O niewygodzie codzienności w „Dylematach kobiet pracujących” Fumio Yamamoto

Są książki, które obiecują czytelnikowi wejście w czyjś świat i są takie, które zostawiają go na progu, każąc jedynie podsłuchiwać szepty i obserwować drobne gesty. “Dylematy kobiet pracujących” autorstwa Fumio Yamamoto należą do tej drugiej kategorii – i nie jest to z mojej strony komplement.

Yamamoto buduje swoje opowiadania na tym, co ledwie zauważalne: napięciach między członkami rodziny i współpracownikami, cichych rozczarowaniach, mikroskopijnych pęknięciach w relacjach i w samoocenie bohaterek. Problem polega na tym, że ta strategia, choć konsekwentna, z czasem zaczyna działać przeciwko samej książce. Brak wyraźnych punktów kulminacyjnych sprawia, że teksty zlewają się w jednorodną materię, która wprawdzie jest emocjonalnie spójna, lecz narracyjnie zupełnie płaska.

Najczęściej podnoszonym atutem prozy Yamamoto jest jej oszczędność i to zdecydowanie mogę docenić. Autorka pisze w sposób powściągliwy, zdyscyplinowany, chwilami niemal dokumentalny, typowy dla reportażu czy eseju. Jednak w “Dylematach…” powtarzalność tonu nie zawsze pracuje na korzyść tekstu. Unikając metafor tam, gdzie mogłyby unieść ciężar doświadczenia i zatrzymując się na poziomie obserwacji, gdzie można byłoby pokusić się o interpretację, autorka pozbawia czytelnika wspomnianej możliwości wejścia w świat bohaterów. Co więcej, miasto, w którym Yamamoto ich umieszcza (Tokio), potencjalnie wielowarstwowe, pulsujące życiem, pełne sprzeczności, energii, ciekawe i fascynujące zwłaszcza dla czytelnika europejskiego, zostaje przez nią sprowadzone praktycznie do abstrakcyjnego tła. Zabrakło mi tu wszystkiego: kolorów, smaków, zapachów, dźwięków, topografii… Miasto nie tyle istnieje, co jest jakimś założeniem, w efekcie opowiadania są wyrwane z jakiejkolwiek przestrzeni, a doświadczenia bohaterek, choć w teorii uniwersalne, zaczynają sprawiać wrażenie zawieszonych w próżni.

Nie sposób odmówić Yamamoto przenikliwości w obserwacji kobiecej codzienności: zwłaszcza tej związanej z pracą, rolami rodzinnymi i relacjami z partnerem, rodzicami czy dziećmi, presją społeczną i samotnością. Problem w tym, że jej diagnoza, choć trafna, pozostaje nużąco jednowymiarowa. Kolejne opowiadania powracają do podobnych schematów: wypalenia, braku spełnienia, niewidzialności. Brakuje kontrapunktu, przełamania tych schematów, jakiegoś momentu, w którym autorka pozwoliłaby swoim bohaterkom wykroczyć poza ramy cierpienia, nawet jeśli tylko na chwilę i nawet jeśli później miałaby je za to ukarać. Zamiast tego czytelnik otrzymuje serię wariacji na jeden temat, które z czasem tracą siłę oddziaływania.

Moim najpoważniejszym zarzutem wobec “Dylematów kobiet pracujących” nie jest jednak ich monotonia, bo można by na nią popatrzeć przez palce. Ta książka nie oferuje po lekturze właściwie nic: żadnej formy domknięcia, żadnej przestrzeni do refleksji. Czytelnik pozostaje z poczuciem niedosytu, które nie wynika z celowego zabiegu artystycznego, lecz raczej z niedopracowania strukturalnego. Niestety, po zakończeniu lektury czułam raczej obojętność niż refleksję. Paradoks tej książki polega na tym, że jej największa ambicja, a więc uchwycenie kobiecej codzienności w jej najbardziej surowej formie, staje się jednocześnie największym ograniczeniem. Yamamoto pisze o świecie, w którym nie tylko nic się nie wydarza realnie, ale też niewiele się dzieje literacko. A przecież nawet cisza potrzebuje struktury, by wybrzmieć.

“Dylematy kobiet pracujących” to książka ważna jako głos, dlatego dużo lepiej odebrałabym ją (tak sądzę), gdyby była reportażem lub zbiorem esejów. Jako tom opowiadań zupełnie do mnie nie przemówiła i po lekturze pozostawiła nieprzyjemne wrażenie, że pod powściągliwością i ciszą kryją się nie tyle buzujące pod powierzchnią niedopowiedzenia, przemyślenia czy wnioski, ile jedynie niewykorzystany potencjał.

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *