Bieda nie spada z nieba. O “Biedzie w Ameryce” Matthew Desmonda

Matthew Desmond zaczyna od pytania, które na pierwszy rzut oka wydaje się mocno wyeksploatowane: dlaczego w najbogatszym kraju świata wciąż istnieje tak ogromna bieda? Odpowiedzi udzielane od dziesięcioleci znamy niemal na pamięć. Jedni wskazują na rozpad rodziny, uzależnienia, brak dyscypliny i „kulturę biedy”, inni na rasizm, deindustrializację, nierówności edukacyjne, kryzys mieszkaniowy czy demontaż państwa opiekuńczego. Desmond uważa jednak, że wszystkie te wyjaśnienia są obarczone błędem, bo patrzymy przede wszystkim na ubogich. Tymczasem, jeśli chcemy zrozumieć mechanizmy i trwałość biedy, powinniśmy spojrzeć na tych, którzy czerpią z takiego stanu rzeczy korzyści.

I tu dochodzimy do sedna książki, która – co ciekawe – odbiega od formuły reportażu, znanej z wcześniejszych książek Desmonda. Autor wykorzystuje reportażowe sceny, biografie i materiał historyczny, ale „Bieda w Ameryce” (skądinąd szkoda, że w polskim przekładzie ginie znaczenie oryginalnego tytułu: Poverty, by America) jest przede wszystkim esejem socjologicznym, syntetycznym studium historyczno-społecznym i manifestem polityczno-etycznym. Różnica ma znaczenie, zwłaszcza w zestawieniu z jego nagrodzonymi Pulitzerem „Eksmitowanymi”. Tam autor prowadził czytelnika przez życie konkretnych rodzin i właścicieli nieruchomości, a teoria wyrastała z wieloletnich badań terenowych. Tutaj najpierw otrzymujemy tezę, a historie ludzi, statystyki i badania służą przede wszystkim jej rozwinięciu i zilustrowaniu. Moim zdaniem ten zwrot od etnografii do polemiki stanowi pierwszy problem książki. „Bieda w Ameryce” wręcz domaga się dyskusji – nie z powodu słabości stawianej przez autora tezy, lecz dlatego, że jest zbyt mocna, by móc przyjąć ją „na wiarę”, bez sprawdzania wszystkich powiązań między oskarżeniem moralnym a materiałem empirycznym.

We wstępie Desmond otwarcie mówi, że literatura o biedzie od ponad stu lat jest przede wszystkim literaturą o biednych: od Jacoba Riisa i Jane Addams przez Jamesa Agee’a, Dorotheę Lange i Michaela Harringtona aż po współczesną etnografię ubóstwa. Wszystkie te książki są potrzebne, ponieważ czynią cierpienie widzialnym, ale – zdaniem autora – nie dają odpowiedzi na pytanie o przyczynę biedy. Aby to zrobić, należy spojrzeć na tę drugą połowę: ludzi ubezpieczonych, posiadających domy, wykształconych, stabilnych finansowo, czyli również znaczną część potencjalnych czytelników jego książki. To naprawdę mocne przesunięcie socjologiczne. Bieda przestaje być cechą pewnej grupy, a staje się relacją społeczną. Ktoś otrzymuje zbyt niską pensję, ponieważ komuś innemu niska cena usługi lub wysoka marża przynoszą korzyść. Ktoś wynajmuje obskurne mieszkanie za absurdalną część swojego dochodu, płaci karne opłaty bankowe, korzysta z chwilówki albo musi zapłacić horrendalne pieniądze za realizację czeku, ponieważ komuś innemu się to najzwyczajniej opłaca. Ktoś czeka latami na bon mieszkaniowy, podczas gdy właściciel domu z klasy średniej od lat korzysta z podatkowych form subsydiowania własnej nieruchomości. Najważniejszym słowem w książce nie jest więc „nierówność”, lecz „eksploatacja”. Desmond świadomie przywraca termin, który w amerykańskiej debacie został częściowo wypchnięty przez bardziej neutralny język strukturalnych nierówności. Nie jest to całkowicie nowa idea dla czytelników „Eksmitowanych”: już tam zysk właścicieli mieszkań był sprzężony z brakiem stabilności życiowej i finansowej ich lokatorów. W nowej książce autor rozszerza jednak tę logikę na cały system gospodarczy i zamiast pytać, dlaczego ludzie nie wychodzą z biedy, pyta, jak wiele instytucji i podmiotów społecznych ma interes w tym, by ich w tej biedzie utrzymać.

