Ludmiła Pawliczenko – “Pani Śmierć”

Jaka była najbardziej fascynująca postać, której biografię mieliście w rękach? Czy był nią charyzmatyczny przywódca narodu, utalentowana artystka, a może pełny dystansu wobec życia astronauta? Ostatnio takie właśnie historie trafiały w moje ręce, a jednymi z najbardziej niezwykłych przykładów są losy Ludmiły Pawliczenko. Każdy, kto zapozna się z jej historią (czy raczej powinnam napisać – herstorią) długo pozostanie pod wrażeniem tej niezwykłej opowieści. Nawet jeśli będzie to opowieść mocno podkoloryzowana, a przy tym pełna nieścisłości i przeinaczeń.

Urodzona na Ukrainie 12 lipca 1916 roku Ludmiła Michajłowna Biełowa może byłaby jedną z milionów anonimowych obywatelek Związku Radzieckiego, gdyby wojna nie wkroczyła w jej życie. Studiowała historię, prawdopodobnie wzorem swojej matki zostałaby nauczycielką. Pasjonowała się strzelectwem a wybitny talent, jaki ujawniła, otworzył jej drogę do kariery wojskowej i sławy jako jednego z najbardziej skutecznych snajperów w dziejach frontu wschodniego II wojny światowej. O wyboistej drodze, która zmieniła zwykłą studentkę w bezwzględnego i piekielnie skutecznego zabójcę, można przeczytać w jej wydanej nakładem Wydawnictwa RM biografii pod wymownym tytułem Pani Śmierć, napisanej na podstawie pamiętników Ludmiły. Do tego kluczowego sformułowania jeszcze wrócę.

Luda w wieku zaledwie 14 lat, po przeprowadzce z rodziną do Kijowa, odkryła w sobie pasję do strzelania. Wstąpiła do klubu strzeleckiego, brała udział w zawodach, wracała do domu z medalami. We wspomnieniach pisze, że była chłopczycą i niepokorną duszą – związała się z młodzieżowym gangiem, po czym zaszła w ciąże w wieku 15 lat i tak skończyło się jej dzieciństwo. W wieku 16 lat była już matką i mężatką, poszła do pracy w fabryce, aby zarobić na rodzinę. Małżeństwo z Aleksiejem Pawliczenką nie przetrwało (nazywa swoją pierwszą miłość zaślepieniem, niechętnie wspomina męża), ale Luda potrafiła dzielić czas między opiekę nad synem, pracę i działalność w Komsomole. W 1937 roku rozpoczęła studia na Uniwersytecie Kijowskim, które przerwała wojna, kładąc kres planom i marzeniom młodziutkiej dziewczyny.

Atak Rzeszy na Związek Radziecki 22 czerwca 1941 roku zastał Ludmiłę na praktykach studenckich w Odessie. Zszokowana atakiem na swój kraj, dzień później zgłosiła się na ochotnika do wojska. Jak wyjaśnia w książce: „Na tej strasznej wojnie o przetrwanie, którą prowadził wówczas nasz naród, każdy, kto choćby w znikomym stopniu dysponował wiedzą wojskową i umiejętnościami w tym zakresie, niezależnie od płci i przynależności narodowej, winien stanąć w szeregu i w miarę możliwości wnieść swój wkład w likwidację faszystowskiego okupanta.” Początkowo chciano skierować ją do służby medycznej, ale udało jej się przekonać dowództwo, że posiada cenne umiejętności. Przydzielono ją do 25. „Czapajewskiej” Dywizji Strzelców, która miała zarówno sprawnych dowódców, jak i walecznych ochotników, nie miała jednak sprzętu. Ludmiła dostała karabin dopiero, gdy żołnierz, któremu go przydzielono, zginął w walce. Pierwszego nazistę „zdjęła” w sierpniu 1941 roku.

Służba w wojsku w czasie wojny nigdy nie jest bułką z masłem, ale rola snajpera jest specyficzna, a jego służba trudniejsza, bardziej wyczerpująca fizycznie i psychicznie. „Snajperzy to milczki i samotni wojownicy” – wyjaśnia Ludmiła, szczerze opisując, z jakimi trudnościami musiała się zmagać jako żołnierz i kobieta, jakie emocje towarzyszyły jej w codziennej walce o przeżycie, przytacza swoje, często gorzkie, przemyślenia. „W pracy snajpera – pisze autorka – nikt nie widział wówczas niczego romantycznego. Po pierwsze, słowo jakieś takie niezrozumiałe, obce – sniper. Po drugie, praca cekaemisty i jego karabinu ma charakter czynny i wygląda na dużo ciekawszą niż strzelanie z zasadzki: rozlega się seria strzałów i rzędy wrogów natychmiast padają na ziemię. Nie opisze się z kolei pięknie tego, jak strzelec wyborowy jednym strzałem trafia w oficera nacierającej tyraliery i cały atak w tej chwili zostaje zdławiony.” Czytelnik może niemal wejść w skórę bohaterki, która o brzasku, w przejmującym chłodzie jesiennego poranka, z przewieszoną przez ramię prawie czterokilogramową „snajperką” Mosin Nagant na ramieniu i ciężkim od amunicji plecakiem czołga się dziesiątki czy setki metrów, by znaleźć dobrą pozycję do obserwacji, po czym tkwi godzinami bez ruchu, czekając na idealny moment. Ludmiła niezwykle ciekawie – nie tylko dla fanów wojskowości i balistyki czy zawodowych żołnierzy – pisze na temat wyzwań związanych ze swoją służbą, wyjawia szczegóły pracy snajpera oraz opisuje losy wojny. Podczas samych walk o Odessę zabiła 187 Niemców i została ranna trzykrotnie, a miasto upadło. Została przeniesiona do Sewastopola, którego również nie zdołano obronić. Ludmiła tego nie zobaczyła, gdyż w czerwcu 1942 roku została ciężko ranna w wyniku eksplozji pocisku moździerzowego i ewakuowana z miasta. Była w tym czasie podporucznikiem, szkoliła snajperów i dowodziła własnym oddziałem, z czym wiązała się zabawna historia o tym, jak musiała przywrócić do pionu swoich podkomendnych podczas pierwszego spotkania. Nikt nie spodziewał się kobiety snajpera, a co dopiero dowódcy.

Wychowana w rodzinie ludzi wykształconych, Ludmiła miała szerokie horyzonty i na pewno nie można nazwać jej ograniczoną socjalistką. Była wygadana, oczytana i błyskotliwa, była również ciekawa świata, a przede wszystkim – młoda i ładna. Nic dziwnego, że najwyższe kierownictwo partii uznało, że będzie idealnym narzędziem propagandowym do działań na rzecz zwiększenia pomocy dla ZSRR w krajach „zepsutego Zachodu”. Jak pisze bohaterka, wbrew swojej woli (chciała wrócić na front), ale posłuszna rozkazom Stalina, pojechała na tournée po Stanach, Wielkiej Brytanii i Kanadzie. Miała 26 lat, była wówczas wdową i zasłużonym oficerem Armii Czerwonej. „Panowie” – powiedziała do tłumu podczas spotkania w Chicago. – „Mam 25 lat i zabiłam 309 faszystowskich najeźdźców. Czy nie sądzicie, panowie, że zbyt długo chowacie się za moimi plecami?”. Ucinała pytania reporterów, którzy zamiast interesować się walką z nazistami, wypytywali ją o makijaż na froncie czy ulubiony kolor bielizny. Gdy jedna z reporterek wytknęła Ludmile niekorzystny krój munduru, ta zripostowała: „Jestem dumna z munduru legendarnej Armii Czerwonej. Został on uświęcony krwią moich towarzyszy, którzy zginęli w walkach z nazistami. Znajduje się na nim Order Lenina – nagroda za osiągnięcia wojskowe.” Mimo różnicy wieku, pochodzenia, różnic językowych i kulturowych, zaprzyjaźniła się z amerykańską Pierwszą Damą – Eleonorą Roosevelt, o której kulinarnych praktykach czasu kryzysu pisałam w osobnym rozdziale Kuchni królów. Od jej męża otrzymała w prezencie rewolwer marki Colt, zaś z Kanady wyjechała z prezentem w postaci strzelby Winchester. Wpadła także w oko pewnemu milionerowi, który koniecznie chciał się z nią żenić, ale ona skutecznie odrzucała niewygodne awanse, choć przyjęła od niego tuż przed wyjazdem wartą 8 tys. dolarów biżuterię.

