Literatura dziecięca od zawsze chętnie obdarzała swoich bohaterów mocą, której najmłodsi w rzeczywistym świecie nie posiadają. Pozwalała im rozmawiać ze zwierzętami, latać, zatrzymywać czas, wypowiadać zaklęcia i przekraczać granice światów. Katarzyna Suwalska w „Tosi Czarodziejce i Kwiecie Paproci” wybiera jednak dar znacznie ciekawszy, bo bardzo bliski temu, co dziecko robi na co dzień: pozwala swojej bohaterce rysować. Tyle że u Tosi rysunek nie kończy się na papierze – dziewczynka zaklina i przekształca rzeczywistość według własnych oczekiwań.
W tym prostym pomyśle kryje się najbardziej oryginalny element powieści, której najbardziej widocznym wyróżnikiem wydaje się po pierwszych stronach coś zupełnie innego: słowiańskość. „Tosia Czarodziejka i Kwiat Paproci” jest nią wręcz przesycona. Są tu Dziady i Kupalnocka, postrzyżyny i kołacze, południce, bogunki, rusałki, żercy, zioła, amulety, dawne święta i cały korowód istot wyprowadzonych z demonologii i folkloru. Tymczasem najciekawsze pytanie, jakie stawia książka nie brzmi wcale: „Co, gdyby świat dawnych słowiańskich wierzeń naprawdę istniał?”. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie: „A gdyby dziecko mogło kredką mogło faktycznie poprawić rzeczywistość?”.
Pierwsza manifestacja daru Tosi jest pod tym względem znacząca. Dziewczynka rani się o kolce dzikiej róży, rysuje więc krzewy bez kolców – i rzeczywistość posłusznie dostosowuje się do dziecięcego wyobrażenia. Jest w tej scenie coś więcej niż fantastyczny koncept. Dziecko nie akceptuje świata takim, jaki jest, lecz usuwa z niego to, co boli i krzywdzi. Później podobny mechanizm powraca w bardziej dramatycznej formie, gdy Tosia za pomocą rysunku zmienia tor saneczkowy i tym samym wpływa na przebieg niebezpiecznego zdarzenia. Rysowanie okazuje się więc nie tyle magiczną sztuczką, ile szczególną formą sprawczości, bardzo dobrze zakorzenioną w dziecięcym doświadczeniu tworzenia.
I tu autorka mogłaby rozpocząć opowieść naprawdę nieoczywistą. Możliwość zmieniania rzeczywistości powinna być przecież równie fascynująca, co niepokojąca. Skoro można narysować bezpieczną wersję róży, dlaczego nie usunąć wszystkiego, co nieprzyjemne? Skoro można zmienić bieg wydarzeń, gdzie kończy się pomoc, a zaczyna ingerencja? Co stanie się, kiedy dziecko narysuje coś pod wpływem złości, lęku albo zazdrości? Czy posiadanie mocy zmieniania świata oznacza również prawo do tego, by z niej korzystać? Suwalska otwiera drzwi do tych pytań, ale nie przechodzi przez nie dostatecznie daleko. Im bardziej rozszerza swój fantastyczny świat, tym mniej miejsca pozostawia dla konsekwencji najbardziej niezwykłej cechy bohaterki. Tosia stopniowo przestaje być przede wszystkim dziewczynką, która potrafi rysunkiem przekształcać rzeczywistość, a coraz wyraźniej wpisuje się w dobrze znany model dziecięcej fantasy: staje się wybranką posiadającą niezwykły dar, obserwowaną przez potężne siły, chronioną przez dorosłych wtajemniczonych i przeznaczoną do odegrania istotnej roli w konflikcie dobra ze złem. Pojawiają się magiczne przedmioty, amulety, zaklęcia, szkoła magii, niebezpieczny przeciwnik i wreszcie wyprawa po tytułowy kwiat paproci. Wszystkie te elementy są gatunkowo czytelne i dla młodego odbiorcy niewątpliwie atrakcyjne, zarazem jednak prowadzą powieść w stronę znacznie bardziej konwencjonalną niż ta, którą zapowiada jej początek. Autorka znajduje własną zasadę magiczną, po czym… nie wykorzystuje w pełni jej możliwości.
Znacznie konsekwentniej Suwalska buduje samo uniwersum. Sławogród i przyległe krainy nie są światem, do którego trzeba dostać się przez magiczny portal. Nie ma tu szafy prowadzącej do Narnii, króliczej nory ani peronu dziewięć i trzy czwarte, ponieważ tutaj magia należy do codzienności. Zielarnia Żywii, lecznicze napary, pieczenie kołaczy, malowanie pisanek, rytm kolejnych świąt i zmieniających się pór roku budują rzeczywistość, w której niezwykłość wyrasta z kuchni, lasu, ogrodu, szkoły i rodzinnej pamięci. To jedna z największych zalet powieści. Słowiańskość nie została do niej doklejona jako zestaw łatwo rozpoznawalnych rekwizytów mających nadać historii lokalny koloryt. Organizuje świat: jego kalendarz, obrzędowość, relację człowieka z naturą, ziołolecznictwo, nazewnictwo, wyobrażenia o śmierci i pamięci wspólnoty. Postrzyżyny Tosi, Dziady, Kupalnocka, Gody, święta równonocy czy obecność żerców układają się w autonomiczną fantazję inspirowaną dawną kulturą. Nie jest to rekonstrukcja słowiańskich wierzeń (bo i nie musi nią być), lecz literackie przetworzenie imaginarium, w którym przyroda zachowuje sprawczość, a rytuał porządkuje ludzką relację z czasem i tym, co niewytłumaczalne.
Najciekawsze są te momenty, kiedy autorka unika prostego podziału fantastycznych istot na dobre i złe. Aitwar, choć określany jako demon, staje się sprzymierzeńcem. Wodnik jest groźny, ale nie zostaje sprowadzony wyłącznie do roli potwora, którego trzeba pokonać, a niebezpieczna południca może zaoferować pomoc w najbardziej nieoczkiwanym momencie. W takich scenach słowiańskie imaginarium zaczyna służyć czemuś więcej niż przygodzie: pojawia się możliwość opowieści o relacji człowieka z naturą, o odpowiedzialności za to, co żywe, i o świecie, którego nie da się uporządkować prostym podziałem na to, co przyjazne, i to, co wrogie. Bogactwo tego świata ma jednak swoją cenę. Suwalska chce pokazać tak wiele, że miejscami powieść zaczyna przypominać oprowadzanie po bardzo atrakcyjnym muzeum, w którym przewodnik nie chce pominąć żadnej gabloty. Kolejne istoty zostają przedstawione, nazwane i objaśnione, pojawiają się następne obrzędy, potrawy, zioła, amulety, zwyczaje i elementy wierzeń… Dla młodego odbiorcy może mieć to wartość poznawczą, lecz z punktu widzenia konstrukcji powieściowej pojawia się pytanie znacznie ważniejsze: czy wszystkie te elementy rzeczywiście pracują na rzecz historii?
Niestety, nie zawsze tak jest. Tworzenie w gatunku fantastyki nie polega przecież na tym, że autor wymyśla jak najwięcej niezwykłych bytów i rzeczy, ale na tym, że bez tych konkretnych istot czy przedmiotów nie dałoby się opowiedzieć tej konkretnej historii. Tymczasem część słowiańskiego bestiariusza „Tosi Czarodziejki” można byłoby zastąpić innymi stworzeniami bez zasadniczej zmiany przebiegu fabuły. Spotkanie z istotą nadprzyrodzoną bywa przede wszystkim okazją do jej poznania: Tosia dowiaduje się, czym jest, jakie ma właściwości, jak należy wobec niej postępować, po czym narracja przechodzi dalej. Szczególnie wyraźnie widać to w późniejszych fragmentach związanych z edukacją magiczną, kiedy powieść zaczyna oscylować między historią dziewczynki a dziecięcym bestiariuszem słowiańskim. Mitologia najlepiej funkcjonuje jednak w fantastyce wtedy, gdy przestaje być wiedzą przedstawianą czytelnikowi, a staje się mechanizmem opowieści. Południca jest literacko ciekawa nie dlatego, że można ją poprawnie opisać, lecz dlatego, że spotkanie z nią może zmusić bohaterkę do wyboru, ujawnić jej słabość albo uruchomić późniejsze wydarzenie.
Dodatkowym problemem jest synkretyzm świata przedstawionego. Suwalska swobodnie zestawia tradycje, nazewnictwo i motywy o różnej proweniencji, traktując dawną Słowiańszczyznę jako szeroki rezerwuar kulturowy. Literatura fantastyczna ma oczywiście pełne prawo do takiego przetwarzania źródeł, nie mamy tu przecież do czynienia ani z rekonstrukcją historyczną, ani z popularnonaukowym kompendium. Zabrakło mi jednak wyraźniejszej zasady organizującej tę mozaikę. Głagolica, runy, elementy różnych demonologii, obrzędy i nazwy zaczerpnięte z odmiennych tradycji tworzą efektowną całość estetyczną, lecz nie zawsze równie spójny system kulturowy. Najlepiej wypadają zatem nie te partie, które są najbardziej „słowiańskie”, lecz te, w których inspiracja dawnymi wierzeniami przekłada się na sposób rozumienia świata: jego cykliczności, więzi z przodkami, szacunku wobec roślin i zwierząt czy wspólnotowego charakteru świętowania. Na tle dziecięcej fantastyki korzystającej z podobnego imaginarium powieść Suwalskiej lokuje się po stronie łagodniejszej, baśniowo-edukacyjnej odmiany nurtu. Bliżej jej do książek, które oswajają młodego odbiorcę z rodzimym bestiariuszem niż do mroczniejszych reinterpretacji mitologii przeznaczonych dla starszej młodzieży czy dorosłych. Jej wyróżnikiem nie jest więc samo wykorzystanie południc, rusałek czy kwiatu paproci, lecz połączenie tych motywów z zielarstwem czy twórczą magią Tosi.
Tym bardziej szkoda, że materiał nie został poddany ostrzejszej selekcji na etapie redakcji. Nadmiar bezpośrednio przekłada się bowiem na konstrukcję fabuły. Powieść obejmuje kilka lat życia bohaterki i prowadzi ją od odkrycia daru, przez postrzyżyny, rozpoczęcie szkoły, naukę u pani Wisławy, pobyt w Zimnogrodzie i kolejne spotkania z istotami nadprzyrodzonymi, aż po Księgogród i wyprawę po kwiat paproci. Przy takim rozmachu książka liczy ledwie ok. 150 stron, więc ceną okazuje się epizodyczność. Spotkanie z południcą, atak kruka, bogunka nad Czarnym Jeziorem, Aitwar uwięziony w kominie, Noc Dziadów, zamach na życie Tosi, szkoła magów, kradzież amuletu i wreszcie wyprawa do Doliny Kwiatu Paproci tworzą ciąg atrakcyjnych sekwencji, które raczej następują po sobie niż z siebie wynikają, a właśnie to oddziela zbiór scen od zwartej konstrukcji powieściowej. Najbardziej cierpi na tym Czarnogłów. Zagrożenie zostaje zasygnalizowane stosunkowo wcześnie: ktoś obserwuje Tosię, pełk okazuje się szpiegiem, czarna magia rośnie w siłę, dochodzi nawet do próby otrucia dziewczynki. Sam przeciwnik przez większą część historii pozostaje jednak figurą ukrytą za kulisami. Wiemy, jaką pełni funkcję, ale nic więcej: nie ma wyrazistej osobowości, historii ani relacji z Tosią, jego motywacja pozostaje ogólna, dlatego funkcjonuje bardziej jako personifikacja złej mocy niż rzeczywisty antagonista. W dziecięcej fantasy przeciwnik nie musi być, oczywiście, psychologicznie skomplikowany, ale powinien uderzać dokładnie w to miejsce, w którym bohater jest najbardziej bezbronny. Powinien czegoś od niego chcieć, coś mu oferować, odbierać albo zmuszać go do wyboru. Tymczasem Czarnogłów przede wszystkim zagraża. Stawka zostaje więc podniesiona do poziomu całego świata, ale paradoksalnie nie staje się przez to bardziej osobista.
