Apokalipsa bez objawienia. O „Ludziach od szczurów” Igora Grudzińskiego

Pierwsze zdanie „Ludzi od szczurów” uruchamia obraz tyleż makabryczny, co absurdalny: na średniowieczne miasto zaczynają spadać ludzkie ciała. Nie pojedynczy trup, lecz dziesiątki szczątków uderzających w dachy i ulice niczym groteskowy deszcz. Dopiero pod koniec powieści okaże się, skąd się wzięły: dowódca oblegającej armii, obserwując stosy zmarłych na zarazę, wpada na pomysł wykorzystania ciał jako broni biologicznej. Koło narracji się zamyka – z nieba ponownie spadają ciała. Pomiędzy tymi dwiema scenami Igor Grudziński umieszcza niespełna sto czterdzieści stron opowieści o „czarnej śmierci”, pogromach Żydów, bandytach, biczownikach, szczurach, trędowatych, Bestii żyjącej pod ziemią, ludzkiej wolnej woli, przypadku, Bogu, przemocy i pytaniu, które wraca w najróżniejszych wersjach: czy człowiek jest czymś więcej niż zwierzęciem reagującym na okoliczności, w jakich przyszło mu żyć?

Fabuła w swoim zasadniczym przebiegu jest bardzo prosta. Przez Europę przetacza się epidemia „czarnej śmierci”. Eliezer, Żyd pozbawiony domu i wspólnoty, po długiej tułaczce trafia do opuszczonej karczmy z trzema osobliwymi lokatorami: Walterem, Rulandem i chłopakiem zwanym Psem. Walter i Ruland są bandytami, Pies – psychicznie i poznawczo zaburzonym młodym mężczyzną traktowanym częściowo jak zwierzę, częściowo jak własność. Eliezer niechętnie dołącza do tej dziwacznej kompanii, od początku nie mając pewności, czy nie zostanie obrabowany albo zabity. Błędem byłoby jednak czytać „Ludzi od szczurów” przede wszystkim jako powieść historyczną ani nawet (mimo opisu wydawcy) jako literaturę postapokaliptyczną. To książka znacznie bardziej niepokojąca i złożona: świadomie rozsadza granice gatunków, miesza realizm historyczny z fantastyką, naturalistyczny opis z metafizyczną przypowieścią, a opowieść o zarazie z pytaniami natury egzystencjalnej. Bardziej przypomina filozoficzną groteskę „przebraną” za średniowieczny danse macabre i znacznie bliżej jej do literatury eksperymentalnej niż historycznej.

Grudziński nie konstruuje powieści na klasycznym pytaniu znanym z literatury epidemicznej, mianowicie, co plaga robi z człowiekiem. Bardziej interesuje go pytanie o to, czy plaga przypadkiem nie odbiera ludziom warunków pozwalające podtrzymywać wcześniejszą wersję samych siebie. W pewnym momencie pada wręcz zdanie: „Człowiek jest taki, jakie są otaczające go okoliczności”. Później jeden z bohaterów rozwija tę myśl znacznie bardziej dosłownie, przekonując, że człowiek – podobnie jak mrówka – funkcjonuje w rzeczywistości, której całości nie jest w stanie objąć umysłem. Nie dostajemy więc typowej historii o „cywilizacyjnej masce”, spod której w sytuacji katastrofy wyziera lepsza lub gorsza ludzka natura. Grudziński proponuje myśl znacznie mniej pocieszającą: być może pod maską niczego nie ma. Nie istnieje czyste, niezmienne „ja”, które w ekstremalnych okolicznościach zostaje ujawnione. To raczej byt w nieustannej relacji z przypadkiem, cielesnością, głodem, przemocą, wstydem, społeczną pozycją i potrzebą przeżycia. Taki trochę anty-Camus, jeśli miałabym się pokusić o obalenie najłatwiej nasuwającego się literackiego porównania.

Dlaczego to skojarzenie moim zdaniem prowadzi na manowce? U Camusa epidemia pozwala człowiekowi dokonać etycznego wyboru w świecie pozbawionym metafizycznych gwarancji. Doktor Rieux nie potrzebuje Boga ani ostatecznej odpowiedzi, żeby robić to, co należy. Absurd nie unieważnia działania; przeciwnie, właśnie wobec absurdu solidarność staje się wartością. Grudziński jest znacznie bardziej podejrzliwy. Jego bohaterowie nieustannie próbują ustalić, czy działają z własnej woli. Walter rozpoczyna od rozważań, czy człowiek rzeczywiście odpowiada za swoje czyny, skoro głód, bieda i okoliczności popychają jego rękę w stronę cudzej sakiewki. Eliezer natomiast przez większość życia czuje się raczej przedmiotem działania świata niż podmiotem, aż w końcowych partiach decyduje się zawrócić i dokonać zemsty. Narrator przedstawia tę decyzję jako moment narodzin autonomii: po raz pierwszy bohater odnajduje źródło woli w samym sobie. I pięknie, ale natychmiast pojawia się gorzka ironia: źródłem pierwszego wielkiego autonomicznego aktu Eliezera jest bowiem pragnienie zabójstwa. Wolna wola, o ile w ogóle istnieje, nie prowadzi automatycznie ku dobru. W tym sensie powieść Grudzińskiego jest znacznie ciekawsza od prostych historii o katastrofie wydobywającej z ludzi dobro i zło.

Specyfika „Ludzi od szczurów” polega na tym, że autor nie prowadzi czytelnika jedną, bezpieczną ścieżką interpretacyjną. Ciągle zmusza go do zmiany perspektywy: narracja przeskakuje między postaciami, miejscami, czasem i poziomami istnienia (fenomenalny zabieg!), ludźmi, zwierzętami, anonimowymi obserwatorami, szczurami, dziwaczną Bestią żyjącą w podziemnej jaskini oraz czymś, co zdaje się samą zarazą albo życiem biologicznym przedstawionym jako bezosobowa wola ekspansji. „Wzrastać”, „przeskakiwać z jednego ciała na drugie”, „drenować z sił, popijać ich krew, korzystać z tkanek”, pędzić dalej – język tej instancji jest pozbawiony etyki, celu i osobowości. Krótkie, fragmenty działają jak cięcia montażowe albo zmiany świadomości. Taka konstrukcja może początkowo powodować dezorientację, lecz nie jest przypadkowa. Świat powieści został rozbity przez zarazę, więc rozbity jest także sposób jego opowiadania. Już sam początek ustanawia ton całej książki. Katastrofa nie zostaje przedstawiona jako pojedyncze wydarzenie, lecz jako moment, w którym wszystkie dotychczasowe uzasadnienia ludzkiego istnienia tracą wiarygodność. W karczmie toczy się rozmowa o Bogu, grzechu, Sądzie Ostatecznym i odpowiedzialności, która jest jednocześnie groteskowa i poważna. Nie ma tu teologicznego rozstrzygnięcia, ponieważ „Ludzie od szczurów” są powieścią o wierze poddanej próbie, o ludzkiej potrzebie usprawiedliwienia i o granicy, za którą moralność przestaje być abstrakcyjną zasadą, a staje się kwestią głodu, strachu i przetrwania. Grudziński nie proponuje prostego podziału na niewinnych i winnych, ofiary i oprawców. Eliezer, najważniejsza postać powieści, jest ofiarą prześladowań, ale nie zostaje przez to przedstawiony jako moralnie przejrzysty. Jego tożsamość jest źródłem zagrożenia, lecz zarazem staje się doświadczeniem, przez które uczy się on szczególnej ostrożności, przewidywania cudzych reakcji i nieufności wobec pozornie neutralnego świata.

To właśnie w partiach poświęconych Eliezerowi książka osiąga największą siłę literacką. Opis pogromu nie jest skonstruowany jako efektowna scena historyczna, którą można podziwiać z bezpiecznego dystansu. Przemoc zostaje pokazana poprzez konkret: krzyki, płonące ciała, tłum, który żąda winnego i pogłoski, które wytwarzają wspólnotę opartą na nienawiści. Szczególnie ważne jest to, że autor nie przedstawia prześladowania jako irracjonalnego wybuchu – tłum tworzy własną logikę, system dowodów i moralność. Żydzi zatruwają studnie, roznoszą chorobę, są winni śmierci Chrystusa – absurdalne (i umocowane historycznie) twierdzenia uzyskują status prawdy nie dlatego, że są wiarygodne, lecz dlatego, że pozwalają wspólnocie uporządkować strach i znaleźć winnego epidemii. Tu powieść staje się szczególnie aktualna, bo mechanizm społecznej projekcji jest ponadczasowy: lęk potrzebuje twarzy, nazwiska i grupy, którą można wskazać palcem i wysłać na stos. Autor nie pozwala czytelnikowi pocieszyć się myślą, że chodzi o „ciemne wieki”, bo zjawiska opisane w powieści są zbyt rozpoznawalne, by można było bezpiecznie umieścić je w przeszłości. Dynamikę paniki, dezinformacji, stygmatyzacji i społecznego przyzwolenia na przemoc znamy z naszych czasów za dobrze, by móc uczciwie umieścić ją w czasach szczęśliwie minionych.

Świetnie napisanym bohaterem jest także Walter: błyskotliwy, elokwentny, groteskowy, chwilami zabawny, a zarazem zdolny do skrajnego okrucieństwa. Potrafi mówić o śmierci, wolności, moralności i przemijaniu z pozorną lekkością, jakby każdą tragedię można było przepracować poprzez dowcip. Nie jest jednak filozofem, lecz człowiekiem, który używa filozofii do oswajania własnego upadku. Jego rozważania o tym, że plaga daje wolność, ponieważ przypomina o natychmiastowości śmierci, brzmią przekonująco tylko do chwili, gdy zderzają się z jego czynami. Walter mówi o życiu „tu i teraz”, ale jego wolność opiera się na cudzej krzywdzie, a koniec świata wykorzystuje jako pretekst do zawieszenia odpowiedzialności. To napięcie między słowem a czynem jest jednym z głównych tematów powieści, przez które autor pokazuje, że człowieczeństwo nie jest trwałą właściwością, daną nam raz na zawsze, lecz praktyką, którą trzeba podejmować w konkretnych warunkach – często przeciwko własnemu głodowi, lękowi, pragnieniu zemsty i potrzebie przynależności. Co ciekawe, Walter obsesyjnie zastanawia się nad własnym zbawieniem i chce kiedyś zrobić coś naprawdę dobrego, ale nawet gdy wstawia się za Eliezerem, niemal natychmiast zaczyna rozkoszować się wyobrażeniem własnej moralnej wielkości. W momencie, gdy naraża życie dla drugiego człowieka, wyobraża sobie wdzięczność i wzrusza się własną szlachetnością. To kapitalny psychologicznie zabieg ze strony Grudzińskiego, bo zmusza nas do refleksji: czy dobry czyn przestaje takim być, jeśli człowiek dokonuje go po to, by móc myśleć o sobie jako o kimś dobrym?

Jeszcze bardziej interesujący jest Pies – bohater właściwie pozbawionym sprawczości. Znaleziono go kiedyś nagiego i obgryzającego kość, obecnie jest traktowany jak coś pomiędzy niewolnikiem a maskotką i wykorzystywany na wiele sposobów. Z czasem otrzymujemy jego historię, która wiele nam wyjaśnia. Jego postać jest ciekawa, ponieważ uosabia radykalne ograniczenie tego, co zwykle uznajemy za człowieczeństwo: refleksyjnej świadomości, języka, autonomii, uporządkowanej tożsamości. Tymczasem w końcowej scenie, gdy jedna spełniona prośba zostaje uznana za przebłysk jasności umysłu, który wystarcza do tego, by uznać Psa za człowieka, autor daje czytelnikowi ironią w – nie przymierzając – pysk. W rzeczywistości, w której wszystkie ludzkie odruchy wygasły i można się po współbratymcu spodziewać wszystkiego, co najgorsze, człowieczeństwo zostaje potwierdzone dopiero, gdy ktoś zachowuje się (nawet przez krótką chwilę) normalnie, a więc rozumie komunikat, wykona polecenie, posługuje się językiem. Co to mówi o kimś, kto potrzebuje owego przebłysku, aby rozpoznać człowieka w kimś, kto człowiekiem był przecież od początku?

Tytułowy motyw szczura jest dużo bardziej złożony niż prosta metafora zepsucia, śmierci i zniszczenia. To ważne, bo łatwo byłoby odczytać tytuł jako pogardliwe „ludzie są jak szczury”. Tymczasem szczury w powieści często wydają się lepsze od ludzi właśnie dlatego, że moralności nie posiadają. Kieruje nimi instynkt biologiczny: rozmnażają się, żerują, uciekają. Jeden ze szczurów usiłuje przepłynąć rzekę; Eliezer obserwuje jego desperacką walkę, a gdy zwierzę tonie, projektuje na jego zachowanie niemal religijne oczekiwanie pomocy od „wyższej istoty”. Szczur nie jest tylko symbolem instynktu, lecz staje się lustrem, w którym człowiek widzi własną potrzebę znaczenia. Pod koniec historii szczury masowo zajmują opuszczone miasto, lecz nie z chęci triumfu, choć ludzki narrator oczywiście taki triumf im przypisuje. Wchodzą po prostu w pozostawioną biologiczną niszę. Eliezer dochodzi wówczas do wizji „amoralnej obojętności przyrody”: plaga zabiera życie, a szczury konsumują resztki. I chyba właśnie tutaj należy szukać istoty tytułu. „Ludzie od szczurów” to ludzie zdefiniowani przez własną relację ze szczurami, którym desperacko przypisują znaczenie, winę, brud, zło, przebiegłość czy zapowiedź zagłady, podczas gdy zwierzę po prostu… istnieje. Człowiek nie potrafi znieść świata bez sensu, więc wciska sens również tam, gdzie go nie ma.

Język powieści jest obrazowy, zmysłowy i bardzo świadomy rytmu. Grudziński potrafi budować zdania, które jednocześnie opisują rzeczywistość i deformują ją w ciekawy sposób, na granicy jawy i snu. Koń przyrównany do istoty, która „wyskoczyła z mleka” podczas aktu stworzenia, ciało wędrowca jak wysuszony kokon, szczury układające się w poruszający dywan, topielec wyłaniający się z wody – te obrazy odkształcają świat, przesuwają go w stronę groteski i sprawiają, że zwykłe elementy rzeczywistości stają się niepokojące. Gdy z podmytego cmentarza osuwa się całe wzgórze i lawina gnijących ciał spływa na biczowników szykujących stos dla Eliezera, scena jest jednocześnie ohydna, groteskowa i komiczna. Ciało zostaje brutalnie odebrane językowi wzniosłości, człowiek nie jest „koroną stworzenia”, lecz workiem z mięsem, który może się rozpruć, zgnić, zostać zjedzony albo wykorzystany jako broń. Ziemia jest błotem, woda niesie trupy, szczury i ryby obgryzają ludzkie szczątki. Piękno i odraza sąsiadują ze sobą bez wyraźnej granicy, podobnie jak człowieczeństwo i zwierzęcość. To ważne, bo powieść konsekwentnie podważa przekonanie, że człowiek stoi poza naturą i ponad nią. Naturalizm Grudzińskiego ma tu charakter nie tylko estetyczny, ale filozoficzny. Głodny Walter, który rzuca się na mięso, nie staje się nagle „potworem”; przeciwnie: odkrywa, że jego ciało zawsze było zdolne do przemocy, a cywilizacja jedynie utrzymywała tę zdolność w ryzach. Scena, w której zabija kobietę, która wcześniej obdarzyła go uśmiechem, jest szczególnie ważna. Walter może usprawiedliwić morderstwo głodem, ale nie potrafi zapomnieć o jej życzliwości. To nie prawo, religia ani kara są źródłem jego wyrzutów sumienia, lecz świadomość, że zniszczył cudzy odruch dobra. W tym momencie książka pokazuje, że moralność może przetrwać nawet w człowieku, który postąpił niemoralnie – nie jako abstrakcyjny kodeks, lecz jako pamięć o tym, że drugi człowiek nie był wyłącznie zasobem.