Czy Ludmiła Pawliczenko jako żołnierz, obywatelka swojego kraju, wreszcie kobieta i matka miała wyrzuty sumienia z powodu zabicia kilkuset osób? Twierdzi, że nie. Była świadoma nie tylko tego, że walczy z wrogiem, który chce niszczyć jej kraj i zabijać współbraci, ale także słyszała o okrucieństwach, jakich dopuszczali się Niemcy wobec ludności cywilnej. W książce przytacza historię prostej chłopki, której siedemnastoletnia córka przeżyła zbiorowy gwałt i leśniczego, któremu Niemcy zamordowali całą rodzinę. Pałała nienawiścią i żądzą zemsty na wrogu, zabijanie traktowała jako misję i powinność, ale bez zbędnego patosu. „Nie lubię patrzeć na twarze martwych wrogów – pisała – a tym bardziej myśleć później o nich.” Podkreślała, jak wielkie zrozumienie wobec jej misji wykazywali cywile, w tym dzieci: „Czasami któryś z małych chłopców, nierzadko bez spodenek, z mokrym nosem i z bardzo poważną miną zadawał pytanie: ilu fryców zabiłeś? […] Dowódcy można było wtedy wyjaśnić, że fryców nie ma, ale spróbujcie to powiedzieć dziecku. Odpowiadasz: fryców nie było, a w odpowiedzi słyszysz: słabo mnie bronisz.” O wrażliwości i empatii Pawliczenko świadczą wzmianki o bliskich i listy do rodziny, w tym ukochanej matki, siostry oraz dorastającego syna, pieszczotliwie nazywanego Morsikiem. Wiosną 1942 roku 25-letnia Ludmiła przeżyła na froncie sewastopolskim romans – wśród świszczących kul, pod ostrzałem z moździerzy i nalotami bombowców, kwitła miłość do oficera Aleksieja Kicenko, którego szybko poślubiła. „Miesiąc miodowy miał pozytywny wpływ na moją skuteczność. Pociski wylatywały jak należy, leciały po odpowiedniej trajektorii, zdawało się, że same znajdowały drogę do celu” – odnotowała szczęśliwa Luda.
Nie było jej jednak pisane zaznać szczęścia z mężem, który w marcu został poważnie ranny i zmarł w ramionach żony. Kobieta wpadła w depresję, a jej stan był na tyle poważny, że na kilka dni zabrano jej broń. Gdy sama została kolejny raz ciężko ranna, niechętnie przyjęta decyzja o zakończeniu kariery okazała się być dla niej najlepszą z możliwych.

Ludmiła Pawliczenko po powrocie z zagranicznych wojaży nie wróciła już do czynnej służby. Na rozkaz samego Stalina miała się zająć szkoleniem snajperów, zwiększając dzięki nauce sztuki snajperskiej skuteczność walki wojsk radzieckich. Została odznaczona najwyższym odznaczeniem państwowym ZSRR, złotą gwiazdą Bohatera Związku Radzieckiego. Wypuszczono serię znaczków pocztowych z jej podobizną, a po jej śmierci jej imieniem ochrzczono także statek handlowy. Niemalże bolesne po lekturze losów tej niezwykłej kobiety wydaje się podejrzenie, że mogła być jedynie produktem propagandy, stworzonej w jakimś politbiurze dla podbudowania morale. Ku takiej teorii skłaniają się niektórzy historycy, m.in. Oleg Kaminski, którego słowa cytuje Luba Winogradowa w swojej książce poświęconej snajperkom z Armii Czerwonej. Co ciekawe, Marcin Cybulski, autor przekładu biografii Ludmiły w posłowiu do książki podkreśla, że ukazała się ona czterdzieści lat po śmierci autorki, a wydanie rosyjskie stanowi opracowanie literackie autorstwa Ałły Biegunowej – pisarki i specjalistki od historii wojskowości rosyjskiej, konsultantki podczas kręcenia filmu Bitwa o Sewastopol z 2015 roku. Jak podkreśla Cybulski, „tłumaczowi trudno ferować autorytatywne sądy na temat wkładu każdej z pań w proces powstawania pamiętnika”. Co się właściwie nie zgadza?