Konsekwencją jest tym samym finał, którego ciężar nie odpowiada całości przygotowań Tosi. Sama wyprawa do Doliny Kwiatu Paproci należy do najlepszych i najbardziej dynamicznych fragmentów książki. Tosia zostaje wreszcie pozbawiona bezpiecznej obecności dorosłych i musi samodzielnie korzystać z tego, czego wcześniej się nauczyła. Wiedza przestaje być informacją, a zaczyna być narzędziem działania, kolejne przeszkody układają się w klasyczną strukturę próby, bohaterka podejmuje decyzje i ponosi za nie odpowiedzialność. Kiedy jednak dochodzi do długo przygotowywanego spotkania z Czarnogłowem, konflikt zostaje rozwiązany… na zaledwie czterech stronach. Kwiat zapewnia ochronę, pojawia się właściwe zaklęcie, atak zostaje odparty. Nie chodzi mi o to, aby książka dla młodszych dzieci kończyła się traumą, śmiercią czy cierpieniem. Finał potrzebuje jednak ceny, jakiejkolwiek: może nią być utrata czegoś ważnego, zmiana relacji, konieczność rezygnacji, świadomość popełnionego błędu albo choćby doświadczenie, po którym nie da się wrócić do dawnego sposobu myślenia. Tymczasem Tosia zbyt często wychodzi z kolejnych niebezpieczeństw bez większych konsekwencji: ktoś interweniuje, talizman działa, pojawia się lekarstwo, pomocnik lub magiczna ochrona. Zagrożenia istnieją, lecz rzadko pozostawiają trwały ślad.
I tu dochodzimy do jednego z najistotniejszych problemów powieści: konstrukcji samej bohaterki. Tosia jest ciekawa świata, empatyczna, odważna, inteligentna, twórcza i przywiązana do rodziny. Łatwo jej kibicować, trudniej wskazać taką jej cechę, która rzeczywiście komplikowałaby historię. Dziewczynka szybko przyswaja wiedzę, sprawnie posługuje się magią, rozpoznaje niebezpieczeństwa, radzi sobie w sytuacjach wymagających odwagi, zyskuje sympatię niezwykłych stworzeń i zainteresowanie najpotężniejszych magów. Jej kompetencje rosną znacznie szybciej niż psychologiczna złożoność, której trudno u tej bohaterki uświadczyć. A bohater potrzebuje nie tylko przeszkód zewnętrznych, lecz również siebie jako przeszkody. W przypadku Tosi aż prosi się o powiązanie takiej słabości z jej najbardziej niezwykłym darem. Dziewczynka zdolna do zmieniania rzeczywistości za pomocą rysunku mogłaby być przekonana, że skoro potrafi coś naprawić, powinna to zrobić. Mogłaby z najlepszych intencji zmienić coś, czego zmieniać nie należało. Mogłaby odkryć, że usunięcie „kolców” z rzeczywistości ma konsekwencje, których nie przewidziała. Albo przeciwnie – zacząć bać się własnego talentu, wiedząc, że jeden ruch pisadła (takie pojęcie na przybory do malowania funkcjonuje w książce) może wpłynąć na świat. Wtedy jej dar stałby się zarazem największą siłą i największym zagrożeniem. Obecnie rozwój Tosi polega przede wszystkim na zwiększaniu kompetencji: bohaterka dowiaduje się coraz więcej, poznaje kolejne obszary magicznego świata, zdobywa nowe narzędzia i uczy się z nich korzystać. Znacznie słabiej rozwija się jej osobowość, a symboliczne przejście od Tosi do Tosławy sugeruje inicjację głębszą niż rzeczywiście została przeprowadzona na poziomie psychologicznym. Bohaterka coraz głębiej poznaje świat magii, ale sama nie zmienia się praktycznie wcale.
Suwalska sygnalizuje przy tym jeszcze jeden interesujący konflikt, którego ostatecznie nie wykorzystuje: napięcie pomiędzy prawem dziecka do bezpieczeństwa a oczekiwaniami wspólnoty wobec kogoś obdarzonego wyjątkową mocą. Rodzice Tosi nie są wygodnie usuniętymi z fabuły dorosłymi. Żywia i Witosław uczestniczą w życiu córki, martwią się o nią, spierają o jej przyszłość, a Witosław sprzeciwia się traktowaniu dziecka jak narzędzia w rozgrywce magów. To potencjalnie bardzo ciekawy problem etyczny: ile wolno wymagać od dziesięcioletniej dziewczynki tylko dlatego, że posiada dar, którego potrzebują inni? Powieść stawia to pytanie, lecz dość szybko rozstrzyga je na korzyść heroicznego przeznaczenia. Podobnie dzieje się z panią Wisławą, jedną z ciekawszych postaci drugiego planu. Jako mentorka, czarodziejka i strażniczka wiedzy mogłaby stać się bohaterką bardziej ambiwalentną, zwłaszcza że wprowadza małe dziecko w świat realnych, śmiertelnych zagrożeń. Tymczasem pozostaje niemal nieomylnym autorytetem; nawet poczucie winy po zamachu podczas Nocy Dziadów szybko wygasa. Tomira czy Wielki Mistrz Rady Magów są z kolei typowymi reprezentantami konkretnej funkcji (władzy, wiedzy, magicznej hierarchii) niż pełnokrwistymi postaciami. Podobnego pogłębienia zabrakło dziecięcym bohaterom drugiego planu. Nawoja, Sambor, Anielka i Radochna mają wyraziste funkcje i łatwo rozpoznawalne cechy, ale żadna z tych relacji nie rozwija się na tyle, by stać się samodzielnym źródłem napięcia. Szczególnie szkoda Sambora, ponieważ jego wypadek uczestniczy w ujawnieniu mocy Tosi, a mimo to późniejsza sympatia między dziećmi pozostaje bardziej informacją niż rzeczywiście zbudowaną więzią. Anielka z kolei znakomicie mogłaby ucieleśniać wszystko to, co Tosia ryzykuje, wchodząc coraz głębiej w świat magii: dom, dzieciństwo, zwyczajność, bezpieczeństwo. Powieść dostrzega te możliwości, lecz rzadko pozwala im wybrzmieć.
Pod względem językowym książka również pozostaje nierówna. Najlepiej wypada tam, gdzie Suwalska opiera opis na konkrecie i zmysłowym szczególe. Pachnąca zielarnia, napary, ogrody, barwne korowody, rośliny w domu pani Wisławy, łuny nad Czarnym Jeziorem, iskrzący ogon Aitwara, amulet z szypszyną zatopioną w bursztynie czy ożywające rysunki mają baśniową plastyczność. Przyroda nie jest tutaj neutralną dekoracją, lecz żywą częścią świata przedstawionego. Gorzej, gdy opisowość traci miarę. Nagromadzenie nazw, epitetów, szczegółów, roślin, strojów, potraw, rang i obyczajów spowalnia rytm, a niekiedy obciąża sceny, które potrzebowałyby większej dynamiki. Podobny problem dotyczy wzmacniaczy i powtarzających się konstrukcji: jeśli niemal każdy przedmiot jest niezwykły, każda budowla wspaniała, a kolejne wydarzenia wprawiają bohaterów w zachwyt, język stopniowo traci zdolność stopniowania emocji.
Z kolei w dialogach niezwykle mocno ujawnia się wspomniany wcześniej problem nadmiaru dopowiedzeń. Bohaterowie zbyt często rozmawiają po to, aby wyjaśnić reguły świata, historię przedmiotu, właściwości stworzenia albo znaczenie wydarzenia. Jest to pokusa zrozumiała w fantastyce, która musi ustanowić zasady własnego uniwersum, ale objaśnienie nie powinno zastępować sceny. Czytelnik znacznie silniej zapamięta regułę magii, jeśli zobaczy jej konsekwencje niż jeśli zostanie mu ona opowiedziana przez kompetentnego dorosłego. To zresztą problem charakterystyczny dla całej książki: Suwalska zbyt często chce mieć pewność, że czytelnik wszystko zobaczy, pozna i zrozumie. A przecież nie wszystkie stworzenia trzeba spotkać, nie każdy zwyczaj objaśnić, nie każdą zasadę magii natychmiast nazwać. Tajemnica nie jest luką w światotwórstwie, lecz jednym z jego najważniejszych narzędzi.
Największym problemem „Tosi Czarodziejki i Kwiatu Paproci” nie jest więc niedostatek pomysłów, lecz ich nadmiar i brak dostatecznie wyrazistej hierarchii. Książka chce być jednocześnie powieścią inicjacyjną, słowiańskim bestiariuszem, książką o zielarstwie i baśnią o Kwiecie Paproci. Każdy z tych składników ma potencjał, lecz zgromadzone razem zaczynają konkurować o uwagę. Powstaje wrażenie, jak gdyby materiał przewidziany na kilka tomów próbowano pomieścić w jednym: przeniesienie Tosi do Księgogrodu samo mogłoby stanowić naturalną cezurę pomiędzy dwiema historiami. A przecież powieść ma coś, czego nie da się łatwo dopisać na etapie redakcji: własny ton i świetny pomysł. Suwalska tworzy świat ciepły, zmysłowy i przyjazny dziecięcej wyobraźni; wiedza przychodzi w nim przez rośliny, rytuał, obraz, rodzinne doświadczenie i relację z drugim człowiekiem. Magia nie znajduje się za portalem, lecz przenika codzienność, a słowiańskość nie ogranicza się do kilku efektownych demonów, ale próbuje stać się sposobem organizowania świata. Najlepszym przykładem tego potencjału pozostaje jednak nie kwiat paproci, lecz rysunek. Gdy Tosia zmienia rzeczywistość za pomocą kreski, książka rzeczywiście znajduje własny język fantastyczny. Gdy korzysta z kolejnego amuletu, poznaje następne zaklęcie albo spotyka kolejną istotę z demonologicznego repertuaru, częściej porusza się po dobrze znanych ścieżkach gatunku.
Najciekawsza opowieść ukryta w tej książce nie dotyczy moim zdaniem wybranej, która ma ocalić świat przed czarną magią. Dotyczy dziecka, które odkrywa, że potrafi narysować świat inaczej, a on posłucha. W takim darze zawiera się zarówno zachwyt, jak i niebezpieczeństwo, dziecięce marzenie o wszechmocy i pytanie o odpowiedzialność za własną wyobraźnię. Warto byłoby tylko pozwolić Tosi narysować go źle, aby jej dar przestał być przede wszystkim niezwykłą umiejętnością, a stałby się tym, czym najlepsza magia bywa w literaturze: próbą charakteru. Moim zdaniem w tym kierunku kryje się największy potencjał tej historii: nie w dodawaniu kolejnych stworzeń, zaklęć i słowiańskich nazw, lecz w pogłębianiu tego, co Suwalska wymyśliła na samym początku. Kwiat paproci, słowiańskie rytuały, demony i bóstwa znamy przecież od dawna, ale dziewczynkę, która potrafi narysować od nowa rzeczywistość na pewno wiele osób – i dzieci, i dorosłych – chciałoby poznać bliżej.
Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu Novae Res