Bardzo dobrze czyta się rozdział dotyczący rynku pracy. Desmond pokazuje, że problem nie sprowadza się do niskiego minimum płacowego ustalonego na poziomie federalnym – znacznie ważniejsze jest wieloletnie ograniczanie możliwości i pozycji negocjacyjnej pracownika poprzez spadek uzwiązkowienia, podwykonawstwo, zatrudnianie przez agencje, klauzule o zakazie konkurencji, blokowanie informacji o wynagrodzeniach czy porozumienia antyrekrutacyjne pomiędzy franczyzami. Szczególnie sugestywna jest analiza „rozszczepionego” miejsca pracy. Osoba sprzątająca biura Microsoftu, piorąca pościel w hotelu Sheraton albo dostarczająca paczki Amazona wykonuje pracę dla znanej korporacji, lecz formalnie zwykle nie jest jej pracownikiem. Desmond przeciwstawia współczesną korporację firmom z okresu powojennego kapitalizmu, w których sprzątacz, technik, pracownik administracji i inżynier częściej należeli do tej samej organizacji. Takie przedsiębiorstwo tworzyło nie tylko miejsca pracy, ale również pewną wewnętrzną strukturę redystrybucji, a współczesny outsourcing pozwolił wyciąć z niej najniżej opłacane segmenty, a następnie poddać je konkurencji cenowej. Autor tłumaczy przy tym, że rynek wcale nie musi oznaczać wolnej konkurencji między równymi stronami, bo pracodawcy równie chętnie popierają konkurencję między pracownikami, co ograniczają konkurencję o pracowników. To argument znacznie mocniejszy niż abstrakcyjne wezwania do „sprawiedliwej płacy”, ponieważ oparty jest na konkretnej analizie władzy rynkowej.

Jeszcze lepsza jest moim zdaniem część dotycząca kosztów biedy. Tu Desmond wraca na doskonale znany sobie teren, mianowicie mieszkalnictwa. Bieda okazuje się bowiem nie tylko brakiem zasobów, lecz również stanem, który winduje koszty życia. Osoby uboższe płacą więcej za kredyt, realizację czeku, finansowanie samochodu, ubezpieczenie czy dostęp do gotówki. Mają też mniejsze możliwości wyboru mieszkania, więc wynajmujący może oferować gorszy lokal po cenie, która wcale nie spada proporcjonalnie do jakości. W „Eksmitowanych” Desmond pokazał pewien paradoks: właściciele mieszkań w najuboższych dzielnicach mogą osiągać bardzo wysokie stopy zwrotu, mimo że ich lokatorzy są ubodzy. W „Biedzie w Ameryce” rozszerza tę zasadę: brak alternatywy sam w sobie staje się zasobem, z którego można czerpać zyski. Siła wyzyskiwacza nie wynika tu wyłącznie z jego chciwości; wynika z tego, że druga strona po prostu nie ma gdzie pójść. To jeden z przykładów, w których autor zmierza do tego samego problemu: zdolności do odrzucenia niekorzystnej propozycji i zmiany sytuacji życiowej. Pracownik pozbawiony oszczędności nie może tak po prostu rzucić kiepskiej pracy, najemca bez alternatywy nie może zrezygnować z wynajmu marnego mieszkania, a klient bez konta bankowego nie może nie skorzystać z kosztownej usługi finansowej, skoro tylko taka jest dla niego dostępna. Bieda mnoży się zatem nie dlatego, że najubożsi źle zarządzają pieniędzmi, lecz ponieważ brak pieniędzy odbiera im możliwość negocjowania warunków własnego życia. To bardzo dobre odwrócenie popularnej ekonomii codzienności.

Świetny jest również rozdział na temat państwa opiekuńczego. Desmond przypomina rzecz niewygodną zarówno dla amerykańskiej prawicy, jak i dla pewnej części lewicy. Ta pierwsza utrzymuje, że biedni są uzależnieni od pomocy społecznej, gdy tymczasem druga często streszcza dzieje ostatnich czterdziestu lat przede wszystkim podnosząc argument demontażu systemu pomocy społecznej przez neoliberalne państwo. Tymczasem autor komplikuje oba obrazy. Wydatki na największe programy uzależnione od dochodu znacząco wzrosły od początku prezydentury Reagana, który piastował urząd w latach 80. Problem polega na tym, że po pierwsze, część pieniędzy w ogóle nie dociera do adresatów, przechwycona przez administrację, pośredników i systemy stanowe, a po drugie, system po reformie Clintona z 1996 roku pozwala poszczególnym stanom wykorzystywać środki na zadania bardzo odległe od bezpośredniej redukcji biedy. Jednocześnie wielu uprawnionych z różnych przyczyn w ogóle nie pobiera świadczeń. To mocny kontrargument wobec stereotypu człowieka ubogiego jako eksperta od wyciągania pieniędzy od państwa, powielanego tak chętnie przez wielu polityków. Co ciekawe, Desmond idzie o krok dalej i przenosi dyskusję o opiece społecznej z osiedla komunalnego na przedmieścia klasy średniej. Preferencje podatkowe dla kredytobiorców hipotecznych, uprzywilejowane plany oszczędnościowe na edukację, zwolnienia z opodatkowania części świadczeń pracowniczych czy publicznie wspierane plany emerytalne są również formami interwencji państwa, choć przestaliśmy w nich widzieć pomoc finansową. To bardzo mocny fragment, bo autor pokazuje, że różnica między „świadczeniem” a „ulgą podatkową” ma często charakter przede wszystkim klasowy i symboliczny. Człowiek otrzymujący pieniądze z jednego z programów dla najuboższych wie, że korzysta z pomocy państwa. Ktoś korzystający z ulgi kredytowej częściej uważa, że po prostu zatrzymuje w kieszeni swoje własne, ciężko zarobione pieniądze. Konstrukcja świadczenia wpływa więc nie tylko na stan konta, ale także na myślenie jego odbiorcy.

W tym miejscu zaczyna się moim zdaniem jeden z istotniejszych problemów książki. Desmond opiera ją na twierdzeniu, że przez około pół wieku Ameryka nie poczyniła właściwie postępów w redukcji ubóstwa. Warto jednak podkreślić, że Official Poverty Measure, do którego autor się odnosi, jest w środowisku naukowym szeroko krytykowany, między innymi ze względu na przestarzałą metodologię i pominięcie wielu źródeł (np. nie bierze pod uwagę dużej części transferów bezgotówkowych i korzyści podatkowych). Jeśli przy innych narzędziach pomiaru postęp okazuje się znacznie wyraźniejszy, nie mamy do czynienia z drobnym sporem o kilka cyfr po przecinku, lecz z problemem samej konstrukcji argumentu. Desmond ma oczywiście rację twierdząc, że wzrost liczby telefonów, telewizorów czy innych dóbr konsumpcyjnych nie oznacza rozwiązania problemu mieszkaniowego, zdrowotnego czy dochodowego. Ironizuje przy tym, że telefonu komórkowego nie da się zjeść ani zamienić na stabilny czynsz, ale z tego nie wynika jeszcze, że przez niemal pięć dekad zupełnie nic się nie zmieniło. Precyzyjniejsza teza brzmiałaby raczej tak: Stany Zjednoczone osiągnęły znacznie mniejszy postęp niż można by oczekiwać po ich wzroście gospodarczym i skali wydatków, a poprawa pozostaje nierównomierna,  mało stabilna i w ogromnym stopniu zależna od transferów publicznych. To sformułowanie jest zapewne mniej efektowne publicystycznie, ale moim zdaniem silniejsze merytorycznie, a co najważniejsze – wcale nie podważa zasadniczej tezy książki.