Fantastyka nie pełni u Grudzińskiego funkcji ani dekoracyjnej, ani eskapistycznej. Przeciwnie, pozwala autorowi spojrzeć na człowieka z zewnątrz. Najbardziej wyrazistym przykładem jest podziemny świat szczurów i Bestii. To najbardziej surrealistyczna warstwa powieści, świadomie rozsadzająca od środka historyczny realizm, która w istocie jest jednym z najważniejszych kluczy interpretacyjnych całej powieści. Szczury tworzą zamkniętą wspólnotę, której podstawą jest opowieść o człowieku jako istocie złej i niebezpiecznej. Bestia z kolei żyje w przekonaniu, że szczury nieustannie knują przeciwko niej, dlatego próbuje rozbijać ich grupy, kontrolować ich ruchy i neutralizować potencjalnych przywódców. W tym świecie powtarzają się mechanizmy znane z ludzkiej historii: strach przed obcym, ideologia zagrożenia, podejrzliwość wobec jednostek, które próbują wyjść poza obowiązujący porządek. Najciekawsze jest to, że autor nie odwraca po prostu hierarchii, czyniąc szczury (albo Bestię) dobrymi, a ludzi złymi. Szczury także mają swoje uprzedzenia, konflikty i zamknięte systemy przekonań, a Bestia paradoksalnie marzy o akceptacji ludzi, co jest groteskowe, ale również boleśnie znajome. Istota wykluczona marzy o przynależności, lecz wyobraża ją sobie poprzez uczestnictwo w wykluczaniu kogoś innego, w tym przypadku – szczurów. W tym jednym pomyśle zawiera się bardzo trafna diagnoza społecznego mechanizmu: prześladowany nie zawsze pragnie znieść system przemocy; czasem chce jedynie przesunąć się w jego obrębie, znaleźć po właściwej stronie i zyskać możliwość wskazywania kolejnych ofiar. Można oczywiście dostrzec tu analogię z platońską jaskinią, zwłaszcza że sama Bestia pod koniec zaczyna rozmyślać o świetle, ciemności i dualizmie. I tutaj znowu Grudziński robi coś, co jest zarazem charakterystyczne i irytujące: dopowiada metaforę, która bez dopowiedzenia byłaby ciekawsza. Jaskinia, szczury, potwór jako ich nadzorca, jego nagłe wyjście na powierzchnię – to wszystko wystarczało. Kiedy postać sama zaczyna myśleć o symbolice dualizmu, czujemy, jakby autor stanął obok własnego obrazu i zakreślił go czerwonym markerem. To być może najważniejsza uwaga, jaką postawiłabym tej powieści: Panie Igorze, ja wiem, że to debiut, ale proszę, przy kolejnych projektach niech Pan zaufa swojej literackiej wyobraźni i inteligencji czytelnika – i zostawi takie sceny bez zbędnego komentarza.

Jako autorka książek historycznych i redaktorka pracująca w tym obszarze od ponad półtorej dekady jestem wyczulona na kontekst historyczny w książkach beletrystycznych. Tym bardziej cenne jest dla mnie podejście autora, który wykorzystuje historyczne tło nie jako dekorację, lecz jako szczególną formę doświadczenia katastrofy, w który mieści się epidemia, pogromy Żydów, biczownicy, teriak, miejski brud czy społeczne interpretacje zarazy. Eliezer przyjmuje chrześcijaństwo nie z przekonania, lecz dlatego, że chce przeżyć, a z jego perspektywy pytania o wolność zyskują inny kontekst. Łatwo dyskutować przy stole o wolnej woli, kiedy wybór dotyczy abstynencji od kradzieży, inaczej wygląda wolność człowieka, który słyszy: „Wyrzeknij się własnej wiary albo spłoń”. Powieść jest w tym miejscu bardzo mocna, choć chwilami nadmiernie dopowiada własny sens. Fragmenty dotyczące zbiorowej nienawiści potrafią być przejmujące, ale narrator momentami przechodzi od pokazywania przemocy do jej komentowania w sposób zupełnie zbędny, o czym wspomniałam już wcześniej. To szerszy problem, bo są w książce momenty, gdy filozof zwycięża nad prozaikiem. Najbardziej jaskrawym przykładem jest rozmowa o determinizmie, w której bohaterowie dyskutują, czy osobowość jest sumą okoliczności, czy dwie osoby wychowywane w identycznych warunkach miałyby identyczny charakter i czy człowiek potrafi nadać światu sens. Sama dyskusja jest ciekawa, problem polega na tym, że zbyt wyraźnie słychać w niej autora ustawiającego pionki do filozoficznej debaty. Powieść już wcześniej pokazała ten problem: Walter jest inny jako dziecko i inny jako bandyta, Pies zmienia opiekunów jak środowiska, w których musi przetrwać, a Bestia nienawidzi ludzi, jednocześnie pragnąc przyjść im z pomocą. Jednak kiedy bohater zaczyna objaśniać, że człowiek stanowi produkt okoliczności, metafora zostaje dopisana pod własnym obrazem.

Z tym podejściem związane jest zastrzeżenie co do języka w warstwie historycznej. Bohaterowie chwilami mówią jak ludzie współcześni; jeden z przypadkowo spotkanych kupców przeprowadza niemal makroekonomiczną analizę skutków spadku liczby ludności, przewidując nadprodukcję, spadek cen i późniejszy deficyt siły roboczej. Inni rozważają problem osobowości, wspomnianego determinizmu i relacji języka do sensu w języku mocno współczesnej filozofii. Oczywiście nie traktuję tego jako błąd, lecz zabieg autorski, bo narrator sam ostentacyjnie łamie iluzję czasu np. zaznaczając, że coś „później inni nazwą instynktem samozachowawczym”. Średniowiecze służy Grudzińskiemu podobnie jak epidemiczny Oran Camusowi: jako przestrzeń umożliwiająca szczególne skupienie problemu. Ostrzegam jedynie, że trzeba wiedzieć, czego się spodziewać. Czytelnik oczekujący powieści w stylu Hilary Mantel albo Bernarda Cromwella może się zirytować, osoba sięgająca po „Ludzi od szczurów” jako groteskową przypowieść – znacznie mniej.

Z plusów, i to znaczących: jest coś, co skutecznie chroni powieść przed przemianą w ponad stustronicowy traktat egzystencjalny, mianowicie poczucie humoru, i to naprawdę dobre. Groza bez przerwy jest sabotowana przez fizjologię, absurd albo groteskę. Cmentarz zjeżdża na fanatyków, człowiek zakuty w dyby wygłasza tyradę ekonomiczną, Bestia zastanawia się, czy szczury jej nie obgadują, Pies odpowiada dokładnie wtedy, gdy powinien być najbardziej nieobecny poznawczo, Walter wygłasza teologiczne rozważania, a sekundę później ktoś zestawia wartość jego życia z wozem końskiego łajna. Już na pierwszych stronach wysoka dyskusja o Sądzie Ostatecznym zostaje bezceremonialnie przecięta obscenicznym żartem. To bardzo ważne, ponieważ autor rzeczywiście ma skłonność do wielkich kategorii.

„Ludzie od szczurów” są książką wymagającą, która nie pozwala czytelnikowi wygodnie stanąć po stronie dobra. Tu współczucie bywa niebezpieczne, a krytyka przemocy nie zawsze oznacza moralną wyższość. Bohaterowie są uwikłani w swoje ciała, epokę, głód, pamięć, wstyd i strach. Autor nie odbiera im odpowiedzialności, ale pokazuje, że odpowiedzialność nigdy nie działa w próżni. Człowiek wybiera, lecz wybiera pod presją świata, który wcześniej ukształtował jego możliwości. To właśnie czyni tę powieść literaturą piękną z najwyższej półki, a nie tylko efektowną opowieścią historyczno-fantastyczną. Pod warstwą groteski, brutalności i fantastycznych pomysłów znajduje się poważne pytanie o naturę winy. Czy głód unieważnia odpowiedzialność? Czy człowiek może ocalić siebie, nie odbierając życia innym? Czy wspólnota zbudowana na strachu jest jeszcze wspólnotą, czy już tylko zaślepionym tłumem?

Grudziński nie odpowiada na te pytania wprost. Rozstawia je w świecie powieści i pozwala, by wracały w kolejnych scenach, zmieniając znaczenie wraz z perspektywą. Odwraca porządek, który wydaje się nam pewnikiem i twierdzi, że żadna „prawdziwa ludzka natura” nie istnieje, a człowiek „tworzy się” cały czas. Dlatego tytułowi ludzie od szczurów są stworzeniami przerażonymi odkryciem, że granica, którą wyznaczyli między sobą a resztą natury, może istnieć głównie w ich własnych głowach. Szczur nie musi wiedzieć, po co żyje, ale człowiek tego pragnie, a autor odpowiada mu w sposób celowo niejednoznaczny. Walter jest zbrodniarzem i człowiekiem zdolnym do poświęcenia. Eliezer jest ofiarą i kimś zdolnym czuć żądzę morderstwa. Ruland jest przyjacielem – i zabójcą. Wreszcie Pies wydaje się niemal pozbawiony ludzkiej podmiotowości, a mimo to wykonuje jeden z najbardziej bezinteresownych ludzkich gestów w książce. A szczur? Szczur nie posiada moralności, a mimo to jego walka o życie może wyglądać bardziej wzniośle niż ludzkie czyny. Nic się nie zgadza – i właśnie tak ma być.

„Ludzie od szczurów” to gorzka, chwilami przegadana i momentami nadmiernie demonstracyjna książka. Fragmentaryczna konstrukcja, czarny humor, obsceniczna cielesność, filozoficzne zainteresowanie determinizmem, destabilizacja perspektywy ludzkiej poprzez szczury, Bestię i samą zarazę oraz bohater będący jednocześnie historyczną ofiarą antysemityzmu i egzystencjalnym Everymanem składają się na powieść o zaskakująco indywidualnym głosie. Nie da się tej książki uczciwie sprowadzić do samej fabuły, a niedoskonałości wynikają w dużej mierze z tego samego źródła, co jej największa zaleta: autor chce na zaledwie stu kilkudziesięciu stronach pomieścić więcej niż narracja jest w stanie unieść. Grudziński mógł pójść ze swoją powieścią w wielu łatwych kierunkach, ale zdecydował się zrobić inaczej. Napisał powieść niełatwą do zaszufladkowania, chwilami przesadną, lecz właśnie dzięki tej przesadzie konsekwentną w swoim obrazie świata. Jej największą wartością jest moim zdaniem sposób, w jaki zmusza czytelnika do patrzenia na człowieka z kilku stron naraz – i do odkrycia, że z żadnej z nich nie jesteśmy stworzeniem godnym podziwu.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Seqoja

author-sign

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *