„Lady Campbell” Emilii Kolosy jest powieścią historyczną, która łączy romans, opowieść o zemście, intrygę szpiegowską i dramat polityczny. Jej akcja rozgrywa się w siedemnastowiecznej Szkocji, w świecie zdominowanym przez konflikty klanowe, walkę o ziemię, religijne podziały i wojnę trzech królestw. Na tym tle autorka umieszcza historię Malvy Lamont, młodej kobiety wydanej za Branna Campbella – przedstawiciela wrogiego klanu, którego członkowie w jej przekonaniu odpowiadają za tragedie dotykające jej rodzinę. Małżeństwo nie jest dla bohaterki początkiem nowego życia, lecz strategicznym zadaniem. Malva przyjmuje nazwisko Campbell, aby przeniknąć do wrogiego klanu, zdobywać informacje i wspierać brata Hamisha w planowanej zemście.
Najważniejszą zaletą powieści jest klarowny i nośny punkt wyjścia. Bohaterka, zmuszona do politycznego małżeństwa, staje się jednocześnie żoną, zakładniczką, informatorką i potencjalną zdrajczynią. Jej pozycja jest nieustannie ambiwalentna: formalnie awansuje społecznie, ale traci nazwisko, dom i bliskich. Zostaje wprowadzona do świata Campbellów jako kobieta, której ciało ma przypieczętować sojusz, a potem umożliwić zdobywanie informacji. Malva rozumie jednak własną sytuację i próbuje odwrócić narzucone role. To, co w oczach mężczyzn ma być dowodem jej posłuszeństwa i kobiecej uległości, sama traktuje jako narzędzie działania. Świadomie odgrywa niewinną, nieobytą i niezbyt inteligentną dziewczynę, podczas gdy w rzeczywistości obserwuje, zapamiętuje, interpretuje i przekazuje wiadomości.
Konstrukcyjnie powieść wykorzystuje bardzo rozpoznawalny schemat enemies to lovers. Malva wychodzi za starszego od siebie Branna nie po to, żeby zakończyć wielopokoleniowy konflikt dwóch szkockich klanów, lecz żeby wejść w szeregi wroga. Campbellowie nie są dla niej ludźmi, lecz zbiorowym winowajcą krzywd Lamontów, a małżeństwo – bronią w wielowiekowym konflikcie i narzędziem sprawiedliwości. Ma zdobyć zaufanie męża, wykraść informacje i pomóc Lamontom w walce. Pisze szyfrowane listy do ukochanego brata Hamisha, wykorzystując między innymi cytaty i odniesienia do Machiavellego czy Tukidydesa. Autorka dość szybko robi jednak coś ciekawszego: przesuwa główny konflikt z osi Lamontowie-Campbellowie na oś Malva-obraz świata wpajany jej od dziecka. To bardzo dobry punkt wyjścia, ponieważ autorka buduje powieść na konflikcie znacznie ciekawszym niż pytanie: „Czy Malva zakocha się w mężczyźnie, którego miała nienawidzić?”. Oczywiście się zakocha i czytelnik orientuje się w tym stosunkowo wcześnie. Istotniejsze pytanie brzmi: co stanie się z człowiekiem, którego tożsamość zbudowano na cudzej nienawiści, kiedy odkryje, że wróg nie jest taki jak mu wmawiano?
Na początku bohaterka nie ma w sobie krzty moralnych wątpliwości. Cały klan Campbellów to diabły, rzeźnicy i wieprze, każdy jest winny, każdy zasługuje na karę. To ważne, bo autorka nie tworzy po prostu kobiety szukającej zemsty za osobistą tragedię, lecz pokazuje osobę poddaną wieloletniej rodzinnej indoktrynacji. Malva dziedziczy pamięć o krzywdzie, zanim sama może ją zweryfikować, ale Brann nie pasuje do kategorii, którą dziewczyna nosi w głowie i zmusza ją w ten sposób do przewartościowania wszystkiego, w co wierzy. Miłość nie tyle leczy nienawiść, ile zmusza bohaterkę do rozpoznania fundamentalnego błędu poznawczego: przypisywała odpowiedzialność jednostce za przynależność do grupy. Tymczasem Brann od początku formułuje właściwie główną tezę powieści: gdyby ludzie poznawali tych, których nienawidzą, zamiast koncentrować się na tym, co ich dzieli, być może mogliby zasypać mur wrogości. Malva reaguje na to gniewem, bo przecież „nienawiść nie bierze się znikąd”. I oboje mają rację. Krzywda Lamontów jest realna, podobnie jak krzywda Campbellów. Problem zaczyna się wtedy, gdy pamięć o krzywdzie zostaje uznana za moralne prawo do zadania kolejnej, a spirala zemsty wzajemnie się nakręca.
Brann Campbell jest bardzo sprawnie skonstruowany jako przeciwieństwo wyobrażeń Malvy. Ona oczekuje starego, brutalnego męża, który skorzysta ze wszystkich praw przysługujących mu wobec młodej żony. Tymczasem spotyka człowieka powściągliwego, cierpliwego, niechętnego bezrefleksyjnej przemocy i próbującego stworzyć relację opartą na zaufaniu. Jego troska o służącą Katię, stosunek do syna Morgana, nieufność wobec polityki brata oraz pragnienie stworzenia w Kilmun cichej i spokojnej enklawy stopniowo podważają wrogi obraz. Na poziomie romansu działa to bardzo dobrze, ponieważ atrakcyjność Branna nie opiera się wyłącznie na erotycznym napięciu. Najważniejsze jest narastające poczucie bezpieczeństwa.
To złagodzenie Branna jest jednak zarazem mocną i problematyczną stroną powieści. Mężczyzna momentami staje się aż nazbyt funkcjonalnym moralnym wzorcem. Potrzebny jest autorce jako człowiek, dzięki któremu Malva zrozumie, że Campbellowie nie są jednorodną masą zbrodniarzy, dlatego stosunkowo niewiele w nim mroku. Na tle brutalnego świata klanowej polityki okazuje się niezwykle „współczesny”: sprzeciwia się zbiorowej odpowiedzialności, dostrzega niszczącą naturę zemsty, szanuje granice Malvy, potrafi wybaczać. To urocze i sympatyczne, choć mam wrażenie, że literacko jednak odrobinę zbyt wygodne. Jego humanizm jest przekonujący na poziomie deklaracji i codziennych zachowań, ale nie zawsze zostaje wystarczająco mocno skonfrontowany z konsekwencjami systemu, którego pozostaje częścią. Chciałabym zobaczyć więcej sytuacji, w których Malva kocha Branna pomimo czegoś rzeczywiście trudnego, a nie przede wszystkim dlatego, że odkrywa, iż jej wyobrażenie o nim było fałszywe. Co więcej – i tu muszę podkreślić to mocniej – przejście Malvy od obrzydzenia mężem do erotycznej fascynacji chwilami dokonuje się zbyt łatwo. Zbliżenie w gospodzie staje się ważnym momentem przełomu: bohaterka rozumie, że jej relacja z Brannem nie jest już wyłącznie odgrywaną rolą. Wcześniej pożycie z mężem kojarzy jej się z obrzydzeniem, przymusem i politycznym upokorzeniem, a noc poślubna zostaje przedstawiona jako doświadczenie manipulacji, fizycznego bólu i braku rzeczywistej swobody. Późniejsza scena intymna wymagałaby mocniejszego przepracowania tego doświadczenia, aby przemiana nie wyglądała na zbyt szybkie przejście od traumy do romantycznego spełnienia.
Najciekawszy konflikt w książce nie dotyczy jednak Branna, lecz Hamisha. Moim zdaniem najlepszą relacją w książce wcale nie jest relacja głównej bohaterki z mężem, lecz z bratem. Hamish początkowo funkcjonuje jako najważniejsza osoba w świecie bohaterki: ukochany brat, nauczyciel, powiernik, niemal intelektualny przewodnik. To on nauczył ją czytać, wprowadził w świat ksiąg i przygotował do roli szpiega. Malva chce wrócić do niego jako zwyciężczyni. Chce, żeby był z niej dumny, a jego aprobata pozostaje jednym z motorów jej działania. Zemsta okazuje się więc częściowo osobista, a częściowo zapożyczona, ukształtowana przez narrację rodziny i brata. Stopniowo okazuje się jednak, że ta więź była znacznie mniej niewinna. Bardzo dobrze działa moment, kiedy Malva zaczyna rozumieć, że wspólny język rodzeństwa był jednocześnie językiem przemocy, a ona od początku była zmanipulowana i wykorzystywana przez Hamisha. Malva musi nie tylko wybrać męża zamiast rodziny: musi zakwestionować cały system znaczeń, za pomocą którego nauczyła się rozumieć świat.
Hamish jest przy postacią znacznie bardziej interesującą od prostego antagonisty. Jego uczucie do siostry przechodzi w obsesję, potrzebę posiadania i kontroli, ale wyrasta z tej samej rzeczywistości przemocy, która ukształtowała Malvę. Czytelnik stopniowo odkrywa jego prawdziwe oblicze, ale warto mieć przy tym świadomość, że dziedzic Lamontów jest logicznym produktem świata, w którym lojalność rodowa, honor i zemsta mogą usprawiedliwić niemal wszystko. Dlatego szkoda, że w pewnych partiach autorka za mocno przesuwa go w stronę jednoznacznego antagonisty. Im bardziej patologiczny i potworny staje się Hamish, tym łatwiejszy robi się moralny wybór Malvy. Powieść byłaby jeszcze mocniejsza, gdyby konieczność dokonania ostatecznego wyboru bolała ją do samego końca.
Główna bohaterka jest dobrze skonstruowana, a jej łuk przemiany ma wyraźne etapy: pewność, dysonans, pęknięcie lojalności, utrata i wreszcie samodzielny osąd. Na początku definiuje siebie niemal wyłącznie poprzez przynależność rodową, później zaczyna dostrzegać ludzi tam, gdzie wcześniej widziała nazwiska, następnie odkrywa, że rodzina, której służyła, także jest zdolna do najgorszych czynów. I wreszcie musi dokonać wyboru bez możliwości zachowania niewinności. Malva nie przechodzi łatwo z obozu „złych” do obozu „dobrych”: przestaje wierzyć w sam podział świata na takie obozy. Jedną z głównych cech Malvy jest inteligencja. Czyta klasyków, zna łacinę, ma doskonałą pamięć, potrafi analizować zachowania rozmówców, szyfrować wiadomości, posługiwać się bronią i interpretować rozmowy polityczne. Z jednej strony nie jest głupią, bezwolną panną wydaną za mąż, z drugiej jej sprawczość pozostaje ograniczona przez system, w którym losy kobiet podlegają decyzjom mężczyzn. Jej ciało jest przedmiotem politycznych targów, ale bohaterka próbuje uczynić je narzędziem własnej strategii. To interesująca ambiwalencja: Malva wykorzystuje mechanizm, który ją uprzedmiotawia, lecz nie może całkowicie wyjść poza jego reguły.
Dobrze wypada także postać Katii, będącej jednym z pierwszych ogniw łączących osobisty wymiar historii z szerszym systemem odpowiedzialności zbiorowej. Katia pochodzi z rodu powiązanego z Lamontami, lecz służy Campbellom. Jej mąż został oskarżony o szpiegostwo. Malva początkowo podejrzewa ją o podstęp, ale szybko zaczyna dostrzegać w niej nie przeciwniczkę, lecz kobietę uwikłaną w decyzje mężczyzn. Los Katii pokazuje, że w świecie powieści kobieta może zostać ukarana za zdradę męża, nawet jeśli sama nie miała wpływu na jego wybory. Jej historia dobrze wzmacnia główny temat książki: polityka rodów przenika życie prywatne i obarcza konsekwencjami tych, którzy nie sprawują realnej władzy. Scena z wisielcem przed bramą Dunoon jest bardzo mocna: Hans zostaje wystawiony na widok publiczny jako ostrzeżenie, a jego śmierć staje się jednocześnie karą, komunikatem i pokazem siły. Malva wie, że przyczyniła się do jego schwytania, ponieważ przekazała bratu informacje o możliwym szpiegu. Drastyczny opis zwłok nie jest wyłącznie próbą epatowania makabrą: wprowadza do opowieści materialność przemocy, która wcześniej istniała głównie w opowieściach o dawnych krzywdach. Malva nie może już traktować swojej roli jako eleganckiej gry strategów, bo każda przekazana przez nią informacja może oznaczać czyjąś śmierć. Oczekiwałabym tu silniejszego wpływu egzekucji stosunek Malvy do Hamisha oraz ocenę własnej misji. Najmocniejsze wydarzenia ostatniej części (przemoc w Dunoon, zachowanie Hamisha, utrata dziecka, próba ocalenia innych) odbierają bohaterce kolejne elementy dawnej tożsamości. W finale może wreszcie opowiedzieć Brannowi o wszystkich tragicznych wydarzeniach, jakich doświadczyła i na jakie miała wpływ, a opowiedzenie tej historii zamyka jej wcześniejsze życie. Powrót do Kilmun jest więc nie tyle romantycznym happy endem, ile symbolicznym początkiem świata, którego Malva nie odziedziczyła po żadnym klanie, tylko wybrała sama. To bardzo sensowne domknięcie jej łuku.
Tempo i akcja powieści są nierówne. Początek działa dobrze: ślub natychmiast ustanawia cel bohaterki, stawkę, przeciwnika i konflikt wewnętrzny. Nie trzeba czekać stu stron, żeby dowiedzieć się, o czym będzie książka. Później jednak narracja zaczyna funkcjonować według dość powtarzalnego rytmu: Malva coś obserwuje, interpretuje przez pryzmat nienawiści, rozmawia z Brannem, odkrywa rysę w swoim obrazie Campbellów, przypomina sobie Hamisha i misję, czuje wyrzuty sumienia, zdobywa kolejną informację. Kilka pierwszych takich cykli pracuje na rozwój postaci. Kolejne zaczynają powtarzać już ustalone znaczenia. Najlepiej skonstruowane są fragmenty, w których codzienność zderza się z polityką. Dobrym przykładem jest scena zbierania czynszów. Dla Campbellów to administracyjny obowiązek i przygotowanie do wojny, dla miejscowych – kwestia przetrwania zimy. Malva obserwuje tłum, wozy ze zbożem, trzodę i ludzi wzburzonych wysokością danin. Nie rozumie jeszcze wszystkich mechanizmów, ale widzi, że konflikt klanowy nie rozgrywa się wyłącznie między możnymi. Jego koszt ponoszą dzierżawcy, służba, kobiety i mieszkańcy pogranicza. Pozwala to wyjść poza romansową perspektywę i pokazać społeczną cenę polityki. Z kolei ostatnia część ma problem odwrotny: kiedy dochodzimy do Dunoon i konsekwencji całej intrygi, wydarzenia gwałtownie przyspieszają. Malva przygotowuje plan, zdobywa broń, ukrywa proch, obserwuje mobilizację i próbuje wykorzystać swoją pozycję. Najlepsze tempo „Lady Campbell” ma wtedy, gdy romans przestaje być centrum wydarzeń, a prywatna historia Malvy wpada pod koła historii politycznej.
I tu dochodzimy do największego atutu książki: historii. Kolosa nie wymyśliła konfliktu Lamontów z Campbellami, lecz wykorzystała rzeczywisty, wyjątkowo krwawy epizod historii Szkocji. Sir James Lamont rzeczywiście stanął po stronie rojalistów, a po bitwie pod Inverlochy Lamontowie wraz z ludźmi Alasdaira MacColli zaatakowali ziemie Campbellów. W Kilmun po kapitulacji obrońców doszło do rzezi. Następnie role się odwróciły: w 1646 roku Campbellowie oblegli posiadłości Lamontów, w tym Toward, a po kapitulacji i zagwarantowaniu bezpieczeństwa jeńcom złamali warunki układu. Doszło do masakry w Dunoon, w której zginęli przedstawiciele klanu Lamont; trzydziestu sześciu jego prominentnych członków powieszono. Sir James trafił do niewoli. To fundamentalnie zmienia odbiór powieści, bo okazuje się, że Kolosa umieściła fikcyjną Malvę dokładnie pomiędzy dwiema historycznymi masakrami. Najpierw Lamontowie uczestniczą w odwecie na Campbellach, później Campbellowie dokonują rzezi Lamontów. Centralna teza powieści – zemsta rodząca zemstę – nie została więc narzucona historii z zewnątrz, lecz wynika z samego przebiegu wydarzeń. Każdy klan posiada własną pamięć krzywd i własną amnezję dotyczącą krzywd zadanych innym. Plusem jest również to, że wątek wojenny nie pełni funkcji tła. Informacje o irlandzkich rojalistach, działaniach Montrose’a, MacDonaldach, MacLeanach czy możliwych ruchach wojsk organizują układ sił, decydują o małżeństwach i daninach oraz wpływają na to, komu można ufać. Wojna zostaje pokazana jako proces obejmujący wiele poziomów: religijny, dynastyczny, terytorialny, ekonomiczny i lokalny. Archibald Campbell nie jest tylko prywatnym antagonistą Malvy, lecz zostaje wpisany w konkretną strukturę historyczną jako przywódca prezbiterian, człowiek posiadający władzę i zdolność organizowania oporu.
Historyczność ma jednak również słabszą stronę. Autorka dobrze rekonstruuje wydarzenia, gorzej natomiast mentalność XVII wieku – i to moim zdaniem jedna z najważniejszych wad książki. Postaci momentami myślą i mówią jak współcześni ludzie przebrani w siedemnastowieczne suknie i tartany. Szczególnie dotyczy to psychologicznego języka relacji, indywidualizmu, sposobu rozumienia małżeństwa, przemocy, osobistej autonomii i konfliktu między jednostką a rodziną. Nie chodzi o to, że ówczesna Szkotka nie mogła być inteligentna, buntownicza, politycznie świadoma czy krytyczna wobec swojego otoczenia. Oczywiście, że mogła. Problem jest subtelniejszy: kategorie, w których Malva interpretuje własne doświadczenie, bywają bardzo współczesne. Podobnie, a może nawet bardziej widać to na przykładzie Branna. Historyczny świat jest więc bardzo solidnie skonstruowany na poziomie wydarzeń, ale mniej przekonujący w tym, jak ludzie tej epoki mogli konceptualizować własne doświadczenia. Z tym problemem wiąże się nadmierna ekspozycyjność historycznego tła. Informacje o religijnych podziałach, prezbiterianach, rojalistach i wojnie są niekiedy przekazywane za pośrednictwem obszernych partii wewnętrznego monologu. Malva nie tylko interpretuje wydarzenia, lecz także objaśnia je czytelnikowi. Czasami brzmi to niezbyt przekonująco jak na zwykłe myśli osoby żyjącej w opisywanym świecie, a bardziej jak komentarz przygotowany dla współczesnego odbiorcy. Bohaterka zna podstawy polityki i historii, więc część objaśnień jest uzasadniona, ale ich nagromadzenie osłabia naturalność narracji. Niewykorzystany pozostaje także potencjał religijny epoki. Przy konflikcie rojalistów, prezbiterian i zwolenników Karola I religia powinna być czymś więcej niż polityczną etykietą. Dla ludzi XVII wieku była jednym z podstawowych sposobów rozumienia rzeczywistości. Tymczasem powieść dużo chętniej uruchamia współczesne kategorie psychologiczne i etyczne niż próbuje wejść głębiej w religijną wyobraźnię swoich bohaterów.
Szkocja Kolosy jest przede wszystkim światem klanowym: nazwisko określa miejsce człowieka, przeszłość determinuje teraźniejszość, małżeństwo jest narzędziem polityki, a prywatność jednostki pozostaje ograniczona. Czy romans przykrywa historię? Ku mojemu zaskoczeniu – nie, jest raczej odwrotnie. Na początku można podejrzewać, że wojna trzech królestw będzie jedynie atrakcyjnym tłem dla enemies to lovers. W miarę rozwoju powieści historia zaczyna jednak coraz mocniej przejmować fabułę. Malva i Brann nie mogą po prostu wybrać miłości, ponieważ żyją w świecie, w którym nazwisko ma konsekwencje polityczne, ekonomiczne i militarne. Dobrze funkcjonuje tu przestrzeń: Inveraray jest miejscem kontroli, hierarchii i politycznej obserwacji, Dunoon przestrzenią pamięci i tożsamości, która po powrocie okazuje się Malvie obca, Kilmun zaś możliwością innego życia. Układ tych przestrzeni odzwierciedla przemianę bohaterki: Inveraray oznacza misję, Dunoon -utraconą przeszłość, a Kilmun – przyszłość, której początkowo nie chce, ale którą ostatecznie wybiera. Szczególnie Kilmun z motywem kruków otrzymuje własną tożsamość symboliczną. Kruk jest jednym z najlepszych powracających motywów książki. Początkowo Malva traktuje go zgodnie z przesądem jako zwiastun śmierci i nieszczęścia, ale z czasem zaczyna inaczej interpretować ich obecność. To drobny, ale ciekawy niuans jej przemiany: zmienia się nie świat, tylko sposób, w jaki bohaterka go odczytuje. Ciekawie funkcjonują także inne przedmioty i symbole: herb Campbellów w postaci głowy dzika, biżuteria wykonana z kłów dzika należąca do zmarłej żony Branna, jego blizna podobna w kształcie do Loch Fyne, tartany, księgi i zakodowane listy. Wszystkie wspierają opowieść o przynależności, pamięci i utracie tożsamości. Słabiej wypada natomiast codzienność: chętnie poczytałabym o pracy, jedzeniu, zależnościach społecznych, religijności, rytmie dnia, różnicach klasowych, służbie czy ekonomii posiadłości. Powieść ma bardzo mocny szkielet polityczno-klanowy, ale nie zawsze równie gęste tło obyczajowe.
Język Kolosy jest sprawny, komunikatywny i obrazowy, ale zdecydowanie nadpisany – i to chyba największy warsztatowy problem autorki. Kolosa potrafi budować obrazy i sceny, jej proza płynie sprawnie, nie ma problemu z orientacją, kto czego chce i czego się boi. Opisy zamków, krajobrazu, pogody czy cielesnego doświadczenia mają zmysłową konkretność. Dialogi są czytelne i zazwyczaj spełniają swoją rolę. Rozmowy Branna z Archibaldem dobrze pokazują różnicę między pragmatyczną polityką wodza a ostrożnym humanizmem jego brata, dialogi Malvy z Katią ujawniają nierówność społeczną i rodzącą się solidarność kobiet, zaś rozmowy Malvy z Brannem są często grą, w której każde pytanie ma drugie dno. Problemem jest przede wszystkim narracja pierwszoosobowa Malvy, która zdecydowanie za dużo wyjaśnia. Bohaterka nie tylko czuje emocję: informuje nas, że ją czuje, skąd ona pochodzi, co oznacza, z czym się wiąże i jak wpływa na jej stosunek do drugiej osoby. Wielokrotnie wraca do tych samych stwierdzeń: że nienawidzi Campbellów, musi zachować pozory, Hamish jej ufa, nie może zawieść rodziny, a Brann jest jej wrogiem, choć zachowuje się wobec niej przyjaźnie. Powtarzalność może pełnić funkcję psychologiczną (pokazywać obsesyjność zemsty i trudność wyrwania się z rodzinnej narracji) i tak też ją interpretuję, ale w wielu miejscach nie prowadzi już do pogłębienia. Zamiast narastającego napięcia otrzymujemy ponowne sformułowanie tej samej myśli. Powieści bardzo przydałaby się zasada: powiedz raz, pokaż drugi raz, ale trzeci już zaufaj czytelnikowi. Podobnie jest z metaforyką emocjonalną. Gniew pali, zemsta jest trucizną, słowa ranią, serce się łamie, żal ściska gardło, emocje rozrywają od środka. Pojedynczo te obrazy są poprawne, ale nagromadzone zaczynają tracić na sile oddziaływania. Paradoksalnie właśnie dlatego najmocniejsze sceny przemocy mogłyby być jeszcze mocniejsze przy bardziej oszczędnym języku. Im brutalniejsze jest wydarzenie, tym mniej narrator musi wyjaśniać czytelnikowi, że jest brutalne. Książka czasami wypowiada również własną tezę zamiast ją dramatyzować. „Zemsta rodzi zemstę” jest świetnym tematem tej historii, nie trzeba jednak powtarzać go tak często. Historia Lamontów i Campbellów sama to pokazuje. Jedni mordują drugich, drudzy odpowiadają, następne pokolenie dziedziczy rachunek krzywd. Malva zostaje wysłana do wrogów jako narzędzie kolejnego etapu konfliktu. Hamish nie potrafi zrezygnować z logiki odwetu. Ona dopiero po ogromnej stracie rozumie, że zwycięstwo osiągnięte w tej grze zawsze przygotowuje grunt pod następną klęskę. To jest wystarczająco mocne.
Do najmocniejszych stron „Lady Campbell” należą świetnie wybrany epizod historyczny, bardzo dobry podstawowy konflikt moralny, konsekwentny łuk przemiany Malvy, relacja głównej bohaterki z bratem oraz symbolika kruków i zemsty. Podoba mi się też odwrócenie perspektywy: Malva zaczyna jako osoba przekonana, że zna historię swojego klanu, a kończy w przekonaniu, że została zmanipulowana i nakarmiona jednostronną wersję historii. Słabości są przede wszystkim warsztatowe: nadmierne dopowiadanie emocji i sensów, powtarzalność introspekcji, nierówne tempo środkowych partii, miejscami zbyt jednoznaczne kreacje bohaterów oraz współczesność psychologicznego języka postaci. W ogólnym rozrachunku „Lady Campbell” najmniej ciekawa jest wtedy, gdy autorka robi dokładnie to, czego oczekujemy od romansu historycznego: wysyła młodą kobietę do znienawidzonego mężczyzny i pozwala jej stopniowo odkrywać, że wcale nie jest taki, jak sądziła. Znacznie lepsza historia powstaje wtedy, gdy romans zostaje niemal zepchnięty na bok przez pytanie o to, kto właściwie ma prawo uważać się za ofiarę, kiedy historia obu stron składa się z naprzemiennych krzywd. Prawdziwa historia Lamontów i Campbellów daje Kolosie coś znacznie ciekawszego od opowieści o zakazanej miłości z „Romeo i Julii”, której lektura zbliża Malvę i Branna. Daje jej mechanizm samonapędzającej się spirali przemocy. I właśnie dlatego najważniejszą przemianą Malvy nie jest to, że Lamontówna zakochuje się w Campbellu, lecz moment, w którym po raz pierwszy przestaje pytać: „Co oni zrobili nam?”, a zaczyna dostrzegać znacznie bardziej niewygodną prawdę: „Co my robimy sobie nawzajem?”. „Lady Campbell” najlepiej czytać więc nie jako opowieść o uczuciu zdolnym pokonać wielopokoleniową nienawiść, lecz jako historię o powolnym rozpadzie pewności, że własna krzywda daje moralne prawo do odwetu. Nie wszystkie elementy powieści są równie przekonujące, ale właśnie w tym pytaniu o dziedziczoną przemoc Kolosa znajduje dla swojej historii najciekawszy i najmniej oczywisty ton.
Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu WasPos