Powyższy przykład dobrze ilustruje pewną główną cechę „Biedy w Ameryce”. Nie sposób zarzucić książce braku zaplecza źródłowego: Desmond opiera się na obszernej literaturze z zakresu socjologii, ekonomii, historii, mieszkalnictwa i polityki publicznej. W przypisach pojawiają się badania nad segregacją rasową, rynkiem pracy, związkami, ulgami podatkowymi i zachowaniami beneficjentów świadczeń. Imponujący aparat źródłowy nadaje książce autorytet monografii naukowej, ale sama narracja jest zbudowana w sposób mocno publicystyczny. Pojawia się problem selektywności danych i nieuwzględniania części badań pokazujących długoterminowy spadek ubóstwa. Desmond wybiera wyniki najbardziej użyteczne dla swojej narracji, skraca spory metodologiczne, z wyników korelacyjnych lub modelowych potrafi przechodzić bardzo szybko do języka niezbitej pewności, a jeszcze szybciej od diagnozy do manifestu. Pierwsze rozdziały odpowiadają na pytanie, jak bieda jest produkowana, ostatnie – jak ją zlikwidować. Pojawiają się postulaty zwiększenia dochodów ubogich, wzmocnienia praw pracowniczych i związków zawodowych, ograniczenia wyzysku w mieszkalnictwie i finansach, pełniejszego wykorzystania świadczeń, reform podatkowych, budowy większej liczby mieszkań oraz przede wszystkim rozmontowania segregacji klasowej. W rozdziale „Zburzmy mury” Desmond postuluje, że przeniesienie ubogiej rodziny do dzielnicy oferującej większe bezpieczeństwo, lepszą szkołę i stabilniejsze otoczenie może poprawić jej szanse nawet wtedy, gdy sam dochód natychmiast nie wzrasta. Z tego wynika krytyka postawy NIMBY (ang. Not in My Back Yard) szczególnie niewygodna dla zamożnych liberałów: można popierać mieszkania socjalne jako ideę, a jednocześnie blokować je we własnej dzielnicy. Można deklarować troskę o nierówności, a równocześnie korzystać z ograniczeń zabudowy, które utrzymują niedobór mieszkań i podnoszą wartość własnego domu. To świetny przykład różnicy między opinią moralną a interesem materialnym, a Desmond w tym miejscu pokazuje, że społeczeństwo utrwala biedę przede wszystkim wtedy, gdy ludzie konsekwentnie bronią własnych przewag. Jednocześnie owo „my” jest jednym z najbardziej problematycznych elementów książki.

Desmond chce rozszerzyć odpowiedzialność za biedę poza korporacje, banki, wielkich właścicieli nieruchomości i polityków – i robi to w sposób dość kontrowersyjny. Jeśli kupujemy ekstremalnie tanie usługi możliwe dzięki niskim płacom, bronimy cen własnych domów przed budową tańszych mieszkań, jeśli nasze oszczędności pracują w firmach opierających się na wyzysku – to również jesteśmy częścią systemu. Moralnie jest to celny zabieg, socjologicznie grozi jednak spłaszczeniem bardzo nierównej dystrybucji władzy. Menedżer funduszu nieruchomości inwestującego miliardy dolarów, prezes korporacji kształtującej wynagrodzenia dziesiątek tysięcy pracowników, właściciel domu głosujący przeciwko zmianie planu zagospodarowania i człowiek zamawiający tanią dostawę jedzenia nie ponoszą tego samego rodzaju odpowiedzialności. Tymczasem Desmond widzi jeden system, w którym pracodawcy, właściciele nieruchomości, sektor finansowy i część klasy posiadającej odnoszą materialną korzyść ze słabości ludzi biednych. Nie czyni go to ukrytym marksistą – przeciwnie, charakterystyczne jest to, jak mocno wierzy w możliwość naprawy istniejącego porządku poprzez redystrybucję siły, nie likwidację rynku. Nie próbuje przekonać ludzi już przekonanych do krytyki kapitalizmu, ale chce pozyskać zamożnego czytelnika, który przy słowie „kapitalizm” wzrusza ramionami i traci zainteresowanie. Chce rynku pracy, ale takiego, na którym pracownik może powiedzieć „nie”; własności prywatnej, ale nie monopolu właścicieli mieszkań nad lokalną polityką; przedsiębiorstw, lecz związanych prawami pracy i negocjacjami zbiorowymi; państwa socjalnego, ale mniej regresywnego i mniej ukrytego; konsumpcji, ale nie opartej na systemowym przerzucaniu kosztów na najsłabszych. I tak na przykład propozycja wybierania firm związkowych czy promowania konsumpcji zgodnej z etyką bardzo dobrze wygląda na papierze, ale jest zupełnie niewspółmierna do systemu, który sam Desmond wcześniej opisał jako zorganizowany przez potężne asymetrie kapitału i siły politycznej. Na szczęście nie kończy na indywidualnej odpowiedzialności; przypomina, że Nowy Ład nie został po prostu wymyślony przez dobrych technokratów, gdyż poprzedzał go nacisk zorganizowanej pracy. Publiczne mieszkalnictwo również miało zaplecze w ruchu lokatorskim. W epilogu wyraźnie mówi o ruchach masowych, związkach zawodowych, organizacjach lokatorskich i presji politycznej jako źródłach najważniejszych historycznych reform. Książka nie kończy się więc hasłem „kupuj inaczej”, lecz wezwaniem do organizowania się celem walki o zmiany.