Na początek należy zaznaczyć w wielu miejscach książka brzmi jak propagandowa ulotka, a partie wychwalające Związek Radziecki, Stalina i komunizm wydają się zbyt naciągane, zbyt mało wiarygodne w ustach bohaterki. Opowiadając o liście od dziesięcioletniego syna, autorka wtrąca: „Tak jest od dawna: Rosjanie zawsze pokonują wrogów Ojczyzny”, a teraz przed nimi „bezprecedensowa i niebywała w swej bezwzględności wojna, rozpętana w celu zniszczenia naszego narodu”, po czym zastanawia się, jak opowiedzieć dziecku o wojnie, by „nie przerazić małego człowieka, nie wpoić mu strachu, który nie przystoi przyszłemu żołnierzowi”. Swoje spotkanie ze Stalinem, podczas którego Pawliczenko z nerwów nie była w stanie się wysłowić, opisała w przerysowany sposób: „[…] przed moimi oczami ukazuje się ten wielki człowiek. Nosi prosty mundur z wykładanym kołnierzem, ale bez odznaczeń. […] Uwagę przyciąga spojrzenie jego ciemnych, tygrysich oczu. Bije od niego ogromna siła wewnętrzna.” Można byłoby przeboleć patetyczne wzmianki zdeklarowanej komunistki, ale w książce nie zgadza się także sporo faktów historycznych. Zacznijmy od tego, że wskutek zniszczenia archiwum Samodzielnej Armii Nadmorskiej bezpowrotnie zaginęły wszelkie informacje o pierwszych miesiącach służby Ludmiły, więc wszelkie na ten temat informacje pochodzą od niej. Wątpliwości budzą relacje na temat walk w Odessie czy ewakuacji z Sewastopola, a nawet przydziału do plutonu snajperskiego – Armia Czerwona ich wówczas nie posiadała, więc i Ludmiła nie mogła żadnym dowodzić, gdyby nawet miała stopień wojskowy, który to umożliwiał. Pojawia się też wiele niesprawdzonych informacji, np. ta, jakoby Tatiana Baramzina została przed śmiercią grupowo zgwałcona przez Niemców, kilka postaci, których nie sposób zidentyfikować czy odnaleźć o nich wzmianki w źródłach, niepotwierdzonych wydarzeń. Dziwi także fakt, że Ludmiła mimo swoich zasług nie doczekała się ani relacji prasowej, ani odznaczenia, choć pierwsze powinna zatrzymać po 10 zabitych wrogów, za 20 przysługiwał już order, a za 75 – odznaczenie Bohatera Związku Radzieckiego, który otrzymała dopiero po powrocie z zagranicy, w 1943 roku. Sama Pawliczenko tłumaczy to… nierównościami płci panującymi w armii („a tak w ogóle to trzeba być mężczyzną, a nie kobietą”) oraz niepokornym charakterem, przez który podpadła dowództwu. Przy okazji spotkania z innym snajperem, Władimirem Pczelincewem, którego nie darzy zbyt wielką sympatią, pisze: „Władimir w lutym 1942 roku za stu zabitych na froncie leningradzkim fryców jako pierwszy wśród snajperów otrzymał tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Ja za stu Rumunów zastrzelonych jesienią 1941 roku pod Odessą – karabin snajperski SWT-40. On w ciągu dwunastu miesięcy służby otrzymał trzy stopnie wojskowe: podporucznika, porucznika i starszego lejtanta, a na jego koncie było obecnie 154 faszystów. Mnie, służącej od czerwca ubiegłego roku i mającej 309 zabitych hitlerowców na koncie, udało się wyprosić u wspaniałomyślnego Iwana Jefimowicza Pietrowa zaledwie stopień podporucznika.” Wreszcie wątpliwości budzi brak potwierdzenia w rzeczywistości opisywanych przez Ludmiłę frontowych przeżyć. Przeanalizowano jej zdjęcia z tournée po Stanach, Wielkiej Brytanii i Kanadzie, nie dopatrując się dowodów na czterokrotną ranę głowy (w tym widocznej na policzku blizny i poważnie uszkodzonego ucha, o którym pisze sama w biografii). Podaje ona także, że w trakcie walk w Sewastopolu zginął jej syn, który w rzeczywistości przeżył matkę o ponad trzy dekady i towarzyszył jej w ostatnich chwilach. Ludmiła niechętnie również prezentowała swoje legendarne umiejętności, nie dając się namówić na pokaz kunsztu snajperskiego. Czyżby faktycznie ich nie posiadała? A może ciężkie wojenne doświadczenia i szacunek do służby nie pozwoliły jej strzelać „na pokaz”?

„Wojna obnaża prawdziwą naturę człowieka – pisała Ludmiła w swoich pamiętnikach – tchórze i łajdacy dokonują na niej najbardziej nikczemnych postępków, zaś ludzie odważni, prawi i dobrzy – wzniosłych, bohaterskich czynów.” Trudno powiedzieć, czy bohaterska bezdyskusyjnie do tej drugiej kategorii zaliczała siebie, bo brak w Pani Śmierci tego typu wyznań. Można się domyślać, że Pawliczenko nie żałowała wstąpienia do wojska ani walki za kraj, nawet jeśli przyniosły jej tyle tragicznych doświadczeń. Wojenne rany przypominały jednak o sobie aż do jej śmierci w wieku 58 lat. Zapomniana bohaterka pod koniec życia szukała ukojenia w kieliszku, źle znosząc samotność. Zmarła 10 października 1974 roku cierpiąc i przeklinając z bólu, w ramionach ukochanego syna. Związek Radziecki nie dysponował wówczas przyzwoitą opieką paliatywną, nie oferował też weteranom Wielkiej Wojny Ojczyźnianej opieki czy wsparcia u kresu życia.


Do zdecydowanych zalet książki należą przystępny i prosty język, którym opisywane są zagadnienia z zakresu wojskowości i balistyki, wartka narracja, intrygująca historia pełna zwrotów akcji, niezwykłych wydarzeń i pełnokrwistych bohaterów i bohaterek, a także szczerość i bezpardonowość Lud przejawiająca się w jej stosunku do życia, służby, a miejscami nawet własnego kraju, który po latach nie docenił jej służby i nie otoczył właściwą opieką. Zapewne podobnie jak Ludmiła skończyło wiele jej koleżanek, bo przecież nie była ona jedynym snajperem-kobietą w Armii Czerwonej. Było ich dwa tysiące, z czego około pół setki przeżyło wojnę. Jednak to Pawliczenko stała się symbolem snajperskiego rzemiosła – w latach 1942-45 wśród czerwonoarmistów rozpowszechniono przeszło 100 tys. ulotek z jej podobizną. Jej dokonania, nawet jeśli zmyślone, skutecznie podbudowały morale żołnierzy. Jeśli naprawdę była taka, jaki obraz wyłania się z jej biografii, to moim zdaniem bez wątpliwości można nazwać ją kobietą nietuzinkową, oddaną patriotką i dobrym żołnierzem. Jej biografia jest szczerą opowieścią o wojnie – bolesnej, okrutnej i wymagającej, a także o pracy snajpera, w którym nie ma miejsca na pomyłki, sentymenty czy wyrzuty sumienia. Czy jest w historii Ludmiły Pawliczenko miejsce na prawdę? Tego być może już nigdy się nie dowiemy.

Recenzja książki: Ludmiła Pawliczenko, Pani Śmierć, tłumaczenie: Marcin Cybulski, Warszawa: Wydawnictwo RM 2018, ISBN: 9788381517638, ss. 240.

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *