się człowieka, który nie boi się odejścia. To znakomite odwrócenie tradycyjnej relacji. Władysław nie prosi o litość ani dodatkowy czas. Próbuje zrozumieć zasady rządzące rzeczywistością i zakwestionować ich sprawiedliwość. Śmierć traci wówczas swoją poznawczą przewagę: nie jest już wszechwiedzącą istotą, lecz uczestnikiem rozmowy, w której może zostać skonfrontowana z własną niewiedzą. Niestety Szajnowski nie rozwija tego napięcia w sposób pozwalający uczynić z niego oś opowiadania. To znamienne dla analizowanych tekstów: autor niejednokrotnie znajduje interesujący pomysł, ale zbyt szybko rezygnuje z jego literackiego pogłębienia.
Osobną kwestią pozostaje język. Szajnowski pisze prosto, bez formalnych eksperymentów i rozbudowanych opisów. Sama prostota nie jest oczywiście wadą; literatura egzystencjalna nie potrzebuje wyszukanej składni ani skomplikowanych metafor, aby mówić o sprawach fundamentalnych. Problem pojawia się wtedy, gdy prostota prowadzi do nieprecyzyjności, a próba nadania wypowiedziom filozoficznej głębi kończy się niezamierzonym banałem. W analizowanych opowiadaniach autor często informuje o emocjach i cechach bohaterów, zamiast pozwolić im ujawnić się poprzez działanie. Narracja przyjmuje charakter sprawozdawczy, wydarzenia są streszczane, a ich znaczenie dopowiadane. Czytelnik otrzymuje nie tylko historię, ale również instrukcję jej interpretowania. Pojawiają się niezręczności składniowe, powtórzenia i metafory, których znaczenie pozostaje niejasne. Szczególnie problematyczne są próby konstruowania filozoficznych aforyzmów. Niektóre zdania mają brzmieć jak uniwersalne prawdy o ludzkim istnieniu, lecz po bliższym przyjrzeniu okazują się tautologiczne albo niedostatecznie przemyślane. Nie każda efektowna puenta jest głęboką refleksją i nie każde pytanie retoryczne otwiera rzeczywisty problem filozoficzny. Podobnie dzieje się zresztą z dialogami. Bohaterowie, mimo odmiennych doświadczeń i osobowości, często posługują się zbliżonym językiem ogólnych refleksji i moralnych deklaracji. Ich wypowiedzi nie brzmią jak głosy odrębnych postaci, lecz raczej jak kolejne warianty autorskiego komentarza. W efekcie język nie tyle odsłania złożoność przedstawionego świata, ile próbuje przekonać czytelnika, że jest ona większa, niż wynikałoby to z samej opowieści.
„Przygoda dusz” stawia pytanie, które wykracza poza samą książkę: czego właściwie oczekujemy od literatury mierzącej się ze śmiercią? Czy ma łagodzić lęk przed nieznanym? Pomagać zaakceptować przemijanie? Przypominać o wartości codzienności i międzyludzkich więzi? A może powinna raczej podważać nasze wyobrażenia i konfrontować nas z doświadczeniem, którego nie sposób oswoić? Nie istnieje jedna właściwa odpowiedź. Nie każda opowieść o śmierci musi pozostawiać czytelnika w stanie egzystencjalnego niepokoju. Warto jednak odróżniać emocjonalne oddziaływanie tekstu od jego artystycznej złożoności. Wzruszenie nie jest jeszcze dowodem literackiej doskonałości, podobnie jak przystępność nie musi oznaczać powierzchowności. Najbardziej przekonujące utwory potrafią poruszać bez emocjonalnego szantażu, pocieszać bez banalizowania cierpienia i skłaniać do refleksji bez narzucania gotowych odpowiedzi.
Szajnowski wyraźnie zmierza w stronę literatury, która ma pomagać czytelnikowi oswoić śmierć. Jego narrator współczuje, tłumaczy, przeprasza i próbuje nadawać sens wydarzeniom, które z ludzkiej perspektywy wydają się niezrozumiałe. Jednak właśnie ta potrzeba wyjaśniania okazuje się jednym z największych ograniczeń jego prozy. Nie każda śmierć przynosi ukojenie, nie każde życie daje się zamknąć w budującej konkluzji, nie wszystkie straty można zrozumieć, zaakceptować czy włączyć w porządek nadający im sens. Literatura podejmująca temat przemijania najbardziej przekonuje mnie wtedy, gdy potrafi pozostawić te sprzeczności nierozstrzygnięte. Największym problemem „Przygody dusz” nie jest więc brak tematów godnych namysłu, lecz sposób ich przedstawienia. Szajnowski stawia pytania, które mogłyby stać się podstawą dojrzałej prozy egzystencjalnej, ale zbyt często zastępuje literacką wieloznaczność gotowymi odpowiedziami, psychologiczną złożoność jednoznacznymi charakterystykami, a filozoficzną argumentację efektownymi deklaracjami. Śmierć jest przecież narratorką szczególnie wymagającą. Skoro zna zakończenie każdej ludzkiej historii, powinna mieć nam do powiedzenia coś więcej niż tylko to, że wszystkie kiedyś się skończą.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Borgis