Ostatecznie najciekawsze w „Biedzie w Ameryce” nie jest dla mnie to, czy Desmond ma rację w swoich argumentach. Najciekawsza jest dla mnie jego niewątpliwie niewygodna teza: bieda istnieje nie tylko dlatego, że nie potrafimy jej zlikwidować, lecz także dlatego, że zbyt wiele osób musiałoby ponieść koszty jej likwidacji. Nie zawsze w podatkach; czasem w wyższej cenie taniej usługi, do której przywykliśmy, czasem w niższej stopie zwrotu, czasem w możliwości zbudowania bloku za naszym płotem, czasem w wyższej płacy dla kogoś, kogo dotąd można było zatrudnić tanio, a czasem w rezygnacji z ulgi podatkowej, która przez lata wydawała się naturalnym prawem. I, paradoksalnie, w tym miejscu diagnoza autora zaczyna podkopywać jego własny optymizm. Jeśli klasa posiadająca chce utrzymać obecny system dlatego, że czerpie z niego korzyści, moralne uświadomienie jej tego faktu raczej nie wystarczy, aby dobrowolnie z owych korzyści zrezygnowała. Tym bardziej że Desmond nie zawsze wystarczająco ostro stawia granicę między mechanizmem przyczynowym, korzyścią odniesioną z istniejącego układu a świadomym działaniem prowadzącym do jego utrzymania. Moim zdaniem ton moralizatorskiego manifestu, w jakim napisana została „Bieda w Ameryce” (zresztą zupełnie różny od chłodnego, rzetelnego reportażu, jakim byli „Eksmitowani”), a także tendencja autora do indywidualnego rozliczania i wzbudzania poczucia winy u klasy średniej nie jest korzystne dla społecznego zasięgu i oddziaływania książki, ponieważ odciąga uwagę od fundamentalnych problemów kapitalizmu oraz utrudnia zarówno indywidualne zainteresowanie działaniem na rzecz redukcji biedy, jak i budowanie szerokich koalicji politycznych na rzecz niezbędnych reform.

Desmond miejscami redukuje złożony spór ekonomiczny do argumentacji bardziej jednoznacznej niż pozwalają na to źródła i dane, bywa selektywny, retorycznie wyostrza dane, a chwilami moralna pewność wyprzedza siłę dowodu, ale żaden z tych zarzutów nie umniejsza tego, jak przekonująco pokazuje, że bieda jest „wliczona” w ceny mieszkań, strukturę zatrudnienia, podatki, finanse, szkoły, geograficzną segregację i sposoby budowania majątku. Bieda nie istnieje obok dobrobytu; bardzo często istnieje w relacji z nim. Sama książka nie tyle jest odkrywcza jako diagnoza poszczególnych mechanizmów, bo każdy z nich posiada już obszerną literaturę badawczą, ile raczej jako ich moralna i polityczna synteza. Desmond zbiera dziesiątki ustaleń ekonomistów, historyków i socjologów, układając je wokół jednego, nieprzyjemnego pytania, którym nie jest: „Dlaczego biedni nadal są biedni?”, lecz: „Co my zyskujemy na tym, że tak jest?”. Nie buduje kompletnej teorii amerykańskiego ubóstwa, nie rozstrzyga wszystkich sporów o jego pomiar i nie proponuje programu reform równie precyzyjnego jak diagnoza, ale stawia pytanie, które trudno odłożyć na bok razem z zamkniętą książką. Jeśli bieda w jednym z najbogatszych społeczeństw świata trwa nie tylko mimo jego dobrobytu, lecz częściowo dzięki mechanizmom, które ten dobrobyt wytwarzają i chronią, to czy naprawdę można ją traktować jak błąd systemu?

Desmond odpowiada, że nie. I nawet jeśli jego odpowiedź wymaga znacznie większych zastrzeżeń niż sam autor chciałby przyznać, po lekturze „Biedy w Ameryce” trudno wrócić do wygodniejszego pytania o to, co z biednymi jest nie tak. W mojej opinii największą siłą tej książki jest zmuszenie czytelnika, by zamiast tego zapytał, co jest takiego w świecie ludzi zamożniejszych (niekoniecznie bogatych, lecz także tych, którym żyje się względnie wygodnie), że bieda wciąż okazuje mu się niezbędna.

Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu Marginesy

author-sign

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *