“Matka Nikt” Wiktora Słojkowskiego, czyli nieprzyjemna autoterapia

“Matka Nikt” to książka, która z założenia miała być być ciosem wymierzonym w mit macierzyństwa, w społeczne tabu przemocy domowej i w sentymentalną narrację o rodzinie jako naturalnym azylu. Ambicja autora kłuje w oczy jak arbuz na okładce: rozbić fasadę, nazwać krzywdę, odebrać matce immunitet kulturowy. Problem polega na tym, że sama słuszność intencji nie wystarcza, by powstała dobra literatura.

Autor zdaje się wierzyć, że im więcej bólu, gniewu i nagromadzonego oskarżenia wyleje na stronę, tym silniejszy będzie efekt artystyczny i tym lepiej trafi do czytelnika. Niestety, samo cierpienie nie staje się automatycznie narracją, a nieprzepracowana trauma nie jest jeszcze fabułą. Tekst sprawia wrażenie autoterapeutycznych notatek, które dopiero czekają na literackie opracowanie. Kompozycja bywa rozchwiana, rytm nierówny, a kolejne sceny nie tyle narastają dramaturgicznie, ile układają się w serię ciosów. Czytelnik szybko rozpoznaje mechanizm: będzie boleć jeszcze bardziej, będzie paskudniej, mroczniej. W pewnym momencie jednak eskalacja przestaje działać, bo gdy każde słowo jest krzykiem, żadne nie wybrzmiewa naprawdę.

Język, zapewne celowo surowy, momentami wulgarny, w niektórych partiach zyskuje siłę brutalnej szczerości, częściej jednak wpada w rejestr publicystyczny lub terapeutyczny. Zamiast wieloznaczności dostajemy komunikat, zamiast napięcia – deklarację, a w miejscu literackich obrazów pojawia się seria oskarżeń podanych wprost. Autor nie pozostawia czytelnikowi miejsca na refleksję, nieustannie dopowiadając, podkreślając, domykając sensy grubą kreską.

Najciekawszy (i zarazem najbardziej niewykorzystany) pozostaje sam portret matki, która jest katem i ofiarą, kimś uwikłanym w traumy i przemoc dziedziczoną pokoleniami. Zostaje jednak sprowadzona do funkcji figury, symbolu, przez co traci siłę oddziaływania, przytłoczona całkowicie krzykiem syna.

“Matka Nikt” dotyka obszaru realnie przemilczanego i dla niektórych czytelników może być doświadczeniem oczyszczającym, bo głośno i bez kompromisów mówi o tym, co przez lata pozostawało nienazwane. To jednak wartość społeczna, a niekoniecznie artystyczna i tego typu treści autor mógł przekazać choćby poprzez cykl esejów czy felietonów. Nie znaczy to, że sama książka jest pozycją nieważną, choć uważam, że w takiej formie była książką potrzebną chyba jedynie samemu autorowi.

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *